Forum www.gargangruelandia.fora.pl Strona Główna www.gargangruelandia.fora.pl
Strefa wolna od trolli
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Polskie Lachy. Od wschodu do zachodu

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum www.gargangruelandia.fora.pl Strona Główna -> Archiwum tutejsze
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
morpork
Bywalec



Dołączył: 10 Mar 2013
Posty: 1935
Przeczytał: 0 tematów


PostWysłany: Śro 23:04, 10 Lip 2013    Temat postu: Polskie Lachy. Od wschodu do zachodu

Opowieść Antoniego Lacha


Zieleniów to wieś na kresach południowo-wschodnich, w województwie stanisławowskim, powiat Rohatyn (gm. Łopuszna). Położona w kotlinie, otoczona z trzech stron wzniesieniami, opadającymi łagodnie ku dolinie. Posiadłość rodziców położona była jak gdyby pośrodku tej doliny. Zabudowania były nowe i składały się z domu mieszkalnego krytego czerwoną dachówką, obory i stajni z pomieszczeniem na siano na górze z jednego końca, które było podpiwniczone oraz ze stodoły. Powiedziałem - dom kryty dachówką, ponieważ z domów krytych materiałami trwałymi pamiętam tylko nasz oraz Hołotów i Kupczaka krytych blachą. Reszta to strzechy.


Rodzice zajmowali gospodarstwo rolne o powierzchni 8 mórg (około 4-5 ha). Ojciec ponadto zajmował się i innymi zawodami. Prowadził stolarnię, wiem to z opowiadań starszych, podobno prowadził również sklep. Życie na wsi, jak to w tamtych czasach bywało, nie było łatwe. Żadnej mechanizacji. Siła pociągowa – koń, którego nie każdy posiadał. Urządzenia do uprawy to pług, brony, kierat, sieczkarnia i przysłowiowa kosa, sierp i motyka. Kto tylko był w rodzinie, musiał pracować w gospodarstwie. A praca nie była łatwa, oj nie łatwa. Dzieci jak tylko mocniej stanęły na nogach, już musiały pasać gąski, później krówki, zbierać kłóska na ściernisku i to na boso ! U nas wspomniane urządzenia i siła pociągowa były. Koń był jeden, ile bydła – nie pamiętam, ale chyba dwie krowy, trzoda i drób.

Ziemię orną mieliśmy w trzech miejscach. Jedną część stanowił spory ogród położony za stodołą i sięgał za nią do następnych zabudowań, a za oborą dochodził do podnóża wzniesienia obok Kupczaków i do tzw. górnej drogi (patrz szkic). Druga część na płaskowyżu, na wzniesieniu za Kupczakami, trzecia część i kawałek lasu za siedzibą Hołotów, do którego prowadziła głęboka droga, biegnąca u podnóża wzniesienia. Droga ta w kierunku północnym prowadziła na Podwysokie i Łopusznę. Od tej drogi prowadziła odnoga do siedziby Koźlików.

Siedziba Koźlików położona była u południowego stoku wzniesienia, gdzie obok wybijało źródło wody z opoki, która wąskim strumykiem płynęła prosto do naszego zasiedlenia i stanowiła nasze zaopatrzenie w wodę. Woda pobierana była z zagłębienia ocembrowanego a przepływ płynął dalej i znikał gdzieś za ogrodem. Po drodze, źródło zaopatrzenia w wodę stanowił jeszcze wykopany staw, obok naszego domu. Jak w późniejszym czasie się dowiedziałem, staw ten został wykopany na zlecenie władz radzieckich, przed 1941 r. i miał służyć jako basen p.poż. Czemu miał służyć, to nie było jeszcze dla mnie widome, ale w nim się kąpałem, pływałem, a ludzie moczyli len i konopie.

...

Życie na wsi jak to na wsi, przebiegało rytmem kalendarza. Niektóre momenty prac rolnych były wprzęgnięte w życie mieszkańców wsi, i wiele tych prac wykonywanych było we wspólnym działaniu i wspólnym towarzystwie. Ci, którzy mieli konia, a szczególnie jednego, to szukali wspólnika i sprzęgali, się aby mieć większa siłę pociągową. W taki sposób głównie robiono orkę, zwózkę zboża czy ziemiopłodów. Siew wykonywano ręcznie z płachty. Żniwa wykonywano ręcznie, kosą i sierpem. Zboże wiązano w snopy, układano w kupki w rzędach, a następnie wożono do stodoły, gdzie czekało na młockę. Młócono dwoma sposobami. Była - nie wiem u ilu gospodarzy - młocarnia nazywana bębnowa, napędzana kieratem, bądź siłą ludzką. Ludzka siła to ośmiu mężczyzn uczepionych do korb na kołach po obu stronach maszyny, i poruszająca w ten sposób młocarnię. Ciężka to była praca oj ciężka. Ludzie ci dość często musieli robić odpoczynek, a jeśli była wystarczająca ilość mężczyzn – to i robiono zmiany. Niewiele lżejszą pracę i los miały konie przy kieracie, które chodząc w kółko napędzały kierat, a ten z kolei maszynę. Tak wymłócone zboże czekało na wialnię poruszaną wyłącznie ręcznie i doprowadzane było do czystości. Młocka to była najcięższa praca w gospodarstwie. Wymagała wielu ludzi i dlatego dobierano do tej pracy kilka gospodarstw i razem z maszyną przechodzono od jednego gospodarza do drugiego, aż do zakończenia omłotów.

...

Towarzysko odbywały się inne prace, jak darcie pierza, przędzenie lnu i konopii, czy terebienie kukurydzy. Terebieniem nazywano obdzieranie kolb kukurydzy z osłonek i plecenie wianków z kukurydzy, które zawieszane były w stodole do przeschnięcia ziarn i przechowania. W pomieszczeniach w izbach, gdzie odbywały się te prace, zawsze gromadziła się młodzież, chłopcy i dziewczęta i oczywiście żartów, zabaw i dowcipów było wiele, ale nade wszystko śpiew.

Moje dzieciństwo i życie w Zieleniowie przypadało na okres trochę wolnej Polski, do 1939 r. następnie okupacja sowiecka do 1941 r. i niemiecka plus Ukraińcy spod znaku UPA. Wejścia i okupacji sowieckiej bezpośrednio nie pamiętam, byłem za młody, wszak urodziłem się 8.06.1935 r. a zatem miałem zaledwie cztery lata jak wybuchła wojna. Pamiętam natomiast wejście Niemców w 1941 r. Do wioski wjechali na motorach, pistolety maszynowe przewieszone przez szyję, rękawy podwinięte i wyglądali bardzo butni. Wcześniej na niebie pojawiło się mnóstwo samolotów, a ryk ich motorów wywoływał panikę i chowaliśmy się po różnych zagłębieniach, a tu na podwórku dobijano krowę, która uległa wzdęciu, i to dla mnie było dodatkowym strachem i przerażeniem. Ten widok stoi mi przed oczyma do dziś. Ukraińców pamiętam doskonale i pamiętać będę do końca mych dni, bo tego zapomnieć po prostu się nie da. Ale o tym nieco dalej.

Rodzeństwa było nas sześcioro, pięciu chłopców i jedna dziewczyna o imieniu Zosia -bardzo przez nas lubiana, ale ja podobno lubiłem jej dokuczać i psuć wszystkie posiadane zabawki. Nawet kupione laleczki, czasami wymuszałem aby mi je dano, a ja za młotek, laleczkę na pieniek i po główce, tak podobno robiłem, bo o tym dość często mi przypominano. No cóż, jeżeli to prawda Zosiu kochana, przyjm przeprosiny nawet tam w górze. Pozostałe rodzeństwo to według wieku: Michał, Zygmunt, Mietek, Zosia, Antek i Adaś. Podobno był jeszcze najmłodszy Bartek, ale niestety zmarł. To wiem z relacji starszych. Ojca nie bardzo pamiętam, ale dwie scenki z życia z ojcem stoją mi przed oczyma. Jedna to kiedy ojciec zabrał mnie z sobą do Brzeżan, na jakiś odpust, a kiedy oprowadzał mnie po straganach, to mu się kilka razy wymykałem, a kiedy w końcu zostałem uchwycony i posadowiony na wozie, w drodze powrotnej to otrzymałem odpowiednia reprymendę słowną, no i oczywiście przez kolano. Druga scenka, kiedy to ojciec posadził mnie na kolanach, coś do mnie mówiąc zdjął z pleców zawiązany węzełek, wyjął pieczonego ziemniaka i dał mi go do zjedzenia. Oj jaki był smaczny. Dzisiaj wiem, że było to ostatnie pożegnanie z ojcem. Ponieważ odchodził na mobilizację do wojska, z którego już żywy nie wrócił. Zabili go Ukraińcy i nie tylko jego. Ojciec wracał z grupą innych żołnierzy już zdemobilizowanych i niedaleko Zieleniowa zostali schwytani przez upowców i w okrutny sposób zamordowani. To wiem od starszych, głównie od Andrzeja Kiełbasy, który często mi mówił : oj Antośku nie masz ty już taty, zabili ci go banderowcy, my wiemy kto to zrobił[Wojciech Lach stawił się na mobilizację do Rohatyna, ale tam już punkt mobilizacyjny nie działał. Pojechał zatem do Brzeżan i tam został wcielony do jednostki ochraniającej transporty kolejowe z zaopatrzeniem. Często przejeżdżał przez Podwysokie, ale nigdy nie udało mu się zajrzeć do domu. Ostatni list rodzina otrzymała z miejscowości Litiatyn, poprzez innego żołnierza. Jak mówi rodzinny przekaz - wracając do domu po demobilizacji został pochwycony na krańcu wsi i zamordowany przez Ukraińca o nazwisku Hołubiec - przyp. J.O].

źródło: [link widoczny dla zalogowanych]


Ostatnio zmieniony przez morpork dnia Śro 0:16, 12 Lut 2014, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
morpork
Bywalec



Dołączył: 10 Mar 2013
Posty: 1935
Przeczytał: 0 tematów


PostWysłany: Śro 23:09, 10 Lip 2013    Temat postu:

Tak zostaliśmy sami z matką na gospodarstwie w Zieleniowie. Życie płynęło swoim rytmem, opisanym wyżej, aż nadszedł rok 1943 – rok okrutny i straszny. Chciałoby się rzec – oj roku 1943, kto cię widział.

Najpierw głód. Niemcy ze swoja skrupulatnością na wiosnę, na przednówku realizowali swój program poboru kontygentów. Wymiatali z gospodarstw wszystko, co się nadawało do jedzenia, a ludności nie zostało nic. W taki oto sposób wprowadzili głód na Podolu, to i oczywiście dotknęło to nasza wioskę i rodzinę. Nie było innej rady jak tylko spożywać zielone rośliny, jak pokrzywa i lebioda, bo te są najbardziej do przyjęcia, a kiedy one się skończyły, zaczęto spożywać wszystko to co było pod ręką, a właściwie pod buzią. Pamiętam z wielką wyrazistością te chwile, kiedy żołądek niemiłosiernie ssał, a tu nic. Zacząłem puchnąć. Kiedy próbowano mi wciskać liście podbiału to mimo, że już puchłem z głodu, odrzucało mnie to, zapach i swoisty smak tego ziela powodował mi torsje, ale czym ? Powodowało to tylko dodatkowe cierpienie. U ciotki Kiełbaski zaczęły dojrzewać czereśnie zwane trześniami. Pamiętam, brat Mietek zanosił mnie tam bo już nie chodziłem, a Tadzio Kiełbasa rwał bardziej dojrzałe i karmili mnie nimi jak ptaszka. Zacząłem dochodzić pomału do siebie. Po jakimś czasie musiałem przechodzić męki spowodowane jedzeniem czereśni – opróżnianie się. W tym pomagał mi brat Michał, pomagając patyczkiem. Dzisiaj wiem czemu tak się dzieje w organizmie, po przeczytaniu „Inny świat” Grudzińskiego. Taki stan głodu w rodzinie dotknął tylko mnie. Po czereśniach zaczęły powoli dochodzić zboża, warzywa i głód powoli zanikał.

Głód powoli zanikał, a na horyzoncie pojawiać się i pomrukiwać zaczynała inna zaraza – pogromy ukraińskich banderowców, bo taką nazwę powszechnie się słyszało. Początkowo były to tylko słowne wiadomości, wreszcie zaczęto dostrzegać wieczorami łuny pożarów i strzały. Pamiętam jak wspominano o okrutnej rzezi Polaków w Podhajcach. Wreszcie rzeczywistość ta wkroczyła i do naszej wsi. Został zamordowany kuzyn Józef Orlicki. Zaczęliśmy się ukrywać, szczególnie na noc. Latem i wczesną jesienią chowano się różnie po polach, wszelkich zakamarkach gospodarczych, po piwnicach. Pamiętam nocne przebywanie w piwnicy z ziemniakami, po wyjściu z której nie można było w ogóle chodzić, zawroty głowy, przewracanie się. Trzeba było zrezygnować z tej kryjówki. Podobno ziemniaki wydzielają jakąś substancję, która takie objawy powoduje. Kiedy nadeszły chłodniejsze dni i zima, trzeba było zmienić formę ukrywania się. Pamiętam, że zaczęto organizować wspólne przechowywanie się, a raczej ochronę. Polegało to na tym, że w wybranych domach nocowały kobiety z dziećmi, a mężczyźni i starsza młodzież czuwała nad ich bezpieczeństwem i miała ich bronić w razie ukraińskiego napadu. Bronić – brzmi dumnie, bronić – ale czym ? Nie pamiętam aby na wsi ktokolwiek miał broń palną, jedynie u Wilczków pamiętam strzelbę myśliwską. Widziałem natomiast szable no i oczywiście odpowiednio dostosowane narzędzia gospodarcze, przede wszystkim widły. Bardzo wyraźnie pamiętam takie jedno wspólne przebywanie u ciotki Natalki Kiełbasy.

Jest to dla mnie nie w pełni zrozumiałe, że mimo zgrozy jaka panuje wokoło, ludzie znajdują czas i chęć na szukanie uciechy (a może ucieczki) w alkoholu – bimbru ! Tak było u Ciotki, a ponieważ byłem może nad wiek dość silnym, więc poproszono mnie abym obsługiwał cała maszynę bimbrowniczą. Wydano odpowiednie instrukcje: Antośku, to się miesza tak, ogień musi się palić aby brocha odpowiednio parowała, tu się podkłada butelki, pierwsze krople trzeba na łyżce zapalić, itp. itd. Antosik to wszystko skrupulatnie robił, ale zaczął i próbować i … budzi się, nie wie zrazu gdzie jest. Po jakimś czasie orientuje się, że jest pod łóżkiem w słomie, potwornie zimno, drzwi do sieni i na dwór skrzypią, na wołanie mamo, mamo nikt się nie odzywa, w oknie widzę jakąś głowę w baranicy, nikt inny tylko banderowiec, zgroza. W końcu jednak wychodzę spod tego łóżka, wychodzę na dwór, śnieg zdeptany, czarny od sadzy. Patrzę obok, sąsiedzi spaleni, tzn. stodoła, obora, dom. Od razu strach i przerażenie jak zobaczyłem kilka łusek karabinowych i wtedy zacząłem głośno płakać i wołać: mamo, mamo i innych po imieniu i ku mojej wielkiej radości zaczęli pojawiać się swoi z kryjówek jakie znaleźli. Był to napad Ukraińców na Zieleniów. Jak słyszałem z ust starszych, mieliśmy wiele szczęścia w tym nieszczęściu, ponieważ Ukraińcy zauważyli duży oddział partyzantki radzieckiej, przemieszczający się wzgórzami i szybko się z Zieleniowa wycofali po spaleniu kilku obejść, nie zdążając zająć się krwawą robotą.

Po tym zdarzeniu praktycznie przestaliśmy nocować w wiosce, a nocowaliśmy na stacji kolejowej Podwysokie, oddalonej o 3 – 4 km, dokładnie nie wiem. Stacja ta była bezpiecznym schronieniem ponieważ stacjonowało tam wojsko niemieckie i nasi Madziarzy – Węgrzy. Było to dość ciężkie chodzenie tam i z powrotem na co dzień. I z tym chodzeniem też mam ciężkie wspomnienie. Któregoś ranka mama wzięła Michasia i mówi do nas, że pójdą do wsi zobaczyć co z gospodarstwem, dadzą jeść inwentarzowi i wrócą po nas. Dość długo nie wracali, to Mietek, Czesiek Orlicki mówią, że pójdą za nimi i że ktoś po nas wróci. Znowu jakiś czas nikt nie wraca i w końcu Zosia, ja i Adaś – i my idziemy do Zieleniowa. Bohaterowie z bożej łaski. Zima, śnieg po pachy, Adaś najmłodszy – 5 lat iść nie może. Biedna Zosia bierze go na plecy, też ustaje. Chcę Jej w tym pomóc, lecz za długo nie mam sił i tak ciągniemy się do tego Zieleniowa, nie wiedząc już ze zmęczenia i zmarznięcia gdzie jesteśmy. Okazało się, że dobrnęliśmy na skraj Zieleniowa i zauważyła nas jedna z dziewcząt Kupczaka, która po wyjściu za mąż tam mieszkała. Przygarnęła nas do siebie i troskliwie się nami zajęła. Okazało się, że aż za troskliwie. Akurat gotowała ziemniaki i chcąc nas rozgrzać – rozgrzewała tymi ziemniakami. Sprawiło to nam przeogromny ból, a szczególnie u palców pod paznokciami. Ale chciała jak najlepiej i Bóg jej za to zapłać !

Na terenach wschodnich działała RGO – Rada Główna Opiekuńcza, która głównie zajmowała się opieką poszkodowanych. Dzięki działalności tej organizacji udało się dla wielu ludzi znaleźć lokum w miastach i ujść z życiem, pozostawiając swój dobytek losowi. Któregoś dnia mówi mama do Korościeja, naszego sąsiada Ukraińca, bardzo dobrego człowieka: no Korościej, bierz to wszystko i opiekuj się tym jak tylko potrafisz, może jeszcze w życiu się spotkamy. Nie spotkali się. A my z mamą i pięcioro rodzeństwa, bez Zygmunta, który wcześniej został zabrany na roboty do Niemiec [patrz przyp. J.O. poniżej], udajemy się na stację na Podwysokie i do Stanisławowa. Jest zima 1943/44. Siedząc w przedziale chucham w szybę w kwiatkach ustrojona przez mróz, aby przez odtajaną dziurkę pożegnać rodzinne strony i udać się w nieznane. Ale to już inna historia.

Antoni Lach

Kamień Pomorski, sierpień 2010 r.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
morpork
Bywalec



Dołączył: 10 Mar 2013
Posty: 1935
Przeczytał: 0 tematów


PostWysłany: Śro 23:31, 10 Lip 2013    Temat postu:

Stanisławów

Stanisławów – inna historia, inny zupełnie świat. Jest zima 1943/44. Pociąg wjeżdża na stację i już na samym początku widok ogromnego dworca, mnogość ludzi robi szokujące wrażenie. Gdzie się udać ? Ale RGO działa [Rada Główna Opiekuńcza - przyp. J.O.]. Zjawia się przedstawiciel tej organizacji i prowadzi nas na miejsce zakwaterowania. Wprowadza nas w pomieszczenia znajdujące się przy ulicy Rynek 8. Jest to charakterystyczne miejsce, ponieważ mieści się ono przy ratuszu. Ratusz jest w ruinie. Razem z nami umieszczeni zostali stryj Ludwik, Orliccy, Koźliki i Hołoci – oczywiście z rodzinami.

Zimowe życie w mieście jakoś uleciało z pamięci, na pewno nie za bardzo przemieszczało się na zewnątrz, bo z odzieniem, a szczególnie z obuwiem nie było za dobrze, oj nie. Ale życie toczyło się naprzód i powolutku się stabilizowało. Dzięki pomocy RGO Matula otrzymała pracę, chyba w jakimś browarze, bo od czasu do czasu w domu pojawiało się piwo – och jak ono nam smakowało! Michał dostał zatrudnienie w szpitalu wojskowym. Z tego co zauważyłem i pamiętam, to zatrudnienie starszych pozwoliło na otrzymanie kartek zaopatrzeniowych, choć na nie w sklepie mięsnym można było dostać tylko kości, ścięgna itp. resztki. Bywałem po te zakupy z kimś starszym, a ścięgna nieraz ssałem i żułem, ale zjeść ich nie było sposób. Powoli zima się kończyła, przychodziły cieplejsze dni i życie nabierało żywszego tempa. Coraz częściej słychać było wieści o zbliżającym się froncie. Coraz też częściej były tego oznaki w postaci nalotów bombowych. Wiedzieliśmy już jak brzmią syreny alarmowe, jak długo i ile razy brzmią na alarm, a jak długo na odwołanie alarmu. Im bliżej wiosny i lata naloty stawały się coraz częstsze. Starsi mieli swoje problemy, bo musieli jakoś wiązać koniec z końcem, dać nam utrzymanie i opiekę.

Nad ludnością, a szczególnie tą, która znalazła schronienie w Stanisławowie czuć było opiekę RGO. RGO prowadziła ośrodki opiekuńcze, w których prowadzono działalność wychowawczą a nade wszystko socjalną. Wychowankowie tych ośrodków nazywanych powszechnie ochronkami, nie tylko otrzymywali żywność na miejscu, podczas zajęć, ale wyżywienie dostawało się i do domu, dla pozostałych domowników. Do ochronki chodziła nas czwórka – Miecio, Zosia, ja i Adaś. Jeśli chodzi o żywność, to nie wiem z czyjej poręki to było, ale dostawaliśmy jeszcze zupy z jednostki wojskowej węgierskiej – zwanej powszechnie Madziarami. Wiem, bo sam nieraz z banieczką po tę zupę chodziłem. Była to zupa naprawdę węgierska – paprykę i pieprz nie tylko było czuć ale i widać, oj piekło to piekło, ale jak smacznie ona znikała z talerza.

My, rozbitki przybyli ze wsi do miasta nie mieliśmy rozeznania i umiejętności poruszania się w mieście. Ale tu zadziałała solidarność ludzka i zaraz znaleźli się tacy, którzy nas tego życia miejskiego zaczęli uczyć. Nie pamiętam ani imienia ani nazwiska, ale był taki powszechnie nazywany „Batiar”, który tej sztuki nas uczył. Nie tylko uczył, ale i pomagał w codziennym życiu. Pamiętam, że zajmował się prądem i nieraz naprawiał nam światło, a wiadomo, że dla nas światło w tamtych czasach to było cho, cho, cho !
Punktem zbornym i miejscem gdzie przechodziliśmy takie szkolenie był ratusz, a właściwie to co z tego ratusz pozostało – ruiny. Ratusz był zburzony. W ruinach ratusza zbieraliśmy się na różnego rodzaju zbiórkach, zabawach, a Batiar szybko nauczył nas zabawy w wojnę, tj. strzelać przy pomocy karbidu z puszek i butelek. Skąd on ten arsenał zdobywał to pozostało jego tajemnicą. Ale uczniów miał pojętnych. Butelki to może się domyślam skąd miał. Na zapleczu jakby to można powiedzieć naszej kamienicy była wytwórnia lemoniady, no to wiadomo, że Batiar mógł to załatwić. Gorzej z karbidem i puszkami – tego nie mogę rozeznać. Przy okazji, w tej wytwórni lemoniady to wiele razy wystawaliśmy z Adasiem i łykali woń zapachów z tej produkcji – oj pachniało, pachniało, ale pić… nie, bo za co ?

Naloty bombowe coraz częstsze. W momencie nalotu wszyscy mieszkańcy mieli obowiązek zejścia do schronu. Schrony ? To zwykłe piwnice ze stęchłą słomą i robactwem. Jak mnie to robactwo opanowało to powiedziałem mamie, że więcej do tego schronu nie pójdę, niech mnie zabije na wierzchu i … nie poszedłem. Ale i stało się. Pewnej nocy jest wielki nalot. Wszyscy poszli do schronu, a ja tak jak powiedziałem – nie. Słychać jęk ciężkich samolotów, zaczynają wybuchać bomby, a ja ze strachu skulony, z głową pod naciągniętym kocem oczekuje najgorszego. W pewnym momencie następuje potężny huk, kamienica drży, szyby brzęczą, a ja oczekuje pod kocem przygniecenia. Trwa to chwilę, wybuchy cichną i myślę czemu mnie nie przygniata ? Przeżyłem.

W Stanisławowie przeżyłem dwa momenty, które mogły się skończyć dla mnie tragicznie. Jeden to z namowy i przy udziale Batiara, drugi to już samodzielny „bohaterski” pomysł. Dwa czy trzy dni po ostatnim nalocie Batiar mówi - Antek chodź, pójdziemy do getta. Jest ono puste, to może uda się cos znaleźć. Poszliśmy. On sobie tylko znanymi ścieżkami i dziurą w ogrodzeniu weszliśmy na teren getta. W tym czasie nie wiedziałem jeszcze co to słowo w ogóle znaczy. Nagle słyszymy „stój” a Batiar do mnie – Antek, uciekamy ! Zaczęliśmy biec do ogrodzenia a kiedy padły strzały to chyba dostaliśmy iście kosmicznego przyspieszenia i strachu, i nawet nie wiem jak znaleźliśmy się po drugiej stronie ogrodzenia. Ja miałem tylko skaleczoną jedną rękę, zaczepiając o kolczasty drut biegnący po ogrodzeniu. Zamiast iść do domu Batiar poprowadził mnie do kamienic, które jeszcze dymiły po ostatnim nalocie. Chodząc po tych kamienicach – były jak gdyby nie zamieszkałe – trafiliśmy na pomieszczenie pełne wiór stolarskich. W kącie pokoju stał piec kaflowy i Batiar mówi – popalimy sobie te wióry. No i do pieca te wióry wciskamy i podpalamy. A one jak zaklęte nie chcą się palić. No to ja zaczynam operację dmuchania, aby wreszcie te wióry zaczęły się palić. Dmucham i dmucham i… w pewnym momencie jak płomień buchnie z tego pieca to opalił mi włosy na głowie. Wracamy do domu. Ale ja boję się iść bezpośrednio do domu. Postanowiłem poczekać w ratuszu do wieczora. Ratusz wiadomo czym był dla nas. W każdym bądź razie dostałem po głowie cegłówką, a z rozciętej głowy dość obficie płynęła krew. Tak, teraz to już trzeba iść do domu – opalony, zakrwawiony, jednym susem skoczyłem do domu. Ratusz był tuż tuż. A w domu myślałem, że czeka mnie współczucie i litość, a tu spotkała mnie mała poprawka – położony przez kolano i słuchający przestróg popartych odpowiednim argumentem. To był ten pierwszy moment i ostatni z udziałem Batiara. Batiar jakoś znikł z naszego kręgu i po jakimś czasie dowiedzieliśmy się, że nie tylko nas wprowadzał w życie, ale w tym życiu przeszkadzał Niemcom. Szkoda.

Drugi moment to jak wspomniałem był moim osobistym pomysłem. Cóż, chłopak ze wsi mógł jeszcze nie wiedzieć. Byłem bardzo ciekaw co też się stanie z czymś po czym przejedzie samochód. Tak dumając wpadła mi pod rękę jak na zamówienie ryżowa szczotka do zamiatania. Szczotka i samochód i niewiele myśląc buch nią w samochód. No i jakiś przechodzień wziął mnie za ucho i włosy, i groźnie do mnie mówi – ty gówniarzu, czy wiesz co ty robisz – i jak mnie szarpnie i da kopniaka, a ja zdębiałem, nie wiem o co chodzi. Auto zatrzymuje się. Wychodzi trzech wojskowych i idą w moim kierunku. To ja nogi za pas, wbiegam do kamienicy i zamknąłem się w… ubikacji. Ubikacje znajdowały się na zewnątrz mieszkań, na każdym piętrze, tak jakby balkonach, krużgankach. Siedziałem tam do wieczora, nie wiem ile to trwało i że w tym czasie tam nikt nie chciał wejść. Miałem dużo szczęścia i rodzina. Po wyjściu jak oznajmił mi stryj Ludwik, Niemcy ustalili kto na nich czyhał i tylko udzielili przestrogi, że jak jeszcze raz to … ? Nie musze pisać jaka była argumentacja w domu. Należało się i wystarczyło. Już wiedziałem co będzie i więcej nic nie rzucałem.

Już przywykliśmy pomału do życia w wojennych warunkach. Starsi chłopcy jak Mietek, Czesio Orlicki nawet handlują papierosami, które nazywają się „Triumf”. Czasami i do tego procederu wciągają mnie, dają kilka sztuk do ręki i każą sprzedawać. Czasami się udaje.

Pomruki frontu coraz częstsze i bliższe. Rosjanie Nawet robią wypady do miasta, ale jak pamiętam takie dwa zdarzenia, to dla nich skończyło się źle. Nie wrócili do swoich. Wylecieli w powietrze na minach. Niemcy się wycofują. Obserwujemy kolumny Niemców, którzy przez dwa dni ciągną przez miasto – pieszo, na rowerach, auta, działa ciągnione przez konie i ciągniki, a gdy nadjeżdża kolumna czołgów, Adaś krzyczy – o, patrz ale auta z dyszlami ! Kolumny te ciągnęły obok naszej kamienicy.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
morpork
Bywalec



Dołączył: 10 Mar 2013
Posty: 1935
Przeczytał: 0 tematów


PostWysłany: Śro 23:43, 10 Lip 2013    Temat postu:

Pieskowa Skała




W pewnym momencie pojawia się wieść, że RGO organizuje dla sierot i półsierot wyjazd do Krakowa na wypoczynek. Zapisy dokonywane są w ochronkach i innych punktach organizacyjnych. Matula decyduje się na zapisanie na ten wyjazd Zosi, Miecia i mnie. Zaczynają się przygotowania do wyjazdu. My organizujemy się w ochronie, a naszym opiekunem – konwojentem zostaje Pani Maria Januszko. Matula przed wyjazdem koniecznie chciała abym przyjął I Komunię świętą. W tym celu, w jakiś sposób załatwiła z księdzem tryb przyspieszony przygotowań, bo czas do wyjazdu naglił. Jaki ja byłem tym przejęty, a jak przeżywałem, kiedy sam jeden w asyście prowadzącego mnie księdza przyjmowałem I Komunię. A później poprowadził mnie na plebanię i tam zostałem poczęstowany chyba kakaem z mlekiem, białym pieczywem i wypiekami – cud ! Niebo w buzi. Zabieram obrazek i w uniesieniu do domu chyba fruwam.

No i przychodzi moment wyjazdu – mamy w woreczkach na szyi metryki urodzenia, na rękawach przyszyte kawałki płótna z wypisanym kopiowym ołówkiem nazwiskiem i imieniem. W wyznaczony dzień prowadzą nas na stację mama, Michaś i Adasiek. Pociąg stoi, pełno dzieci i odprowadzających, pociąg to chyba był specjalny bo tyle dzieci miało do niego wsiadać. Każą wsiadać a ja w krzyk i płacz – nie jadę, nie chcę! Złapałem mamę za spódnicę i płaczę, wręcz ryczę, że nie jadę. I nagle Michaś wręcz okrutnie odrywa mnie od mamy i ze słowami – ty gówniarzu będziesz tu fikał i niemal wrzucił mnie do wagonu. Usiadłem przy oknie ze łzami w oczach i patrzę na swoich, pociąg pomału rusza i wszystko powoli zostaje w tyle i znika, tylko wieże dość długo jeszcze są widoczne. I tak zaczyna się mój wyjazd na krótki wypoczynek – trwał 9 lat. W czasie jazdy musiał być jakiś incydent, bo gdzieś w drodze, w nocy opiekunowie zaczęli nas wzywać do kładzenia się na podłodze, kazali chować się pod ławki, ale właściwie to na tym się skończyło.

Wyjazd nasz wypadł albo w Zielone Świątki, albo pociąg musiał wjechać z innych powodów do Krakowa umajony, bo w czasie dnia pociąg się zatrzymuje gdzieś polu przy lasku i z polecenia opiekunów wychodzimy z wagonów i łamiemy gałęzie i stroimy pociąg. Tak ustrojonym pociągiem wjeżdżamy do Krakowa. Nie jest to dworzec główny, jest to jakiś inny dworzec, a my jak pamiętam mamy iść na Krzemionki. Tę nazwę bardzo dobrze zapamiętałem. Wysiadamy z pociągu. Opiekunowie formują kolumny i co się okazuje – jesteśmy witani przez masę Krakowian, idziemy ulicami pod górę na te Krzemionki wśród wiwatujących ludzi. Częstują nas cukierkami, ciastkami, dają jakieś drobne upominki. My tego nie możemy zrozumieć ale tak było.

Weszliśmy na teren przygotowany na przyjęcie gromady dzieci z opiekunami i zaczęło się organizowanie pobytu. Jak pamiętam, były to baraki pomalowane na żółtobrązowo. Trochę łóżek z siennikami i sienniki na ziemi. Szybko dzielą nas na grupy wiekowe. Kuchnia, jadalnia też w barakach. Wśród personelu widać sporo sióstr zakonnych. W jadalni nie wszyscy się na raz mieszczą i nie wszystkim starcza przyborów do jedzenia. I dobrze pamiętam rosnący bez, który szybko został ogołocony z rozwidlających się gałązek, z których były bardzo dobre widelce jak na nasze potrzeby. Pobyt na Krzemionkach, jak nas poinformowano, jest tylko przejściowy. Ponieważ jest przygotowywane dla nas miejsce i jak tylko to zostanie zakończone to tam zaraz jedziemy. Do tego czasu życie było organizowane przez personel różnie – jak to w tych warunkach mogło być. Prowadzili nas nieraz nad Wisłę. Pozwolono się kąpać i obserwowaliśmy drugi brzeg Wisły, gdzie widać było ludzi pracujących przy kamieniołomach, pchających wózki na szynach z urobkiem. Uczono nas grać w piłkę, szczególnie w tzw. dwa ognie. I tak czekaliśmy na przeprowadzkę na nowe miejsce pobytu. W międzyczasie sprawdzano zawartość woreczków z metryką na szyi i okazało się, że tego woreczka nie mam. Problem. Ani Miecio, ni Zosia, tym bardziej ja nie znamy mojej daty urodzenia. Zapisują bez dni rok 1933 i z tą datą trwam aż do 1948 r.

Przychodzi informacja, że jutro przyjeżdżają auta i wyjeżdżamy do nowego miejsca. Po śniadaniu zajeżdża kilka aut z ławkami, wsiadamy i w drogę. Jedziemy drogą wśród ściany skał, w dole rzeczka (Prądnik) i nagle podziw, przerażenie i ukazuje się przepiękny zamek z Maczugą Herkulesa. Jesteśmy w Pieskowej Skale. Zamek robi niesamowite wrażenie. Pełny tajemniczości, grozy a zarazem piękna. Auta podjeżdżają pod bramę zewnętrzną zamku. Zsiadamy z aut i w kolumnach prowadzą nas do wewnątrz zamku. Tutaj, na wewnętrznym dziedzińcu przerażenie. Na środku stoi jakiś lokomobil, który bucha ogniem i parą, nam każą się rozbierać do „Adama”, strzygą włosy, myją a ubrania do tej lokomobili – do odkażania i odwszenia – tak, tak! Dopiero po wyjęciu ubrań i ubraniu się wchodzimy na górę, do sal gdzie są łóżka i tu jesteśmy podzieleni na grupy. Zaczynamy życie w Domu Dziecka RGO w Pieskowej Skale.

Funkcję Dyrektor pełni Pani Jadwiga Klimaszewska, a wśród wychowawców jest Pani Maria Januszko, która jest z nami od Stanisławowa. Rozpiętość wiekowa dzieci wielka. Od zupełnych maluchów do już dorastających. Podzieleni zostajemy na grupy – maluchy wiadomo to „Maluchy”, nieco starsi – „Krasnale”, do nich przypisano mnie. Jeszcze starsi „Szerszenie”, a już grupa najstarsza „Orły” i „Sokoły” – przypisany Miecio. Dziewczyny przyjęły nazwy grup „Szarotki” i „Pszczółki”.

Zamek nie był przygotowany ani dostosowany do pełnienia roli domu dziecka. Ruina. Brak wody i kanalizacji. Ale poświęcenie personelu oraz zapał pierwszych wychowanków, a później i naszych grup pozwoliło uporządkować sporo pomieszczeń, tak aby można było ulokować wychowanków. Nasza grupa była drugą, która tu przyjechała, pierwsza była nieco przed nami. Źródłem zaopatrzenia w wodę była studnia z kołowrotem w rogu wewnętrznego dziedzińca, z której chłopcy musieli napełniać kociołki i nosić do kuchni, do sal do mycia, dla wszystkich innych potrzeb. Wodę noszono także z Prądnika, ale to już nosili starsi chłopcy. Sanitariaty urządzono za zewnętrzna bramą, w naszej gwarze nazywano je latrynami. Za oświetlenie pomieszczeń służyły świece oraz powszechnie królująca karbidówka.

Życie na zamku tętniło i kwitło. Uczono nas śpiewu, a szczególnie pieśni religijnych. Do dzisiaj brzmi w moich uszach i nucę ją – pieśń „Ojcze z niebios Boże Panie… tu na ziemię ześlij nam Twoje święte zmiłowanie, ześlij nam”. Na zamku była kaplica zamkowa i tu odprawiane były wszelkiego rodzaju religijne uroczystości. Jeśli chodzi o modlitwę to odmawiana była tzw. długa i śpiewana – jedna, dwie zwrotki pieśni dwa razy dziennie, tj. przed śniadaniem i po kolacji. A krótka modlitwa przed każdym innym i po posiłku.

Dzieci, szczególnie chłopcy odpowiedzialni byli za zaopatrzenie w wodę – wiadomo skąd. Praca w kuchni, obieranie ziemniaków, rozdawanie posiłków, mycie naczyń, sprzątanie w salach sypialnych i innych pomieszczeniach należało do obowiązków wychowanków. Szykowanie karbidówek to też pilne i ważne zajęcie. Tak duże pomieszczenia wymagały względnego oświetlenia. Ze skromnych wiadomości jakie do nas docierały wiedzieliśmy, że sytuacja aprowizacyjna nie była najlepsza. Dlatego wychowankowie chodzili do pracy w pobliskim gospodarstwie – folwarku, w zamian za produkty żywnościowe do zamku. Chodziliśmy do lasu zbierać jagody i grzyby, z czego robiono bieżące posiłki i produkty na zimę. Och jak smakowały kluski z jagodami. Paluszki lizać.

Mimo wielu trudności nie zapominano o patriotycznym wychowaniu. Uczono pieśni i jak pamiętam, urządzono dwie wycieczki. Jedna do Krakowa na Wawel – starsi wychowankowie. Druga do Ojcowa na piechotę, w której i ja uczestniczyłem. Przed wyjściem do Ojcowa były pewne przygotowania, szykowano prowiant, napoje, jako takie ubrania oraz nakrycia głowy zrobione z papieru. Nauczono nas te czapki zrobić. W takich czapkach, na tle zamku zrobiliśmy zdjęcie. Ja gdzieś tu stoję w tej czapce. To zdjęcie zdobyłem nieco później. Wspomnę o tym na końcu. Wycieczka trwała cały dzień. Wróciliśmy już wieczorem, okrutnie zmęczeni ale i zadowoleni. Zdjęcie załączam.



Z niektórymi dziećmi przyjechały matki. Matki stanowiły główny personel gospodarczy. Były kucharkami, pomocnikami oraz wykonywały nader ciężką pracę – były praczkami. Pralnie urządzone były w pomieszczeniach przy zewnętrznych bramach. Personel wychowawczy i lekarski, jak wiem – był zatrudniony przez RGO. Z pielęgniarką i lekarzem miałem bardzo szybko kontakt, bo do zamku przybyłem z dość pokaźnym strupem na brodzie a w niecały miesiąc potem zachorowałem na świnkę. Opieką nad wychowankami zajmował się personel, ale do pomocy, szczególnie przy maluchach służyły starsze wychowanki – ich rodzeństwo. Niektóre rodzeństwa były bardzo liczne, np. rodzeństwo Chmist – 10 osób.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
morpork
Bywalec



Dołączył: 10 Mar 2013
Posty: 1935
Przeczytał: 0 tematów


PostWysłany: Śro 23:49, 10 Lip 2013    Temat postu:

Na wieś

Coraz częściej jednak dochodzą do nas wiadomości o trudnej sytuacji żywnościowej. I jednego dnia jest zarządzona zbiórka starszych wychowanków z kompletem rodzeństwa, w tym i my – Miecio, Zosia i ja. Na zewnętrznym dziedzińcu patrzymy – sporo furmanek, my ustawieni w dwuszeregu. Pan Dyrektor oznajmia nam, że z uwagi na trudną sytuację żywnościową część wychowanków musi być wysłana do gospodarzy, do sąsiednich wsi, aby poprawić sytuację pozostałych na zamku. Jest to sytuacja przejściowa, z chwilą poprawienia się sytuacji, zostaniecie sprowadzeni spowrotem. Rodzeństwa będą tylko w jednej wsi, nie będą rozdzielane. Oto stoją furmanki, które was zawiozą do miejsca przeznaczenia. Miejsca zajmować według listy wyczytywanych nazwisk. Życzę wam wszystkiego dobrego – głos mu się łamie.

Siadamy na wozy i przywożą nas do Przybysławic, 14 km od Krakowa. Wysadzają nas w środku wsi pod krzyżem. Jest nas piątka. My trójka oraz Mietek Lecyn i Leon Zgrych. Otaczają nas ludzie, coś pytają a my czekamy na swoich nowych opiekunów. Wśród otaczających nas ludzi szczególnie ruchliwa była panienka, która bardzo mile i grzecznie nachylała się nad każdym z nas. Po jakimś czasie ta panienka znikła i ktoś z nas zauważył, że ma cukierki w kieszeni. Okazało się, że te cukierki miał każdy z nas. Jakoś dziwnie skojarzyliśmy to z tą panienką. Wreszcie przychodzą nasi nowi opiekunowie. Zosię zabiera organista, Lecyn idzie do jednego gospodarza, Zgrych do drugiego, a my z Mieciem do następnego. Nazywa się Franciszek Kiszka i jest kowalem. Jakież było nasze zdziwienie gdy zobaczyliśmy uśmiechającą się do nas tą panienkę, która tak mile nas obchodziła pod krzyżem. Okazało się, że jest to córka lekarza z Krakowa, który wynajmuje u naszych gospodarzy pokój. Będziemy razem, będzie raźniej. Zaczynamy życie na nowo. Życie na wsi nie znosi próżni. Spanie urządzają nam w stodole. Rodzina Państwa Kiszków to właściwie dwoje starszych ludzi. Syn Mieczysław rzadko bywa w domu, jak mawia – ma swoje sprawy. Córka Maria, mężatka mieszka co prawda w tym samym domu ale ma swoja rodzinę. Praktycznie są Kiszkowie i my do gospodarzenia. Mietek starszy, bardziej przydatny w kuźni, to razem z kowalem kuje i dymie miechem. Ja obeznany z obejściem i rolą pastucha, głównie tę czynność. Co rano, skoro świt: Jontek ! stajaj, czas pyndzić… i tak w kółko. Nie powiem, że traktowali nas źle. To, że spaliśmy w stodole to na wsi norma, ale posiłki spożywaliśmy zawsze razem, to samo co gospodarze i bez żadnych grymasów. Oprócz pasania krów i prac w obejściu, raz w tygodniu, czasami dwa, razem z ich córką Marysią chodziliśmy do Krakowa z zaopatrzeniem - z mlekiem i chlebem. Ona bańkę w płachcie na plecach, ja chleb jak koło. Mieli jakąś rodzinę do zaopatrzenia, to i chodziliśmy a było do Krakowa 14 km. Tam i powrotem to dla mnie było dość – oj dość.

Chyba się dobrze sprawowałem, bo gospodarze sprawili mi nowe sandały. Okazały się one moim nieszczęściem. Jak to nowe buty, albo za małe albo za twarde. Obtarłem sobie palec u nogi i nie goił się a raczej rana się powiększa. Obejmuje coraz więcej miejsca. Puchnie stopa i łydka, w pachwinie gruczoł, boli, boli coraz mocniej, noga zmienia kolor. Nie mogę chodzić. Mietek wynosi mnie za potrzebą, gospodyni pociesza, że pan doktor jutro wraca, to się mną zajmie. Tych jutro było kilka, aż wreszcie pan doktor przyjechał. Obejrzał, coś dał i mówi – muszę do Krakowa, jutro wracam. Wrócił, noga spuchnięta za kolano, w różnych kolorach. Doktor przywiózł z Krakowa jakieś spore tabletki, pamiętam kwadratowe, białe i czerwone. Nie wiem po ile miałem ich połykać, ale po kilku dniach czuję się lepiej, ale zauważyłem, że sikam na czerwono. Krew ? Już mogę chodzić, więc biegnę do lekarza i mówię co widzę. A on tak jak stał wziął mnie do siebie i przytulił, poklepał po plecach, pogłaskał po głowie i mówi: chłopcze ty sikasz na czerwono ? To znaczy, że ty już jesteś mój. Dzisiaj wiem co to znaczyło. Niechaj dobry Bóg mu to wynagrodzi. Pomału dochodzę do siebie, życie wraca do normy.

Kończy się lato. Przychodzą chłodniejsze dni i ze spaniem przenoszą nas na strych. Na poduszki i pod pierzynę. Źle to dla nas się skończyło, choć Miecio chyba przesadził. Pewnej nocy Miecio mówi, że to on dużym paznokciem rozdarł pierzynę wzdłuż. Pierze z rozdartego wsypu – wiadomo co się stanie. Pierzyna była bez poszwy. Zgarnęliśmy to pierze do kupki, przykryli się jak mogli i czekali na reakcję. Mietek nie doczekał. Wielkiej reakcji nie było. Mietek z lęku poszedł do innego gospodarza, a w końcu wrócił na zamek. U kowala zostałem sam. Teraz ja przejąłem pracę w kuźni, głównie ciąganie miechem, ale i w takt rytmu też młotem musiałem stukać. Było ciężko ale wytrzymałem. Mijały dni w rytmie codziennych zajęć. Marika była dobrą dziewczyną. Lubiła psoty i zabawy i wciągała mnie do tego. Był przypadek, że razem ze mną zrobiliśmy jej ojcu (mojemu gospodarzowi) psotę w postaci wybuchu puszki z karbidem, kiedy on jadł obiad. Oj gonił nas z siekierą i gdyby nie ona to by mnie chyba zabił. Skończyło się dobrze.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
morpork
Bywalec



Dołączył: 10 Mar 2013
Posty: 1935
Przeczytał: 0 tematów


PostWysłany: Śro 23:56, 10 Lip 2013    Temat postu:

1945

Nadeszła zima. Styczeń 1945 roku. Pomruki frontu coraz bliższe. Wyczuwa się pewne podniecenie. Syn gospodarzy Mietek należy do „Jędrusi”. Dość często wychodzi na akcje, automat przechowuje pod powałą na której śpię. Mam oczywiście nic nie widzieć. Gospodyni na noc nikomu nie pozwala się rozbierać, śpimy w ubraniach. Wieczorem słychać pomruki dział. Kładziemy się spać. Kiedy się budzę, słyszę jakiś szum, dziwne rozmowy. Schodzę na dół do izb a tu pełno Rosjan. Niemcy wyparci. Rosjanie poszli na Kraków. Ale moja gospodyni lamentuje, aczkolwiek szykuje wojskowym posiłek, bo na podwórku dwa działa. Rosjanie uspokajają, że nie będą strzelać, bo do dział potrzebują kowala. Coś tam przy nich zostało zrobione i Rosjanie po zjedzeniu posiłku zabrali swoje działa i pojechali dalej.

Zaczęło się nowe życie, choć na wsi cykl prac i obowiązków niewiele się zmienił. Od wczesnej wiosny od nowa „Jontek stajaj” i z krówkami i do kuźni. Ale życie w polskim już stylu zaczyna się odradzać. Zosia i ja zostajemy zapisani do szkoły. Szkoła jest w sąsiedniej wiosce, nazwa jej mi umknęła, nie pamiętam. Rozpoczynam od pierwszej klasy. Zaczynamy przygotowania do świętowania 3-go maja. Pamiętam robienie chorągiewek biało-czerwonych i uczenie się pieśni „ witaj maj, 3-ci maj” – oj jakie to było cudowne. Gospodarze traktują nas poprawnie, a że trzeba pracować to naturalne.

Odwiedzają nas opiekunowie z zamku. Do nas przychodzi Pani Januszko. Informuje gospodarzy aby pomału przygotowali nas do powrotu na zamek. Nadchodzą wakacje. Gospodarze moi sprawiają mi nowe odzienie i w określonym dniu odwożą do zamku. Pożegnaliśmy się w zgodzie a nawet popłakali. Zaczęły się powroty do zamku wszystkich wcześniej wysłanych. Na zamku przygotowania do wyjazdu całego Domu Dziecka w nowe miejsce. Od powracających zbierają informacje i notują czy chodzili do szkoły. Ja zaliczyłem I klasę ale w ewidencji daty urodzenia figuruję jako rocznik 1933. Dowiaduję się, że tu na zamku funkcjonowała szkoła. Mietek ukończył tu III klasę w roku szkolnym 1944/45.

Na stanowisku dyrektora nastąpiła zmiana. Dyrektorem jest Pani Jadwiga Klimaszewska i pod jej kierownictwem szykowana jest cała przeprowadzka. Wyposażenie zakładu ładowane jest na różnego rodzaju podwody i jedzie do Olkusza, a tu do wagonów. Wychowankowie starsi tę drogę przemierzają pieszo. Ładujemy się do wagonów i w drogę, Jedziemy przez Śląsk, podziwiamy łuny z pieców hutniczych ale i morze ruin – śladów wojny. Następnego dnia pociąg zatrzymuje się na stacji..
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
morpork
Bywalec



Dołączył: 10 Mar 2013
Posty: 1935
Przeczytał: 0 tematów


PostWysłany: Czw 0:11, 11 Lip 2013    Temat postu:

Następnego dnia pociąg zatrzymuje się na stacji kolejowej Czerniejewo. Jesteśmy niby na miejscu ale do miejsca zakwaterowania w pałacu jest 7 km. My tę drogę przemierzamy pieszo, a inwentarz już w jakiś zorganizowany sposób jest przewożony. Jesteśmy w nowym miejscu, w nowych warunkach. Już nie w ramach RGO ale „Państwowy Dom Dziecka w Czerniejewie”.



Piękny pałac, otoczony parkiem i rybnymi stawami. Pałac posiada wodę, kanalizację oraz elektryczność, którą dostarcza miejscowy tartak. Prąd dostarczany jest do miasteczka i pałacu w godzinach 6 – 22. Warunki nieporównywalne do tych w Pieskowej Skale. Pałac przed wojną był własnością rodziny Skórzewskich. Miasteczko Czerniejewo jest niewielkie. Jest szkoła powszechna, kościół i wszystkie urzędy gminne. Zaczyna się organizacja życia w domu dziecka. Organizacja grup wychowanków identyczna jak w Pieskowej Skale. Kończą się wakacje i zostajemy skierowani do szkoły. Część naszych opiekunów jest równocześnie nauczycielami. Ze względu na wiek zostaję zapisany od razu do klasy III.

Tak jak w Pieskowej Skale bierzemy udział w życiu wspólnoty. Sprzątaczek nie ma – robimy to sami. Pomagamy w kuchni, roznosimy posiłki i znosimy naczynia. Chodzimy do prac polowych do miejscowych PNZ - Państwowe Nieruchomości Ziemskie, poprzedniczki PGR-ów, dawna własność Skórzewskich. Chodzimy również do pracy do indywidualnych okolicznych gospodarzy, Wszystko po to aby PDD otrzymał za tę pracę określone dobra. Zbieraliśmy również zbiorowo runo leśne – grzyby i jagody na bieżącą konsumpcję i na zimowe przetwory. Podczas zbierania jagód natknęliśmy się na dwa składy materiałów wojskowych. No i zaczęło się. Przynosiliśmy wiele tych rzeczy do pałacu i urządzaliśmy wiwaty i zmartwienie dla dyrekcji i wychowawców. Do czasu. Pewnego dnia do naszego lekarza przywieźli właściwie fragmenty młodzieńca, który miał podmuchać ogień, bo długo pocisk nie wybuchał. Na czas oczekiwania na przewiezienie tego nieszczęśnika do Gniezna, kazano go nam oglądać. „Tak będzie z wami jak nie zaprzestaniecie” Poskutkowało. Ponadto arsenałem tym zajęła się milicja i wojsko.

Było o wiele lepiej aniżeli w Pieskowej Skale. Wojna skończona. Życie pomału się stabilizuje, ale wiele rzeczy brak. Tornistry do szkoły szyjemy sami z płótna z sienników. Zakup wiecznego pióra – rarytas, realizujemy zbierając kasztany i żołędzie. Ubrania, skarpetki, chusteczki obrabiamy i cerujemy sami. Uczą nas tej umiejętności. Dużą pomocą jest dla nas „UNRA”. Jest to organizacja w ramach ONZ, która organizuje pomoc dla krajów dotkniętych wojną. Otrzymujemy pomoc zbiorową i paczki indywidualne, z których wyjmowane są papierosy i używki. Chodzimy odziani i obuci w ubraniach z UNRY. W roku chyba 1947 (dokładnie nie pamiętam) przyjeżdżają przedstawiciele zagraniczni, chyba Amerykanie i proponują pewna operację. Kierownictwo zapoznaje nas z tym i zaczyna być to realizowane. Mamy napisać tak jakby list do nowej rodziny, podać czym się chce w życiu być, dotychczasowy życiorys i złączyć zdjęcie. Przybyły fotograf robi zdjęcia zbiorowe oraz indywidualne. Jeśli rodzeństwo jest liczniejsze (my trójka) zdjęcie robione jest tak aby je można było pociąć. Oszczędność. Tak skompletowane papiery zostały od nas odebrane do przesyłki. Zdjęcie załączam. Zdobyłem je o wiele później ale wyjaśnię to na końcu. Po jakimś czasie otrzymaliśmy wiadomość, że z misji tej nic nie będzie, bo Warszawa na to nie wyraziła zgody. Słusznie ?

Życie kwitnie. Zawiązują się przyjaźnie i sympatie. Niektóre przyjaźnie z przerwą trwają do dziś, a z sympatii znam jeden przypadek po latach skojarzonego małżeństwa Bronka z Helenką. W Czerniejewie była tylko jedna szkoła i to powszechna. Wychowankowie w Domu Dziecka przebywali do momentu ukończenia szkoły. Do szkół średnich kierowano już do innych domów, bądź do Domów Młodzieży. Na ich miejsce przybywały następne grupy – ciągłą rotacja. W roku 1947 odbywała się tzw. akcja wyrównywania roczników. Ja po ukończeniu IV klasy, jako że jestem w ewidencji jako starszy 1933 r. i wielu innych, poddani jesteśmy egzaminowi, po zdaniu którego zaliczani jesteśmy do klasy VI. W roku 1948 odnajduje nas mama. Mietek jedzie na święta wielkanocna i przywozi mi metrykę urodzenia. Jestem urodzony 8.06.1935 r. i chodzę do szkoły zgodnie z datą urodzenia. Od tej pory wszystkie ferie i wakacje spędzamy w domu. Dotychczas z pewną zazdrością patrzyliśmy na współkolegów jak ich bliscy się odnajdywali i odwiedzali ich bądź zabierali ze sobą, a my „a czemu do mnie nikt nie przyjeżdża” Oj bolało to bolało.

W Domu Dziecka stanowimy dobrze zorganizowaną społeczność. Wychowawców mamy rdzennych, tzn. tych, którzy przywieźli nas ze Stanisławowa. Tylko jest nowa Pani Dyrektor Zofia Klimaszewska – dusza człowiek. W roku 1947 lub 48 przybyła na miejsce byłych spora grupa sybiraków. Były to dzieci z Wileńszczyzny, Nowogródka i w ogóle z tamtych stron. Przyjaźniłem się z jednym z nich - Kazimierz Rudzki i pamiętam jak spisywana była jakaś ewidencja i na pytanie czym zajmował się ojciec, zawsze odpowiadał – był artystą. Później, później nieraz myślałem czy to ten Rudzki? Był wśród nich biedaczysko Adaś, który miał amputowane odmrożone stopy i dłonie. Co z nim ? Z ta grupą przyjechała nowa wychowawczyni, ale nie zapisała się w pamięci wychowanków zbyt dobrze. Stanowiło to jednak pewne zatoczenie koła historii – symbol czasów. W niedługim czasie z zachodu przyjechał jej syn i objął funkcje wychowawcy. Pamiętam go dobrze, a nawet już w zawodowym życiu drogi nasze ponownie się zeszły.

Śpiew i jeszcze raz śpiew. Uczono nas dużo pieśni patriotycznych, tych przedwojennych i religijnych. Ćwiczyliśmy przeważnie na schodach przed pałacem. W niedziele, w kościele podczas mszy kościół należał do nas. Do kościoła chodziliśmy zbiorowo i w sposób zorganizowany, w kolumnach. Ale jak to bywa w takich zbiorowościach, były i negatywy. O amunicji już mówiłem – teraz papierosy. Różnych sposobów używano aby odwieść chłopców od palenia. Osobiście nie paliłem. Pamiętam jak Pani Klimaszewska zebrała grupę palących i mówi – chłopcy będziecie teraz tu przy mnie palić dotąd aż sami przestaniecie. Położyła przed nimi papierosy – proszę palić. Po kilku wypalonych papierosach, któryś biegł do łazienki, aż pozostał jeden - Roman Popowicz, któremu palenie sama przerwała mówiąc dość – więcej ci nie pozwolę. Palił ale po latach zapłacił za to. Obserwowałem tę lekcję i byłem u niego na ostatniej posłudze.

Wiele innych młodzieńczych psot uskutecznialiśmy, wiadomo młodość, dzieci wychowane przez wojnę, ale wiele rzeczy zaczynaliśmy rozumieć. Jest rok 1948, w powietrzu czuć nowe. Zaczyna się wymiana personelu. Przychodzą nowi, chyba przygotowani. Mietek w 1948 roku kończy szkołę powszechną i rozpoczyna naukę w Liceum Ogólnokształcącym w Gnieźnie, ale w Domu Dziecka jest już we Wschowie. Ja z Zosią rozpoczynamy ostatnią klasę szkoły powszechnej. Zmiany personelu ciągle są w toku. Pewnego razu po kolacji w jadalni oznajmiają nam, że Pani Dyrektor Klimaszewska od dzisiaj już nie pełni tej funkcji. Przedstawiają nowego pana dyrektora. Żal gardło ściska, oczy pełne łez, co się dzieje ? Rozumiemy po latach. Warszawiacy, powstańcy, no to jak mogą wychowywać nowe pokolenie ?

O przywiązaniu do pewnych zasad, wyniesionych z domu i wpajanych nam przez naszych opiekunów niech świadczy fakt, że kiedy nowy dyrektor po którejś kolacji zakomunikował nam, że od dzisiejszego dnia modlitwy nie będzie, to komendy nie było, ale jak jeden mąż wszyscy się podnieśli i „w imię Ojca i Syna… Ojcze nasz i Boże coś Polskę. Brzmi mi to do dziś.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
morpork
Bywalec



Dołączył: 10 Mar 2013
Posty: 1935
Przeczytał: 0 tematów


PostWysłany: Czw 0:18, 11 Lip 2013    Temat postu:

Jest rok 1949. Koniec roku szkolnego, koniec szkoły powszechnej, koniec pobytu w Czerniejewie. Szkołę powszechną, kończę razem z dziećmi Pani Dyrektor Tobiszewskiej.

Zdaję egzamin do Liceum Ogólnokształcącego w Gnieźnie. Zostaję przyjęty i … wszystko się nam wali. Otóż nowy pan dyrektor wszystkich tych którzy odnaleźli swoich rodziców zwalnia z Domu Dziecka. Jestem już w takim wieku, że rozumiem co to znaczy nauka. Chcę ją kontynuować. Matka w Nowym Objezierzu tego nie zapewni. Co robić ? Za namową Pani Januszko piszę podanie do Kuratorium Oświaty w Poznaniu i udaje się do Zielonej Góry z kilkoma kolegami, którzy są w Domu Młodzieży. Otrzymuje pozytywna odpowiedź. Ostatecznie w roku 1953 kończę Technikum Handlowe i z nakazem pracy w ręku udaję się do Szczecina i tu zaczynam pracę w Szczecińskich Zakładach Materiałów Biurowych oraz rozpoczynam nową i końcową historię życia. Miecio i Zosia udaja się do Olsztyna. Otrzymują pomocną dłoń od Pani Januszko i rozpoczynają swoja historię. I tak kończy się nasz wyjazd na krótki wypoczynek w ramach RGO do Krakowa. Tak to pamiętam, i jak umiałem przedstawiłem. Może ktoś naniesie poprawki ?

Po latach. W roku 2000 zawiązała się grupa inicjatywna pod kierownictwem Andrzeja Jastrzębskiego i Bronisława Sudera oraz innych, i na prośbę Pani Dyrektor Jadwigi Klimaszewskiej zorganizowali zjazd wychowanków Domu Dziecka w Pieskowej Skale. Pani Klimaszewska aczkolwiek wiekowa, w świetnej formie umysłowej przybyła na ten zjazd. Co za spotkanie po tylu latach, co za wrażenia. Przy obiedzie, a później przy ognisku płyną wspomnienia i tu, my dorosłe stare konie dopiero otwieramy bardzo szeroko buzie i oczy i zaczynamy rozumieć, co ci ludzie, którzy podjęli się pracy w RGO aby ratować istoty ludzkie przeżyli i zrobili – to chyba jedyny Ten na Niebie wie i niechaj Bóg im za to niezliczone razy wynagrodzi. Na zjeździe tym otrzymaliśmy dwa dokumenty: „Dom Dziecka RGO w Pieskowej Skale” oraz „Warownia wołyńskich sierot” autorstwa Anny Szczuckiej. Pierwszy z nich pozwoli czytającemu dowiedzieć się co to była RGO, bo dzisiaj niewielu o tym wie. Drugi – jest to wywiad z Panią Klimaszewską, który jakby potwierdzi moje wypowiedzi. Oba te dokumenty muszą stanowić nieodłączną część moich wspomnień.

Pani Klimaszewska miała jeszcze wolę bycia na kolejnych zjazdach. Były jeszcze ich dwa. Jeden w Czerniejewie, a drugi znowu w Pieskowej Skale, na którym znowu była nasza Pani Dyrektor – Mama. Na zjazd przybyło wielu wychowanków, około 30 ale już z współmałżonkami, dziećmi a nawet wnukami. I tu na zjazdach wymienialiśmy swoje wspomnienia, poparte zdjęciami, kto je posiadał. Stąd posiadam zdjęcia, robiąc reprodukcje. Panią Dyrektor Klimaszewską pożegnaliśmy w Krakowie 22.10.2006 r. w wieku 96 lat. Pani Zofii Tomiszewskiej nie miałem możliwości pożegnać, bo nie pamiętam roku, kiedy usłyszałem w radio, że „była to ostatnia lekcja języka rosyjskiego w opracowaniu Pani Zofii Tobiszewskiej”.

Kiedyś bp. Chrapek powiedział: „Żyj tak abyś pozostawił po sobie ślad”. Ludzie z RGO ślad po sobie pozostawili. Ich śladami są istoty ludzkie wyrwane spod bomb, wideł, siekier i pożóg. Niechaj dobry Bóg niezliczone razy im za to wynagrodzi, a jeszcze żyjący nisko schylamy czoła i pokornie ugnijmy kolana w błagalnych prośbach za ich spokojne tam przebywanie.


Antoni Lach
Kamień Pomorski, czerwiec 2011 r.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
lutnia
Bywalec



Dołączył: 24 Mar 2011
Posty: 2703
Przeczytał: 0 tematów


PostWysłany: Śro 17:13, 17 Lip 2013    Temat postu:



Z entuzjazmem wybudujemy dom

Droga była długa. Po prawie dwóch godzinach byliśmy na miejscu. Wieś Zamłynie położona jest w pięknej miejscowości rejonu lubomlskiego na Wołyniu. Ekologicznie czyste miejsce – dokoła gęsty las i niewielka rzeczka, kilka chat i bardzo gościnni ludzie. W tym miejscu przypomina się dzieciństwo – z ciepłym świeżym mlekiem, miodem z pasieki i opowieściami dziadka.

Tam, gdzie młodość

Ale nie w tym rzecz. W tym miejscu kiedyś była placówka wojskowa, później – poradnia dla chorych na gruźlicę. Przez długi okres dwa ogromne pomieszczenia stały puste. W 2002 roku dwa budynki i ziemia zostały przekazane organizacji dobroczynnej «Caritas», ale i wówczas ich odbudową nikt się nie zajął. Dopiero 11 maja 2008 roku podjęta została decyzja o rekonstrukcji i odbudowie dwóch pomieszczeń oraz utworzeniu ośrodka dla dzieci i młodzieży. Propozycja została przesłana do biskupa diecezji łuckiej Marcjana Trofimiaka przez ks. Jana Burasa., wraz z rezygnacją ze stanowiska kanclerza i proboszcza katedry Św. Piotra i Pawła Biskup zgodził się na to i mianował księdza koordynatorem i osobą odpowiedzialną za utworzenie ośrodka dla dzieci i młodzieży.



Ksiądz Jan Buras przyjął nas ciepło i gościnnie. Częstując nas ciepłą herbatą z miodem zachwycony gospodarz opowiadał o swoim «dziecku»: «Tu będzie to, o czym marzyłem – Ośrodek integracyjny dla dzieci i młodzieży. Będzie tu przyjeżdżać nie tylko młodzież ukraińska, ale też polska i białoruska, przecież sprzyja temu samo miejsce, w którym położony jest ośrodek. Ośrodek będzie otwarty nie tylko latem, gdy wszyscy mają wakacje, ale też w ciągu całego roku. Zimą można tu będzie urządzać kulig z jazdą konną i ogniskiem. Dla każdego znajdzie się tu miejsce i na każdego będą tu czekać. Mogą tu przyjeżdżać również całe rodziny, żeby spędzać więcej czasu w gronie rodzinnym. W ośrodku będzie sala komputerowa, boiska, sala konferencyjna wyposażona w urządzenia medialne, chcemy zrobić ścieżki historyczne i przyrodnicze, wykorzystywać konie dla celów leczniczych dla potrzebującej terapii młodzieży».

Słowa księdza brzmiały na tyle przekonująco, że chciało się na własne oczy zobaczyć, co odbywa się w tym domu. Trwały tam prace budowlane. Na parterze – w sali konferencyjnej, obok której już gotowa była kuchnia i sala dla dyskotek, naprzeciwko – ogromna jadalnia, w której już wymieniono okna i wyremontowano podłogę, ale jeszcze remontowane są ściany. Pierwsze piętro, gdzie właśnie piliśmy herbatkę było już gotowe na przyjęcie gości.
[link widoczny dla zalogowanych]
CDN
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
lutnia
Bywalec



Dołączył: 24 Mar 2011
Posty: 2703
Przeczytał: 0 tematów


PostWysłany: Śro 17:21, 17 Lip 2013    Temat postu:



Tam, gdzie starość

Popatrzywszy przez okno, zobaczyliśmy jeszcze jeden dom. «A to w przyszłości dom dla ludzi w starszym wieku, – stwierdził Jan Buras. – Zawsze chciałem, żeby młodzi ludzie nie zapominali o tym, że wkrótce oni też staną się starszymi, przecież młodość – to taka choroba, która szybko mina, żeby oni byli tolerancyjni w stosunku do starszych ludzi, pomagali im i nie zapominali o swoich dziadkach».

Dom jest przeznaczony dla trzydziestu osób, według planów księdza pokoje będą dwuosobowe. Starszym ludziom będzie zabezpieczona opieka, będą im pomagać pracujące w ośrodku zakonnice.

Potężna praca trwa na tym terytorium, powstaje ośrodek, który będzie zajmował się działalnością dobroczynną na szeroką skalę. Lecz buduje się to wszystko i trzyma się tylko na entuzjazmie księdza Jana. Przecież finansowanie takiego projektu – to duże pieniądze. Ale ksiądz nie poddaje się negatywnemu nastrojowi. Na razie prace finansowane są tylko z jego własnych środków. Podane w różne fundacje projekty nie dostały poparcia finansowego.



«Jeszcze na samym początku odbudowy został zaproszony architekt, żeby obejrzał pomieszczenie i ocenił objętość potrzebnych prac. Potrzebne na odbudowę ośrodka koszty – to dziewięć milionów hrywien. Pieniądze są duże, ale są tego warte, dlatego mnie nic nie powstrzymuje. Oczywiście ciężko jest robić to wszystko samodzielnie, ale zawsze są dobrzy ludzie i ja ich też znalazłem. Pomoc nadchodzi ze wszystkich stron: parafie, w których pracowałem nadesłały jednorazową pomoc finansową. Pomaga również moja rodzina, a zwłaszcza mój wujek, który uwierzył że może tu powstać konkretne dobro. Na mojej drodze Pan Bóg postawił wielu dobrych ludzi, którzy mają nawet większy od mojego entuzjazm i pomagają mi w różnej formie – pomocą fachową w sprawach dokumentacji, radą specjalistów. O jednym chcę wspomnieć – jest to Piotr Werzun. W tej wymienionej jednej osobie chcę wyrazić wdzięczność wszystkim, którzy mi już w jakiejkolwiek formie pomogli. Oczywiście, gdyby był inwestor, to ośrodek zostałby otwarty jeszcze w tym roku, ale inwestycji nie ma, dlatego to jeszcze trochę potrwa», – mówi Jan Buras.

Cieszy to, że człowiek zna swoją sprawę, przecież to dzięki niemu została odbudowana nie jedna świątynia i nie jedna została założona przez niego.
Nie chcieliśmy opuszczać gościnnego i ciepłego domu, ale czekała nad długa droga do domu. Odjeżdżając byliśmy dumni z tego, że istnieją jednak dobrzy ludzie na ziemi, którzy takie cuda tworzą swoim przykładem i swoimi rękami.

Niedawno na terytorium ośrodka ojciec Jan Buras znalazł balon z helem przy której znajdowała się kartka. Taka niespodzianka przyleciała na terytorium księdza-gospodarza – błogosławieństwo od samego nieba.
[link widoczny dla zalogowanych]

Lubię takie klimaty. W przyszłości gdy wybiorę się na Szackie Jeziora, z przyjemnością "zahaczę" o TĘ miejscowość.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
lutnia
Bywalec



Dołączył: 24 Mar 2011
Posty: 2703
Przeczytał: 0 tematów


PostWysłany: Śro 17:30, 17 Lip 2013    Temat postu:

Zamłynie (ukr. Замлиння)
- wieś w rejonie lubomelskim obwodu wołyńskiego, położona na południowy wsachód od Lubomla. Wieś liczy 223 mieszkańców. Przed II wojną światową wieś była zamieszkana w większości przez Polaków. 30 sierpnia 1943 roku mieszkańcy wsi zostali zaatakowani przez bandu UPA. Zostało zamordowanych ponad 20 mieszkańców wsi.(wiki)
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Gargangruel
Administrator



Dołączył: 23 Mar 2011
Posty: 6439
Przeczytał: 1 temat

Skąd: ZE SREBRNEGO NOWIU

PostWysłany: Śro 17:40, 17 Lip 2013    Temat postu:

To właśnie do księdza Jana pojechała moja żona. Już trzeci rok z rzędu. Jest tam organizowany wspólny ukraińsko-polski plener dla ikonopisów.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
morpork
Bywalec



Dołączył: 10 Mar 2013
Posty: 1935
Przeczytał: 0 tematów


PostWysłany: Sob 11:47, 20 Lip 2013    Temat postu:

morpork napisał:
Pieskowa Skała




PN szuka wołyńskich sierot
IPN ma do oddania 129 listów i kart pocztowych napisanych przez dzieci, które po zbrodni wołyńskiej trafiły do sierocińca w Pieskowej Skale. Instytut apeluje o pomoc w odnalezieniu osób, które trafiły tam z Wołynia po 1944 r. Listy mogą mieć wartość naukową.

- Dzieci z Pieskowej Skały, pochodzące ze spalonych polskich wsi na Wołyniu i Podolu, które dosłownie uszły z życiem przed banderowcami, pisały listy, które nigdy nie trafiły do adresatów. Chcemy je oddać, ponieważ mogą być one dla tych osób lub ich rodzin bardzo cennymi pamiątkami - powiedział historyk IPN dr Leon Popek i zaapelował o pomoc w odnalezieniu osób, które przeszły przez dom dziecka w zamku w Pieskowej Skale (woj. małopolskie).
Wszystkie osoby, które mogą wiedzieć coś o losach dzieci z Pieskowej Skały proszone są o kontakt z dr. Leonem Popkiem: [link widoczny dla zalogowanych].

Całość czytaj tu; [link widoczny dla zalogowanych]
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
morpork
Bywalec



Dołączył: 10 Mar 2013
Posty: 1935
Przeczytał: 0 tematów


PostWysłany: Pią 16:20, 26 Lip 2013    Temat postu:

Inscenizacja upamiętniająca Rzeź Wołyńską w Radymnie.
http://www.youtube.com/watch?v=j86HDN4nQ-k&feature=player_embedded
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
morpork
Bywalec



Dołączył: 10 Mar 2013
Posty: 1935
Przeczytał: 0 tematów


PostWysłany: Śro 23:38, 31 Lip 2013    Temat postu:

Na stronie opisującej historię dziecka z Zieleniowa, jest jeszcze tekst poświęcony samej "warowni wołyńskich sierot" - zamku w Pieskowej Skale.
[link widoczny dla zalogowanych]
Na stronie są też zdjęcia do wcześniejszego tekstu.

Ciekawostką jest to, że w sierocińcu był też Roman Ingarden. "Żona prof. Romana Ingardena pełniła obowiązki lekarza sierocińca, a sam profesor stukał po nocach na maszynie, a we dnie starał się być użyteczny."

Inny fragment jednak zasługuje na pokreślenie. Z dziennika Jadwigi Klimaszewskiej.

"Taka to była codzienność zamkowego domu dziecka, z codzienną troską o jutro. Prawdziwy niepokój pojawił się gdzieś w sierpniu, gdy doszły pod Kraków echa powstania warszawskiego. Do powstania poszły dzieci z warszawskich rodzin mieszkających na zamku (współwłaścicieli spółki zarządzającej pensjonatem Pieskowa Skała przed wojną). Starsi podopieczni z sierocińca też rwali się do walki. Trzeba było wzmocnić czujność."

Zapomniałem to dorzucić, więc jest dziś.


Ostatnio zmieniony przez morpork dnia Śro 23:45, 31 Lip 2013, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
lutnia
Bywalec



Dołączył: 24 Mar 2011
Posty: 2703
Przeczytał: 0 tematów


PostWysłany: Czw 7:44, 01 Sie 2013    Temat postu:

Byłem dzięki Tobie na tej stronie, dla mnie to zawsze wzruszające i coś z tego "zawłaszczam" dla siebie niejako.
A tak nawiasem mówiąc, widzę że gdzie się nie ruszysz natrafiasz na Kanta!
Wink
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum www.gargangruelandia.fora.pl Strona Główna -> Archiwum tutejsze Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach

fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group
Regulamin