Forum www.gargangruelandia.fora.pl Strona Główna www.gargangruelandia.fora.pl
Strefa wolna od trolli
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Była sobie Polska

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum www.gargangruelandia.fora.pl Strona Główna -> Archiwum tutejsze
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Margarita
Gość






PostWysłany: Pią 9:32, 29 Lip 2011    Temat postu: Była sobie Polska

Swój wątek zaczynam od słów Marszałka i zamachu majowego.
Polska wprawdzie już istniała i z lekka nawet okrzepła po wojnie z bolszewikami, ale dopiero teraz po krwawym maju i mimo ogólnoświatowego kryzysu wykonała niebywały cywilizacyjny skok, który nadal pozostaje dla obecnej RP skokiem mitycznym.

W walkach majowych padło czterystu zabitych a tysiąc osób zostało rannych. Przelana krew dała jednak impuls bezpłciowej demokracji parlamentarnej i ruszyła mimo ustawicznie czynionych przeszkód ze strony agentur młode państwo polskie do przodu.


Przemowa Marszałka Józefa Piłsudskiego do wojska po przewrocie majowym.

"Żołnierze!
Nie po raz pierwszy słyszycie mój głos. Ongiś na polach bitew, gdy młode państwo jeszcze ząbkowało, jak chorobliwe dziecko, prowadziłem Was w boje, które w zwycięstwach, pod moim dowództwem wywalczonych, na długie wieki okryły się sławą i blaskiem bohaterskie Wasze sztandary.
Żołnierze, stanąłem znowu na Waszym czele jako Wasz wódz.
Znacie mnie. bezwzględny dla siebie, stałem zawsze pośród Was w najcięższych Waszych bólach i trudach, w mekach i niepokojach.
Znacie mnie jeśli nie wszyscy kochać mnie potraficie, wszyscy musicie mnie szanować jako tego, który was do wielkich zwycięstw prowadzić potrafił, a przy ogólnym zepsuciu i demoralizacji nie chciał i nie umiał korzyści własnej pilnować lub dochodzić".
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Margarita
Gość






PostWysłany: Pią 13:19, 29 Lip 2011    Temat postu:

"Pod wpływem wstrząśnienia, które wywołał zamach majowy, rozpoczęła się w społeczeństwie dializa, oddzielająca od siebie pierwiastki dionizyjskie i appolińskie. Ulegały temu procesowi w naszych oczach wszystkie stronnictwa i ugrupowania. Przez każde z nch biegnie dzisiaj linia nowego podziału - na zwolenników i przeciwników Piłsudskiego. jest to właśnie początek tej organizacji temperamentów, która musi leżeć u podstaw organizacji interesów".

Konstanty Srokowski "Nowy Kurier Polski"



Tymczasem Gruchała ogłasza na zjeżdzie monarchistów w Częstochowie:

Przewrót majowy był koniecznym wynikiem wewnetrznego położenia Państwa. Z drzewa zatrutego mikrobami partyjniactwa spadł owoc, którym była rewolucja majowa. My, monarchiści, do tego przewrotu odnosimy się z żywą sympatią. Piłsudski swym czynem, swą błyskawicą, potwierdził nasze naczelne hasło: 'precz z partyjniactwem, przecz z sejmowładztwem". osoba Marszałka Piłsudskiego jest wybitnie twórcza. Rząd Bartla to najsilniejszy rząd jaki istniał w ciągu ostatnich stuleci. narzuca się analogia z rządami żelaznej ręki Batorego. Niestety, rząd Bartla idzie zygzakami wobec konieczności kompromisów z partiami.
Piłsudski utorował drogę monarchii, niszcząc złudzenia republikańskiej praworządności."
"Robotnik" 11.09.1926



"Kurier Poranny" donosi że:

"Klarner ( Czesław Klarner min. skarbu w rządzie Bartla przp. Margo) występował wczoraj jako typowy przedstawiciel wielkiego przemysłu i wielkiego obszarnictwa. Czyżby to był "wyraźny" program rządu p. Bartla?"




"Gdy suche cyfry przeliczyć, gdy nagą i twardą prawdę sobie w oczy rzucić, to wiadomo, że udział Polaków w Legionach był procentowo znacznie mniejszy, niż udział Polaków przy wszelkich innych próbach powstań w przeszłości."

Józef Piłsudski






Nie na wiele zdała się mowa Gruchały. Bartel z Sejmem nie za bardzo do siebie pasowali. Pod koniec września Bartel pod naciskiem Sejmu podał się do dymisji.
Do nowego rządu weszło trzech ministrów, których nominacja wywołała wielką sensację. Roboty publiczne przejął członek PPS Jędzrej Moraczewski, resort sprawiedliwości Meysztowicz a rolnictwo Niezabytowski. Obaj należeli do kresowej elity ziemiaństwa/. Przy czym Meysztowicz zasłynął z tego, ze za czasów carskich złożył wieniec u stóp świeżo odsłoniętego pomnika Katarzyny II.

Konserwatywne "Słowo" wileńskie pod redakcją Cata-Mackiewicza skomentowało to tak:

"Mianowanie dwóch wyraźnych konserwatystów ministrami trzeba uważać za...ofertę współpracy, złożoną marsz. piłsudskiemu całej prawicy polskiej. Uważamy, że tej ofert odrzucać nie należy... Za nami pójdzie ziemiaństwo, pójdą sfery gospodarcze, pójdzie wszystko, co jest elementem statyki społecznej..."

Rychło okazało się, że Cat-Mackiewicz był świetnie poinformowany, bo w kilka dni po tym artykule do rezydencji Księcia Radziwiłła w Nieświeżu przybył Marszałek Piłsudski. Jego zachowanie wyrażnie mówiło, że mianowanie tych dwóch panów na ministrów nie było przypadkiem. Wziął się też ostro za Sejm.

POLACY TO NARÓD IDIOTÓW

"Proszę panów!
Nadchodzi koniec roku 1917 i cały rok 1918. Każdy z was żywo pamięta, jak sprawa polska szła juz podskokami naprzód. Ile papieru zapisano wówczas o sprawie Polski we wszystkich gabinetach i walczących paśtw. Ile projektów wydano, jak robić polskę tak, aby jej nie było, i ile najrozmaitszych dokonano usiłowań, aby to osiągnąć. To prawdopodobnie już przekracza rozmiar biblioteki wcale przyzwoitej. I pisano, i próbowano najrozmaitszych sposobów. Polska zaczyna być modna, zaczyna być kwestią, która jest dokuczliwa, gdyż trzeba wobec niej koniecznie zająć stanowisko i trzeba koniecznie określić to stanowisklo wszędzie na całym bożym swiecie. (...)
Do pracy, związanej z wyzyskaniem tej wielkiej prawdy narastania sprawy polskiej, idzie moi panowie tylko agentura. Polska jest mocno od tej pracy odsunieta. Agentury były wygodne. Agentura bowiem polega na tym, że jeżeli kto płaci, to służby za zapłatę wymaga i nie ma w czasie wojny, gdy panują dzikie prawa wojenne, prawa odmowy, gdy człowiek jest zapłacony. Gdy, proszę państwa, w roku 1918 po przyjeździe z Magdeburga stanąłem do pracy państwowej polskiej i gdy w mundurze, w którym tu przemawiam, reprezentowałem Polskę i formowałem wojsko już polskie, miałem wgląd w sprawy świata nieco głębszy, niż poprzednio, i mogę panów zapewnić, że agentury państwowe, które się o polską skórę targowały i które się o nią układały według własnej woli, miały głębsze znaczenie, silniejsze i pewniejsze, niż wszystko, co agenturą nie było. Gdy przyszły historyk dostęp mieć będzie do tajnych archiwów poszczególnych państw - bo i te czasy zawsze nadchodzą - wtedy ujawnione będą być mogły "dossiers", bo to tak technicznie się nazywa, każdego z płatnych agentów. Agentów określonych według ceny, według tego, ile kosztowali. Cena ich, jak na giełdzie, spada lub się podnosi. gdyż to jest pewnik, że nikt nie chce płacić agentom za drogo. Agenci chcąpodnieść i wyśrubować ceny za siebie i za swoją pracę, a odwrotnie, państwa szukają zbicia tej ceny, stawiając coraz silniejsze żądania. W tych "dossiers" najdziecie nazwiska wielu waszych znajomych. Pracowano bowiem wtedy, rzucając sowicie pieniędzmi, jako systemem najtańszym wykpienia się ze sprawy polskiej, systemem, który państwo mniej kosztował, ktory, cynicznie mówiąc, był po prostu interesem. Mówię jako człowiek, który wie jaka jest cena, którą się za te rzeczy płaci... (...)
Powiadam, zaliczam to do cudów swej pracy, że w tak dzikim chaosie wybrnąć mogłem, zmuszając Polskę do postawienia pierwszych swych kroków jako państwo. Całe moje przeświadczenie, które z tamtych czasów wyniosłem, było nie inne, jak to, że istnieje olbrzymia trudność doprowadzenia jakiejś narady z Polakami do końca. męcząca to praca dalece, że wytworzyłem całe mnóstwo pięknych słówek i określeń, które po mojej śmierci zostaną, a które naród polski stawiają w rzędzie idiotów."

Józef Piłsudski "Pisma zbiorowe" 09. 1937 rok.


Ostatnio zmieniony przez Margarita dnia Pią 21:18, 29 Lip 2011, w całości zmieniany 4 razy
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Margarita
Gość






PostWysłany: Pią 21:20, 29 Lip 2011    Temat postu:

"...Lecz zwycięstwa nad agenturami nie odnieśliśmy wcale. Agentury, jak jakieś przekleństwo, idą dalej bok w bok i krok w krok."

Józef Piłsudski "Pisma zbiorowe" 09.1937 r.


Ostatnio zmieniony przez Margarita dnia Sob 13:20, 30 Lip 2011, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Margarita
Gość






PostWysłany: Śro 10:57, 03 Sie 2011    Temat postu:

" Na parę dni przed początkiem obrad sekmowych wezwany zostałem do Pana Marszałka, który oświadczył mi co następuje: "Otwarcia nowego Sejmu dokonam osobiście, w imieniu Pana Prezydenta. Mają tylko złozyć przysięgę i wybrać przewodniczącego, więcej nic. (Po chwili namysłu) jeżeli będą mi chcieli przeszkadzać, to wprowadzę do Sejmu policję... Co to jest!...I to mi bardzo odpowiada, że pan nosisz mundur. Bo pan mi odpowiadasz osobiście za porządek w Sejmie. Za dwa dni zameldujecie mi czy jesteście gotowi. No, możecie odejść!!"
Odpowiedziałem jak zwykle: "Rozkaz, Panie Marszałku!", po czym zaproponowałem, by może dla utrzymania porządku w Sejmie użyć straży marszałkowskiej, którą będzie dysponował pan Bojko, jako chwilowo przewodniczący. pan Marszałek machnął ręką i odpowiedział: "Nie chcę znać waszej straży marszałkowskiej!"
Tu Pan Marszałek odwrócił się do swoich papierow, nie podając mi ręki na pożegnanie.
Teraz w tajemnicy, zaczałem montować plan uzycia policji w sali sejmowej na wypadek oporu posłów przeciwko zarządzeniom Pana marszałka.
Trudności rosły, jak po grudzie.
Przede wszystkim nie znałem nowego gmachu, w którym miał się zebrać Sejm, jego rozkładu, przejść, połączeń i rozmieszczenia w nim posłów.
Wybrałem się więc do Sejmu celem "zbadania warunków bezpieczeństwa".
W wielkiej półkolistej sali kończono jeszcze prace nad ustawieniem foteli poselskich. Wszędzie czyniono ostatnie przygotowania przed otwarciem sesji.
Obszedłem salę, korytarze i dojście od dawnego sejmu, obecnie Senatu, bufetu i hotelu poselskiego. kazałem zbadać i zabezpieczyć specjalnie podium, na którym zasiada prezydium Sejmu, a którego pan Marszałek miał otwarcie Sejm. Co do obsadzenia galerii, to, niestety, najmniej połowa biletów rozdana już została przez kancelarię sejmowa, zupełnie nie wiadomo komu.
Policję, potrzebną mi na sali, umieściłem w jednym z domów przy ulicy Wiejskiej. Byli to dobrani ludzie bez karabinów, tylko z pistoletami przy pasach.
W razie gdyby pierwszy dziesiątek policjantów nie dał sobie rady przy robieniu porządku w sali Sejmu, miał mu nadejść z pomocą drugi, zbrojny już w karabiny.
Poza tym na ulicy Wiejskiej poleciłem dać wzmocnioną obsadę policji, jak zwykle w dniach otwarcia Sejmu. miał nadejść z pomocą drugi, zbrojny już w karabiny.
Poza tym na ulicy Wiejskiej poleciłem dać wzmocnioną obsadę policji, jak zwykle w dniach otwarcia Sejmu.
Gdy zameldowąłem się u Pana Marszałka w sprawie mych przygotowań, nie chciał wchodzić w szczegóły, powiedział krótko: "Wszytsko ma być zrobione porządnie, przez policję mundurową, a nie..."
W dniu 27 marca 1928 roku, przyjechałem do Sejmu wcześnie, na godzinę przed jego otwarciem.
Na ulicy Wiejskiej przed gmachem Sejmu - normalne ożywienie ze strony publiczności i policji.
W Sejmie rozejrzałem się jeszcze raz, sprawdzając, gdzie ba sali ma siedzieć jakie stronnictwo.
Mimo wczesnej pory, na galeriach i w lozy dla dyplomacji jest już wiele miejsc zajętych.
Na sali, w fotelach poselskich, na razie panują pustki.
Nikt ze świeżo wybranych posłów nie chce pokazać, ze mu pilno do "fotela".
Powoli zaczynają się zjeżdżać ministrowie i podsekretarze stanu.
Koło godziny piątej przyjechał do Sejmu Komendant i przeszedł do pokoju dla rządu, położonego tuż obok ław rządowych w sali obrad.
Poprosiłem do Pana Komendanta posła Bojkę, z którym Komendant rozmawiał z ozywieniem kilka minut.
Komendant ubrany w swoj błękitny mundur marszałkowski z bojowymi odznaczeniami, przy szabli na długich rapciach. W białe rękawiczki przybrane ręce trzymają niebieską maciejówkę.
Porucznik Zaćwilichowski, sekretarz Prezesa rady Ministrów, trzyma Akt Prezydenta Rzeczpospolitej - otwarcia nowo obranego Sejmu.
Po odejściu posła Bojki, Pan Marszałek przywołał mnie do siebie i spytał:
"Jesteście gotowi?"
"Tak jest, Panie Marszałku!" -odpowiedziałem "zuchowato".
"To dobrze, będziecie dzisiaj cały wieczór przy mnie, potrzebuję was. Macie wykonać natychmiast wszystko, co wam każę".
Co tu dużo gadać, byłem naprawdę szczęśliwy z powodu okazywanego mi zaufania Komendanta.
Wszedł do pokoju porucznik Zaćwilichowski, meldując, że sala sejmowa jest już zapełniona. wszyscy ministrowie również zajęli już swoje miejsca na ławach rządowych. była wtedy godzina piąta minut 35 po południu.
Pan Marszałek bierze z rąk porucznika Zaćwilichowskiego zwinęty w trąbkę Akt otwarcia Sejmu i wychodzi do sali sejmowej. kieruje się w stronę fotela przewodniczącego i, wśród grobowej ciszy, zaczyna rozwijać Orędzie Prezydenta Rzeczpospolitej. Porucznik Zaćwilichowski i ja stoimy tuż za panem Marszałkiem. Cały Sejm zastygł w oczekiwaniu....
Nagle, na lewej stronie Sejmu, między pierwszymi a drugimi drzwiami, wiodącymi na korytarz, w tylnych rzędach niewielka grupa posłów zaczyna krzyczeć: "PRECZ Z FASZYSTOWSKIM RZĄDEM PIŁSUDSKIEGO!!", później, za chwilę, znów cisza.
Pan Marszałek przerywa rozwijanie papieru i mówi w kierunku krzyczących komunistów:
"Panowie, będziecie wyrzucenie z sali!"
Nie wiem, czy mogli usłyszeć te słowa, powiedziane "pod wąsem", ale krzyki ich wzmogły się z tym większą siłą.
"Wyrzucić ich!" - powiedział Pan marszałek, odwracając się do mnie i wskazując ręką komunistów.
Wybiegłem do hallu głównego i krzyknąłem w kierunku stojącego przy szatni komisarza rządu, jaroszewicza: "Pierwszy rzut! Już".
Jaroszewicz wybiegł przed sejm.
Zapanowała znów w korytarzach Sejmu cisza, przerwana na chwilę mym krzykiem. Straż marszałkowska stała na swych miejscach.
Z sali posiedzeń sejmu nie dochodziły mię również krzyki.
Za chwilę, która wydała mi się dość długą, wpadł do hallu i biegiem dziesiątek policjantów bez karabinów, prowadzony przez Jaroszewicza i komisarza policji.
Spojrzałem, gdy biegli jeszcze korytarzem przy garderobie, jak zachowa się straż marszałkowska. Strażnicy patrzyli na policjantów z zimną obojętnością...
Dobrze, są więc "neutralni".
Wzniesieniem ręki zatrzymałem biegnących i krzyknąłem: "Chłopcy, ci s..syni komunisci przeszkadzają mowić Komendantowi. Wyrzućmy ich, za mną!"
Teraz biegłem korytarzem, a za mną stukali okutymi obcasami policjanci.
"Byle tylko nie omylić się co do drzwi" - myślałem.
Oto drugie drzwi szklane, otwieram je szybko i wbiegłem do sali, a za mną wojewoda Jaroszewicz z policjantami.
Widzę pobladłych komunistow i wskauję ich policjantom.
W tej chwili jednak "Sejm" zaczyna krzyczeć i ruszać się z miejsc.
Posłowie PPS ruszają tłumem ku mnie, wołając: "Co pan robi?!"
jeden z nich wyciaga z kieszeni pistolet, ale na szczęście chowa z powrotem do kieszeni.
Moi policjanci chwytają krzyczących komunistów, by ich wyprowadzić z sali, ale posłowie socjalistyczni chłopscy dopadli już ostatnich rzędów foteli i uczepili się komunistów, nie dając ich wyprowadzić. Grożą przy tym policjantom i rzucają się na nich.
"Chłopcy, wyprowadzić ich, wypełnić obowiązek" - ryczałem przez ten czas, odgradzając posłów od policjantów.
"Winszuję panu pańskiej funkcji, panie generale!" - krzyczy za mną generał-poseł Roja. Nie ma, niestety, czasu mu odpowiedzieć.
Robi się zakorkowanie. Moi policjanci nie mogą wyciągnąć w ciasnym przejściu sali komunistów, trzymanych przez szereg posłów. nawet każdy policjant jest "miłosiernie" osadzony na miejscu przez paru, wpiętych w jego mundur, "suwerenów".
Siła złego na jednego. Jesteśmy oblepieni i zablokowani przez posłów.
Na szczęście Jaroszewicz wprowadza w tej chwili drugi dziesiątek plicjantów.
Zjawienie sie ludzi z karabinami, którymi odsuwają nacierających posłów, pozwala nam wytargać z sali komunistówi, poza nimi, posła Smolę, którego ani rusz nie dało się odczepić od gąsiennicy posłów i policjantów, wypełzającej, a właściwie wyciąganej przez policjantów ustawionych w korytarzu przez drzwi sali posiedzeń Sejmu.
Wychodząc z sali, oglądam się na Komendanta. Stoi spokojnie wsparty na szabli, samotny i zrównoważony w tym chaosie borykania się i walki.
Komunistów każę odporwadzić do komisariatu policjantom z karabinami, a pierwszy rzut z pistoletami każę mieć, na wszelki wypadek, jeszcze w pogotowiu.
Policja opuszcza Sejm.
Gdy wszedłem na salę posiedzeń, Pan Marszałek czytał już Orędzie Pana Prezydenta, wobec spokoju i ciszy na sali.
Staję obok Komendanta i porucznika Zaćwilichowskiego.
Po odczytaniu Aktu otwarcia Sejmu. Pan Marszałek staje z boku, a do fotela prezydialnego zbliża się poseł Bojko, desygnowany przez Pana Prezydenta rzeczpospolitej, jako najstarszy wiekiem, do przewodniczenia na pierwszym posiedzeniu Sejmu.
Na sekretarzy powołuje on najmłodszych posłów: Piotra kosibę i Władysława Pragę. Przy czytaniu tego drugiego nazwiska poseł Bojko ma trudności wzrokowe, wobec czego Komendant szybko zbliża się do niego i pomaga odczytać nazwisko posła.
zaczyna się składnaie ślubowania przez posłów, w czasie którego Pan Marszałek przechodzi do pokoju ministrów.
Spostzregłem, że Komendant jest bardzo zmęczony. oddycha szybko, jest blady i spocony.
Widocznie to wprowadzenie policji do sejmu kosztowało Go więcej zdrowia niż tych posłów, ryczących o wolnościach parlamentarnych.
Proponuję Panu marszałkowi, by się połozył na kanapę, ale odmawia i za chwilę odjeżdża do Belwederu, każąc tam powiadomić się o przebiegu wyboru pzrewodniczącego Sejmu.
Odprowadziliśmy Go do samochodu, po czym wróciliśmy na salę obrad.
Po ukończeniu ślubowania i przerwie odbyły się wybory marszałka Sejmu, którym wybrany został poseł Daszyński.
Aresztowani komuniściw wrócili z pozwolenia Komendanta do semu i złożyli ślubowanie przy krzykach tryumfalnych lewicy.
Po ukończeniu pierwszego posiedzenia sejmu, zwolniłem policję i udałem się zameldować o przebiegu posiedzenia.
Wyszły nadzwyczajne dodatki pism o zajściach w Sejmie. Pisma opozycyjne a nawet niektóre nasze uważały, że pochańbiłem godność ministra, wyrzucając osobiście z policją komunistów z sali.
Nie wiedzieli oni, że Komendant, gdy jeden z jego podkomendnych wzbraniał się wykonania pewnego mniej przyjemnego rozkazu, powiedział:
"Paniczyk, a nie łaska gówna wozić dla Polski, gdy będzie trzeba!!".
Tak, życie państwa, jak życie człowieka, składa się nie z samych tylko funkcji podnioslych.
A minister, to przecież minister państwa.
No, minister to - wiadomo - znaczy po prostu: sługa!"

Felicjan Sławoj-Składkowski "Strzępy meldunków:, 1936 r.

(powiększenie okrzyku komunistów w Sejmie przez Margo)


Ostatnio zmieniony przez Margarita dnia Śro 11:00, 03 Sie 2011, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Margarita
Gość






PostWysłany: Śro 7:47, 17 Sie 2011    Temat postu:

"Jeżeli idzie o teoretyczną skalę zarobków robotniczych średnio w całej Polsce, to są one istotnie niskie, jednakże w porównaniu z szeregiem innych państw, nawet takich, które znajdują sie w sytuacji nieporównanie lepszej niż Polska, nie stanowią rażącego i jakrawego wyjątku. Nie mozna jednak pominąć faktu, że robotnik polski przeważnie obciążony jest liczniejszą rodziną niz jego towarzysz zachodnioeuropejski; że przemysły koncentrujące największe cyfry pracowników fizycznych, jak np: przemysł włókienniczy, górniczy i żelazny, pracują nieregularnie, wprowadzają liczne "świętówki", zmniejszające roczny dochód rodziny robotniczej, a dochód ten jest w istocie ważniejszy dla robotnika niz zasadniczy zarobek dniówkowy; że rozpiętość między zarobkami najwyższymi i najniższymi jest wielce pokaźna, spychając poszczególne warstwy robotnicze poniżej granicy niezbędnej dla utrzymania rodziny; ze analogicznie istnieją znaczne rozpiętości miedzy poszczególnymi okręgami przemysłowymi; że wreszcie robotnik polski, w przeciwstawieniu do robotnika zachodnioeuropejskiego, a podobnie jak cały stan pracujący w Polsce, nie posiada żadnych nagromadzonych zapasów i rezerw, a więc że kazdy anormalny wypadek, że berobocie, śmierć w rodzinie, choroba niszczy natychmiast podstawy jego egzystencji"

Eugeniusz Kwiatkowski "Dysproporcje", 1933, s.202-209


Ostatnio zmieniony przez Margarita dnia Śro 9:13, 17 Sie 2011, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Margarita
Gość






PostWysłany: Śro 8:13, 17 Sie 2011    Temat postu:

" Polska posiada wyjątkowo bogate wyposażenie w żódła energii i liczne a podstawowe surowce. Posiadamy do dyspozycji nie tylko olbrzymie bogactwo węgla kamiennego, ale również i gazy ziemne,. i węgiel brunatny, i nie wyzyskane siły wodne. Ponadto dysponujemy ropą naftową, węglem koksującym, solą zwykłą, solami potasowymi, rudami zelaza, ołowianymi i cynkowymi, drzewem, surowcami budowlanymi, a wreszcie znaczną liczbą surowców pochodzenia roslinnego. Jednakże charakter naszej produkcji posiada wybitne pietno surowcowe, tj. kończy sie tam, gdzie w wielu państwach właściwy proces produkcyjny dopiero się rozpoczyna. Płyną z tego faktu liczne, niezwykle ujemne konsekwencje. Jeżeli więc porównamy wagę i wartość naszego eksportu i importu, znajdziemy natychmiast wielką i rażącą dysproporcję między tymi cyframi. Import z Polski jest wagowo nieznaczny, a wartościowo natomiast wielki; eksport zaś odwrotnie. A więc płyną do Polski produkty, oparte o polskie surowce, do których dołączona została obca praca, podwyższająca nieraz wartość dziesięciokrotnie. Jest to bowiem aksjomatem ekonomicznym , że bardziej oddalamy się od surowca, a zbliżamy sie do produktu ostatecznego, tym bardziej i tym prędzej wzrasta w progresji geometrycznej wartość pracy ludzkiej w towarze. Rezultatem tego stanu rzeczy jest to, że w krajach stojących na najniższym poziomie rozwoju ekonomicznego, w krajach o surowcowej strukturze gospodarstwa społecznego robotnik i pracownik umysłowy jest i musi być wynagradzany źle, ceny towarów gotowych muszą być na wysokim poziomie, rozwoj konsumpcji jest znikomy i powolny, a stopa życiowa ludzi jest niska. Bogactwo narodów łączy się przede wszystkim z procesem przeróbki surowców na produkty ostateczne i z organizacją wymiany towarowej, postawioną na wysokim poziomie."

Eugeniusz Kwiatkowski "Dysproporcje", 1933


Ostatnio zmieniony przez Margarita dnia Śro 8:15, 17 Sie 2011, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
lutnia
Bywalec



Dołączył: 24 Mar 2011
Posty: 2703
Przeczytał: 0 tematów


PostWysłany: Czw 10:09, 18 Sie 2011    Temat postu:

Cytat:
[quote="Margarita"]Druga RP miała swoje blaski cienie, dlatego ani pierwszego ani drugiego nie należy bagatelizować. Czuję, że wpisujesz się jednak w nurt romantyczny. Znam takich ludzi, dla nich Marszałek, Beck, Sławoj to wzory i mity nie do obalenia.


stary solidaruch

Member

GrupaMembers
Postów1142
Rejestracja08-sierpień 08
Napisano 27 październik 2008 - 11:33
Chcę odnieść się do bardzo ciekawej dyskusji na tym wątku thora, Silvio, sparrowa i trzeżwych i surowych ocen Ja(bisa),odnośnie polityki II Rzeczypospolitej.Taka dyskusja toczyła się w latach mojej młodości w kręgu mojej rodziny i ich znajomych, przy różnych rodzinnych okazjach których byłem biernym słuchaczem z racji wieku.Wielu ocen nie aprobowałem z racji dużej atencji do Marszałka, dzisiaj jestem bardziej sceptyczny i może więcej rozumiem biorąc pod uwagę szanse i możliwości II RP. Czy takie były? Moim zdaniem były, ale bez Rydza, Becka i ich koterii,
o Mościckim mam takie zdanie jak sparrow.Marszałek po 1920 roku trzeżwo oceniał że Traktat Wersalski daje Posce pokój na jakieś 15 lat, lekarz był dobry ale za bardzo przywiązany do tego co znał i rozumiał, stąd błędne diagnozy co do profilaktyki na zagrożenia jakie niosły Niemcy i zbolszewizowana Rosja.Tutaj już napisano jak w trudnej sytuacji ekonomicznej była Rzeczypospolita po nawałnicy I wojny światowej i wojnie z 1920 roku, cały czas budżet niemal wojenny pochłaniający ponad 50% dochodu, za którym stał Piłsudski. To normalne że Polacy w okresie pokoju nie chcieli ponosić takich kosztów, stąd awantury sejmowe, zamach majowy i inne nieprawości, zręcznie wykorzystywane przez agenturę niemiecką i bolszewicką jaczejkę.Dzisiaj można powiedzieć że ten budżet był marnowany na utrzymanie wojsk zupełnie nieprzydatnych w nowej doktrynie wojennej,która zakładała rozwój sił pancernych i likwidację kawalerii. Piszę o tym w dużym uproszczeniu,biorąc pod uwagę fakt że utrzymanie roczne kawalerzysty kosztowało budżet około 500 zł, natomiast konia ponad 1000 zł rocznie i aby uzmysłowić sobie jakie to były koszty,muszę napisać że w dniu 1IX 1939 roku Wojsko Polskie miało na stanie około 36 tysięcy kawalerzystów i około 28 tysięcy koni kawaleryjskich.Budowaliśmy zakłady zbrojeniowe , ale ich wyroby były 3-4 razy droższe niż podobne na rynkach światowych, bo zakłady pracowały 2-3 dni w tygodniu na jedną zmianę, a powinny pracować 6 dni w tygodniu na 3 zmiany, bo na tyle pozwalały zamówienia rządowe,utrzymyano w zasadzie za gotowość produkcyjną, a nie za produkcję.Potrzebne były duże pieniądze na zbrojenia, ale ich nie było. W tej sytuacji moim zdaniem Rzeczypospolita miała dwa wyjścia. Pierwsze pójść drogą rozwiązań włosko-niemieckich i zwiększyć wydatki wojskowe z częściowym ograniczeniem demokracji o czym pisał thor, albo utrzymywać symboliczne siły zbrojne a środki przeznaczyś na budowę pokojowej infrakstruktury gospodarczej i poddać się Rzeszy w razie wojny.Moim zdaniem przekleństwem II Rzeczypospolitej było to, z czego Polacy byli tak dumni, a więc silna złotówka i prowadzona na jej obronę twarda polityka monetarystyczna. W świetle dzisiejszych doświadczeń ,co szkodziło zwiększyć deficyt budżetowy o 2% rocznie,a środki przeznaczyć na rozwój nowych sił zbrojnych. Kierownicy nawy państwowej II RP wybrali taki kierunek jaki leży w mentalności Polaków, a więc ni to, ni sio, w myśl zasady że jakoś to będzie. Było, 6 milionów ofiar, setki tysięcy inwalidów i sierot i zrujnowane państwo. Moje oceny są może zbyt surowe, ale mam do nich prawo, bo 2/3 mojej rodziny zapłaciło życiem za tą politykę.
[link widoczny dla zalogowanych]
------------------------------------------------------------------------------
Cóż, dzisiaj napisałbym to samo.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Margarita
Gość






PostWysłany: Pon 8:08, 22 Sie 2011    Temat postu:

" Dwie wielkie dysproporcje ciążą nad naszą rzeczywistością współczesną. Dysproporcje wartosci sił i dysproporcje wartości materialnych. Zajmujemy od najdawniejszych wieków żyzną i urodzajną ziemię, jakiej wiele narodów jest pozbawionych; wewnetrzne skarby tej ziemi są olbrzymie, nieocenione i różnorodne. Ludność nasza w swej wielkiej masie jest pracowita i skrzętna, jest w swym instynkcie państwowym zdrowa i patriotyczna. A mimo to jeśtesmy dziś krajem biednym i spauperyzowanym. gdziekolwiek skierujemy nasz wzrok i naszą mysl, wszędzie odsłania się bezmierna potrzeba pracy. rzeki sytematycznie niszczą resztki skromnego dobytku ludzkiego, zatracają swoją wartość komunikacyjną i energetyczną; drogi nasze są złe i przestarzałe; środki i urządzenia komunikacyjne lądowe i morskie wymagają rozbudowy i uzupełnień; olbrzymia część miast i miasteczek naszych uraga współczesnej cywilizacji; nie mamy najniezbędniejszej ilości wodociągów, urządzeń kanalizacyjnych, szpitali, elektrowni, gazowni, rzeźni, nowoczesnych piekarni, a nawet domów mieszkalnych w miastach. mamy olbrzymie jeszcze obszary nieużytków, które pracą człowieka mogą być zamienione na warsztaty dobrobytu. Pożary trawią nasze wsie i chaty słomą kryte. A mimo to jesteśmy dziś krajem ciężkiego bezrobocia i nie możemy nawet odpowiedzieć jasno, co chcemy uczynić w przyszłości z przyrostem ludnościowym i jaki los zgotować chcemy naszym robotnikom. Nasza produkcja rolna i przemysłowa utrzymuje się w skromnych rozmiarach, odbiegając daleko w dół od cyfr przypadających na jednego mieszkańca Europy zachodniej; mimo to nie wiemy dokładnie, co chcemy i co możemy z naszą produkcją uczynić i nasycamy lub musimy nasycać bogatsze od nas narody naszym cukrem, węglem, żelazem, naftą, drzewem, zbożem, suknem, cementem, często poniżej własnego kosztu produkcji. Stoją przed nami gigantyczne problematy wewnętrzne i zewnętrzne, a zdrogi naszego zbiorowego życia nie dadzą się one usunąć ani wyminąć; z każdym nowym dzieisecioleciem stają się trudniejsze do rozwiązania."

Eugeniusz Kwiatkowski "Dysproporcje" 1933
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Margarita
Gość






PostWysłany: Pon 8:17, 22 Sie 2011    Temat postu:

" Z opieki Funduszu Pomocy w obecnym okresie korzysta od 100-150 tysięcy osób" - dowiaduję się.
W roku ubiegłym udzielono pomocy 800 tysiącom osób, w tym roku rozmówcy moi spodziewają sie dojścia do miliona osób.
Czytam napiszy na drewnianej ścianie, dzielącej urzędników od interesantów: "Myjcie owoce przed jedzeniem" - głosi ilustracja, przedstawiająca pomarańcze, winogrona i banany.
Jedna pomarańcza kosztuje 1 zł, banan 60 gr.
Przeciętny zasiłek, jaki otrzymuje bezrobotny, wynosi zł 1,87 na osobę...
Gdy weszliśmy do sklepiku kolonialnego, w ktorym zresztą ruch jest niewielki - dwie panny sklepowe mópwią mi, że ludzie kupują, ale bardzo małe racje: daje to duży obrót, ale dochodu niewiele - zaproponowałem Romanowi, abyśmy coś zjedli. Ale co?
Roman stanął przed ladą, na której poukładane były bloki z czekoladą, słoiki z miodem i konfiturami, cukierki, pierniki, popatrzał i rzekł po chwili:
- Chleba..."

Konrad Wrzos "Oko w oko z kryzysem" 1933
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Margarita
Gość






PostWysłany: Pon 8:59, 22 Sie 2011    Temat postu:

" Pozostaje jeszcze trzeci typ gospodarstwa, poniżej 2ha. Tych jest 9.311.300.
W pobliżu mieszka "najmniejsza" gospodyni, p. Anna. Wchodzimy do tej krytej słomą chatki. Wchodzimy przez oborę, w której rozłozyła się krowa. na prawo drzwi prowadzą do małej izdebki. Gospodyni jest wdową. Przed czterema laty umarł jej mąż, prowadzi więc gospodarstwo, obejmujące nieco mniej niz 2 ha ze swoim małym, dziesięcioletnim synkiem Ściany tej izdebki składają się z gołych, niczym nie obciągniętch belek. podłogę stanowi nieówna posadzka z gliny, pomieszanej z piaskiem.
Zastalismy p. Annę przy pracy, piekła czarny chleb i przyrządzała mleko, które własnie wydoiła. Dla synka.
W izbie pod ścianą - przegródka, w niej wśród ziemniaków kury. Jest ich 8. Na prawo od tej przegródki dwie skrzynie, jedna pusta, w drugiej sieczka dla krowy. Mąkę dostaje p. Anna z młyna. Chleb robi sama. czym opala mieszkanie?
Drzewem, które przynosi na plecach z lasu odległego o 4 km.
Czym oświetla izbę?
- "Karpiną" albo łuczywem. Ale przeważnie - powiada - siedzi sie po ciemku i o zmroku idzie człowiek spać.
Czym się odżywia?
- Na śniadanie jemy z synkiem trochę chleba czarnego - mówi - na obiad zupę z ziemniakłów, na kolację ziemniaki. Okrasy żadnej. za ziemniaki płacimy 50 gr za pud. Przynoszę je sama.
Jak ta kobieta prowadzi gospodarstwo?
- jak wydoimy krówkę i mamy mleko - odpowiada nam - to się idzie z mlekiem 7 wiorst, do Nieświeża, bo w Nieświeżu dostaje się 13-15 gr za litr i za te pieniądze kupuje się ziemniaki. Za dwa litry można zarobić 25-30 gr, za to się kupi ziemników, a ponieważ kosztują one 50 gr, więc zostaje człowiek winien 20 gr.
Gospodyni miała wieprzka, ale sprzedała go za krowę, aby mieć mleko. Może na przyszły rok wróci do wieprzka, aby mieć słoninę, ale "póki co" zostaje przy swojej krowie, bo "kalkulacja mleczno-ziemniaczana" nie jest dla niej - powiada - najgorsza.
Czy ma długi? Długów nie ma.
- za cztery lata podatków jednak nie oddałam - powiada - jestem winna więcej niż 30 zł. Chciałam podatki zapłacić i spzredałam poduszkę. miałam jedną taką dobrą poduszkę - ciągnie - z prawdziwym puchem i ten prezent, który dostałam od ojca, sprzedałam za 15 złótych. Ale pieniądze wydałam na życie i podatków nie zapłaciłam.
- A gdzie pani śpi? - pytam naszą gospodynię, rozgladając się po izbie i nie widząc w niej łóżka.
- Śpię z synkiem na piecu - powiada - wskazując kwadratowy, niski piec w kacie pokoju. - Jak się nie opala, to człowiek śpi na tym piecu, na tej poduszce, która została - mów gospodyni ściągając poduszkę z pieca. - A jak piec jest rozgrzany, to się przynosi z lasu krzaki z jodłowca i śpi się na jodłowcu.
Ta starsza kobieta ma wypoliturowaną od powietrza cerę, twarde spojrzenie i spracowane ręce. na nogach łapcie podziurawione; nie są one jej własnością, lecz pożyczone w sąsiedztwie. Stopy i łydki ma owinięte onucami. Są to brudne wełniaki. Bluzę ma połataną. A suknia jej jest w strzępach. Na głowie ma chustkę. Chcę tę chustkę zobaczyć. Gospodyni zdejmuje ją powoli z głowu i pokazuje - łachman.
Twarde rysy twarzy naszej rozmówczyni łagodnieją, w katach coś drga, coś się łamie, jak gdyby ucisk dławił gardło. I z oczu tej kobiety o męskich rysach płyną sznurki łez...


- Czym się ogrzewa mieszkanie?
- "Chyrką".
"Chyrką" w tutejszej gwarze nazywa się gałązki przynoszone z lasu. Izb, w których się się śpi, nie ogrzewa się. Zresztą, zdaniem gospodarza, lepiej się w nie ogrzewanej izbie śpi. Tych izb jest dwie. Rodzina gospodarza liczna: żona i dziewięcioro dzieci.
Węgla nie używa się. Dawniej kupowało się węgiel za pośrednictwem kółek rolniczych. Teraz kółko rolnicze nie istnieje. Więc jak się rzekło, mieszkanie opala się tylko "chyrką". Leśniczy nie protestuje przeciwko zbieraniu gałęzi z lasu. "Byleby tylko szkodnego drzewa nie brać" - powiada.
- A oświetlenie?
- Na nafcie trzeba oszczędzać, litr nafty bowiem kosztuje 65 groszy. To drogo. Przeważnie więc się siedzi po ciemku. idzie się wczesnie spać, a rano, jak się zacznie rozwidniać, wstaje się. Tak noc trwa od 6 -7 z wieczora do 8 rano. Śpi się długo, ale cóż to szkodzi i tak roboty nie ma."

Konrad Wrzos "Oko w oko z kryzysem" 1933
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Margarita
Gość






PostWysłany: Wto 13:52, 23 Sie 2011    Temat postu:

" Byliśmy tez w czasie naszej wędrówki po Droszkach u małorolnego, który dorabia sobie pracą jako robotnik rolny. Robotników rolnych wraz z rodzinami jest na terenie Rzeczypospolitej według danych sprzed dziesięciu lat - 2.869751. Teraz ta liczba ich zwiększyła sie znacznie i stanowi 20 % ogólnej liczby obywateli.
Nasz nowy rozmówca jest jednym z członków tej trzymilionowej rodziny robotników rolnych. Mieszka on w Droszkach od lat. Zajmuje małą izdebkę w odnajmowanym przez robotników domku. Ma żonę i sześcioro dzieci. W jego ciemnej izdebce stoją dwa łóżka. U swojego pana jest tzw. komornem. Pensję otrzymuje przeważnie w pożywieniu. Jest mizerny i milczy; mówi za niego żona, czerstwa kobieta o zdrowej cerze.
_ Jemy na śniadanie zupę z ziemniaków. Na obiad "knule" z ziemniaków, na kolację zupę z ziemniaków. Ziemniak to podstawa naszego pożywienia. Mieszkanie ogrzewa się "chyrką" z lasu, węgla się nie używa.
Ubranie dostał nasz rozmówca w podarunku od funkcjonariusza polskiej straży granicznej.
Światła w tym domku nie używają, siedzą po ciemku. W izdebce jest jedno okno. Okno jest zasłonięte chustką. Uchylam ją. Dziury w potłuczonych szybach pozatykane są tekturą i papierem. Czy można się w tych warunkach dziwić odpowiedziom, udzielanym przez kupców i pośredników z okolicznych wsi i miasteczek? Drogę powrotną odbyłem przez małe miasteczka rolnicze, których dola związana jest z losem właścicieli ziemskich."

Konrad Wrzos "Oko w oko z kryzysem" 1933
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Margarita
Gość






PostWysłany: Wto 14:12, 23 Sie 2011    Temat postu:

"Wartość rocznej produkcji na jednego mieszkańca w Polsce wynosi 317 mk złotych, gdy w Austrii już 592 mk, w Czechosłowacji 630 mk, we Francji 930 mk, w niemczech 1077, w szwecji 1102 mk, w Holandii 1480 mk itd. Nasz handel zagraniczny w przeliczeniu na jednego mieszkańca w jakorzystniejszym roku powojennym nie dochodzi do 200 zł, gdy w Czechosłowacji przekracza znacznie 700 złotych, w Finlandii zbliża się do 900 zł, tj. przekracza o 40% całkowitą wartość produkcji na mieszkańca Polski, w Szwecji zbliża się do 1300 zł, w Belgii wynosi 1850 zł, a w Danii nawet 2170 zł rocznie. W Polsce zz trudem wytrzymujemy obciążenie budżetowe na jednego mieszkańca w sumie 9-11 dolarów rocznie, gdy Jugosławia wytrzymuje obciążenie 17 dolarów, Estonia 19 dolarów, Czechosłowacja 35 dolarów. Konsumpcja węgla dosięgła u nas w r. 1928 około 920 kg na mieszkańca, gdy mieszkaniec Francji skonsumował w tym czasie 1600 kg, belgii 3500 kg, Niemiec 4000 kg, USA zwyż 5000 kg. Analogicznie przypada u nas w konsumpcji na każdego mieszkańca znacznie mniej żelaza, stali, cukru, mydła, papieru, wyrobów włókienniczych, nafty, benzyny, prądu elektrycznego, skór, cegły, cementu, miedzi, aut, rowerów, książek i gazet niż w tzw. Europie A.
Posiadamy znacznie mniej niż małe państwa zachodnie naprawdę dobrych i nowoczesnych dróg komunikacyjnych, mniej uregulowanych i spławnych rzek, osuszonych i wyzyskanych produktywnie bagien i nieużytków, posiadamy mniej przestrzeni mieszkalnej dla człowieka, mniej szpitali, zgłaszamy mniej patentów, za to mamy więcej dachów słomianych i pożarów, więcej pzrestępców i żebraków. Nasze oszczędności w kasach i bankach nie dosięgają 40 zł na mieszkańca, gdy w Austrii wynoszą około 200 zł, a w Czechosłowacji, Italii i Niemczech wahają się około 300 zł na mieszkańca. Nasz obieg pieniężny, przeliczony na głowę ludności, wynosił w r. 1929 około 50 zł, gdy w pzredwojennej Rosji przy uwzględnieniu różnic w sile nabywczej pieniądza dosięgał 84 zł, w Kongresówce przekraczał wówczas 100 zł, a np. we współczesnych Niemczech wynosi 200 zł i w Austrii około 250 zł."

Eugeniusz Kwiatkowski "Dysproporcje" 1933
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Margarita
Gość






PostWysłany: Śro 8:14, 24 Sie 2011    Temat postu:

" W takim Kepnie, duzym stosunkowo miasteczku rolniczym, istnieje firma kolonialna. Właściciel jej twierdzi, iż wieś niewiele kupuje - W roku 1928/29 - mówi - chłop kupował półtora kilo cukru, 5 kilo soli, pół kilo kaszy i mydło. W roku 1933 kupuje 1/4 kilo cukru, pół kilo soli, kawy, herbaty, mydła wcale.
Papierosy i wódka spadły o 25 proc.
W pobliskim Bralinie istnieje firma handlowa. Właściciel jej spzredaje rolnikom węgiel, nawozy sztuczne, cement. W zamian kupuje ziemiopłody. jest pośrednikiem między wsią a miastem. Dawniej miał biura, miał swój oddział przy rampie kolejowej, dziś biura jego są puste, oddział przy rampie zwinięty. Wskutek niewypłacalności klientów, ziemian, starcił kapitały.
Na powrotnej drodze chciałem w Bralinie zmienić w kilku tego rodzaju sklepach 20 złotych. Niestety uprzejmi ludzie nie mogli mi tej grzeczności wyświadczyć.

Pod nami w blaskach zimowego słońca tonęły Katowice. Huty, kopalnie, domy przecięte wstążkami ulic. między pokrytymi śniegiem wzgórzami otaczającymi miasto, masa ciemnych punktów odcina się wyraźnie na białym tle krajobrazu. Dookoła tych punktów pełzają mali ludzie - takimi wydają się z góry - z wózkami i sankami. gdyby nie powolność ich ruchów, można byłoby pomyśleć, ze to narciarze albo dzieci, zabawiające się saneczkami. Samolot opada coraz niżej ku ziemi. Jak na dłoni widać te punkty, którymi podziurowione są okolice. To bieda-szyby. Las kominów staje się wyrazisty i gęstszy. Staramy się obliczyć, ile kominów dymi na tereniw wielkich Katowic. Z wysokości tysiąca metrów widzi się kryzys lepiej. Spośród mniej więcej sześćdziesięciu kominów dymi się co najwyżej dwie trzecie."

Konrad Wrzos "Oko w oko z kryzysem" 1933
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Margarita
Gość






PostWysłany: Pią 18:50, 26 Sie 2011    Temat postu:

" Według dostarczonego mi przez starostwo katowickie wykazu na terenie wielkich Katowic istnieje 80 zakaładów przemysłowych. Zakłady te nie obejmują wyłącznie trzech głównych produktów Górnego Śląska, tj. węgla, żelaza i cynku, lecz inne najbardziej różnorodne gałęzie produkcji. Trzy są główne produkty Górnego Śląska: węgiel, żelazo i cynk.
Jaka była wartość produkcji w ostatnim roku pomyślności, tj. w roku 1929 i w roku kryzysu 1932?
W roku 1929 wartość produkcji węgla wyniosła 607 856 000, wartość żelaza to 486 821 000 a cynku 204 545 000.
W roku 1932 wartość węgla zamknęła się w liczbie 310 000 000, żelaza 143 000 000 i cynku 45 000 000
Ile produkuje się?
Z 46 246 724 ton węgla kamiennego, wyprodukowanego w Polsce w r. 1929, na Śląsk wypadało 34 541 155. W r. 1932 na 28 385 294 Śląsk wyprodukował 21 450 053.
W roku 1929 pracowały 54 kopalnie, zatrudniając 94 441 robotników. W roku 1932 - 55 562 robotników pracowało w 42 kopalniach.
Jak wygląda wytwórczość stalowni w latach 1929 - 1932 ?
W r. 1929 ogółem wyprodukowano surówki 555 265 ton z tego na Śląsk wypadło 375 600. W roku 1932 (wyłączając grudzień) z ogólnej produkcji 146 412 - Śląsk wyprodukował 107 979 ton.
Ilość robotników zatrudnionych w hutnictwie żelaznym wynosiła w grudniu 1929 r. 49 088, zaś w grudniu 1932 - 24 478.
Produkcja cynku?
W roku 1929 wyprodukowano 147 000 ton cynku, pracowało 10 000 robotników. W roku 1932 wyprodukowano 85 000 ton, pracowało 4 291 robotników. Ilość bezrobotnych na Śłąsku nie zmiejsza się. W województwie śląskim na wydziale opieki oświadczono mi, że ilość zarejestrowanych bezrobotnych wynosi na Górnym Śląsku przeszło 100 000 osób. Jak się dowiaduję, ostatnio wyniosła ona 116 000 osób. pesymiści są nawet zdania, iż cyfra ta jest wyższa i sięga 130 000 osób.

Kiedy zwiedzałem kuchnię siemianowicką, była sobota - dawano rosół z makaronem, w rosole pływało mięso. Stanąłem w kolejce i zapytałem moich sąsiadów, czy smakują im te obiady.
- Bardzo "fajne" - odpowiedziała wesoło jedna robotnica.
- Muszą smakować - powiedziała poważnie druga.
- Smakowałyby lepiej, gdyby były zapracowane - odezwał się głos z tłumu - gdyby można było na nie zarobić.
Ogólna suma zarobków robotników pracujących w kopalniach węgla, żelaza i cynku wynosiła w roku 1929 - 424 084 000 złotych, a w r. 1932 zaś - 185 500 000 złotych. Nie znaczy to, aby stawka wynagrodzenia robotnika spadła w tym samym stosunku. Przeciętnie jednak nie przepracowuje się w tygodniu wszystkich dni roboczych. W wielu zakładach "świętówek" jest w roku ostatnim zaledwie trochę mniej niż dni pracy.
Ile dni pracuje robotnik huty cynkowej?
Kiedy zwiedzałem hutę cynkową w Wełnowcu, zadałem to pytanie jednemu z robotników. Opowiedział mi, że w ciągu miesiąca przepracowuje 22 dni; jego zarobek za dniówkę wynosi 10 zł.
A jak jest z produkcją surówki żelaza i stali?
Zwiedziłem jedną z największych ongiś hut w Siemianowicach. Z przeszło 2 000 robotników pracujących w roku 1929, pozostało obecnie na stanowisku kilkuset. Pracują oni 10, 15 dni w miesiącu."

Konrad Wrzos "Oko w oko z kryzysem" 1933
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Margarita
Gość






PostWysłany: Sob 14:51, 27 Sie 2011    Temat postu:

"Tona węgla kosztuje w Warszawie 64 zł.
Chciałem się dowiedzieć, jakie są obecnie koszta własne kopalni, związane z wydobyciem tony węgla, jak jest kalkulowana jedna tona węgla. Zapytałem o to mego rozmówcę. Mój rozmówca uznał, iż pytanie to dotyczy tajemnic przemysłu. Obiecałem mu, że nie ujawnię jego nazwiska. Rozmowie naszej przysłuchiwała się osoba trzecia, która zobowiązała się do dyskrecji.
- Koszta własne, łącznie z robocizną, materiałem, poborami dyrekcji, łącznie z kosztami handlowymi i podatkami, wahają sie międy 11 a 16 zł.
- Ile wynosi cena sprzedażna w kopalni?
- Cena sprzedaży waha się od 12 do 16 zł. Zarobek waha sie między 1 zł. a 2 zł. Przeważnie jednak pracuje się bez zarobku i wychodzi się na swoje.
- Czy mógłbym kupić w kopalni jedną tonę węgla? - zapytałem.
Odpowiedź brzmiała: - Nie.
- Dlaczego?
- Dlatego że kopalnie nie sprzedają wyprodukowanego węgla. Wyprodukowany węgiel sprzedają koncerny sprzedaży, utworzone przez grupy kopalń. Właścicielami tych koncernów są właściciele kopalń i wielcy handlarze węglowi, których centralną siedzibą jest Berlin. Cenę węgla ustanawia konwencja węglowa.
- jaka jest cena węgla dla handlarzy węgla?
- Koncerny węglowe, których jest kilka sprzedają węgiel grosistom po cenie ustanowionej, wahającej się miedzy 24 a 40 zł w zalezności od gatunku.
- Kto i co podraża cenę węgla?
- Cenę węgla podraża niska cena węgla eksportowego i niesumienne pośrednictwa, zarówno koncernów, jak i tych, którzy między koncernami a nabywcami, tj. publicznością, pośredniczą. Handlarze węgla, grosiści, pomimo istniejących wysokich cen konwencyjnych, nabywają węgiel po niższej cenie, korzystając z tzw. cichych rabatów i płacą po 20 zł za tonę.
- A czy transport nie podraża ceny węgla?
- Oczywiście, ale nie w takim stopniu, w jakim to czyni nieuczciwe pośrednictwo.
- Czy nie sądzi pan, panie dyrektorze, że obnizka ceny węgla powiększyłaby zbyt wewnetrzny? Pzrecież w tej chwili ludzie nie mogą sobie pozwolić na węgiel, którego wysoka cena czyni zeń produkt niedostępny dla szerokich mas.
- Sądzę, że właściciele kopalń pzreciwdziałają obniżce cen węgla dlatego, że spzredając węgiel na rynkach zagranicznych po niskiej cenie, odbijają straty na rynku wewnętrznym.
- Słysząłem jednak, że pośrednicy otrzymują węgiel po znacznie niższej cenie.
- W Katowicach może pan dostać węgiel po znacznie niższej cenie, 22 zł za tonę. Frachty pisze się "podwójną kredką" - powiada mój rozmówca.
- Skoro sprzedaje się pośrednikom po 22 zl, czemu nie obniży się - powtarzam swoje pytanie - ceny rynkowej?
- Dlatego, że właściciele kopalń otrzymują zyski z dwóch źródeł: z kopalni i z koncernów sprzedaży.
- A więc - jakie wyjście?
- Gruntowna reorganizacja sprzedaży.

A co mówi człowiek ulicy?
Wracając z kopalni rozmawiam z szoferem taksówki, którą odbyłem tę część mojej wędrówki. Pan kaczmarek jest szoferem od lat 15. W r. 1929 zarabiał zł 30 dziennie, teraz zarobki jego wahają się w granicach 5 do 10 zł. pan kaczmarek powiada:
- Węgiel powinien kosztować 15 zł za tonę we wszystkich miastach Polski. koszta transportu powinny być obnizone tak, aby cena wszędzie była ta sama. Jeżeli kopalnie nie zgodzą się na sprzedaż węgla po 15 zł, trzeba kopalnie upanstwowić."

Konrad Wrzos "Okok w oko z kryzysem" 1933


Ostatnio zmieniony przez Margarita dnia Sob 14:53, 27 Sie 2011, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Margarita
Gość






PostWysłany: Pon 7:21, 29 Sie 2011    Temat postu:

"Jedziemy na bieda-szyby.
Tych bieda-szybów jest na Górnym Śląsku blisko 3 000. Pracuje w nich około 12 000 bezrobotnych.
Co to jest bieda szyb?
Z szosy widać uwijających się między pagórkami ludzi. Idziemy ku nim. jest ich czterech. Szybko zawieramy znajomość. Spośród czterech - dwóch przszło kupić węgiel, dwóch zaś pracuje na bieda-szybie "na powierzchni". Ale nie są to wszyscy górnicy zatrudnieni w tej małej kopalni. Trzech pracuje "na dole". Wykopali tu na głębokości 15 m ziemię, dokopali się węgla. W tym otworze, który wywiercili, może się zmieścić "w suterenach" i na "chodnikach" trzech ludzi. jeden wchodzi za drugim, bo otór jest szerokości jednego człowieka. Ustawili nad tym otworem kozły drewniane, na nich wałek, na sznurze, który otacza ten wałek, jedni opuszczają na dół wiadra, do których ci, którzy zeszli po drabinie w dół, kładą węgiel odrąbany albo też czerpią wodę, która zalała "ich" pokłady.
pokłady te należą do państwa i do wielkich kopalń i ci górnicy pracują na cudzych terenach. Policja przeszkadza im w pracy. Z dwóch powodów: dlatego że pracują na cudzych terenach i dlatego że praca w tych warunkach zagraża ich życiu. W grudniu ub. roku zanotowano 6 wypadków śmierci na bieda-szybach.
Ale mimo to praca na bieda-szybach nie ustaje. Zwłaszcza o zmroku ruch zwiększa się. Zjeżdżają furmanki, na które ładuje się węgiel.
- Ile wydobywacie dziennie? - pytam mojego znajomego "dyrektora" tej kopalni - jak się dzielicie zarobkiem?
"Dyrektor" wtajemnicza mnie w arkana swojej kalkulacji.
_ Wydobywamy dwie tony dziennie - mówi kręcąc korbą - sprzedajemy po 14 zł tonę. zarobek dzielimy między siebie na równe części.
"Dyrektor" ma lat 22. był górnikiem, od dwóch lat jest bez pracy. Musi żyć i dlatego bez obawy schodzi po drabinie w dół do swego szybu. A z nim jego towarzysze.
- Nie boicie się?...
"Dyrektor" poprawia wełniany, kolorowy szalik na szyi; strzepuje palcem pył węglowy ze swych połatanych spodni i przestępując z nogi na nogę, odpowiada po namyśle:
- Górnicy z bieda-szybów nie boją się - bo i czego? Pan Bóg na nas łaskawy i przymyka oczy, gdy schodzimy do tych nie naszych szybów.
Któryś z kupujących powiada:
- Ej, co też pan mówi, przecież były wypadki z ludźmi. za czyją sprawą?
- To nie sprawa boska - odpowiedział chłopiec. - To moc kamienna..."

Konrad Wrzos "Oko w oko z kryzysem" 1933



"Samochodem jedzie się obecnie przez Polskę bardzo swobodnie: wyjąwszy miasta, które mijaliśmy, naliczyłem po drodze wszystkiego pięć aut osobowych. Na przestrzeni blisko pięćiuset kilometrów... Co sto kilometrów jeden samochód! Częściej już się spotyka zająca. Nam przeszło przez drogę siedem sztuk...
Jest więc dosyć miejsca na szosie i zdaje się, że choćby teraz zaczęto na gwałt budować drogi, będzie to już wydatek niepotrzebny, gdyż nie ma komu jeździć. ministerstwo robót publicznych spóźniło się odrobinę."

Zygmunt Nowakowski "Dzwonek niedzielny" 1934


" O nędzy naszych dróg pisano już wielokrotnie. Tyle jest tam zniedbań, że trzeba naprawdę gigantycznego wysiłku ze strony władz i społeczeństwa, aby odrobić zaległości. Dotyczy to przedewszystkiem b. Kongresówki i Kresów, które przez wiek z górą znajdowały się pod zarządem barbarzyńskiego okupanta, nieuznającego nowoczesnych potrzeb cywilizacyjnych i łudzącego się, że jeżeli kraj będzie bezdrożem, to utrudni to inwazję nieprzyjacielską.
Drogi więc w b. Kongresówce są straszne i choć je ciągle naprawia się, przedstawiają szczególnie po wiosennych roztropach obraz nędzy i rozpaczy. Nadesłano naszej Redakcji kilka fotografii spod Działoszyc, małego miasteczka leżącego w województwie Kieleckim. Widzimy na nich odcinki drogi Szczotkowice-Działoszyce i Pińczów-Miechów i współczujemy ludziom i koniom, którzy muszą "jeździć" po tych trzęsawiskach, przypominających bagna pińskie.
Jazda po tych błotach, to męka dla ludzi i zwierząt, to niepotrzebna strata czasu i niszczenie środków lokomocji! Po takiej przejażdżce, kiedy się patrzy na wyczerpane do cna konie, chiałoby się, aby kto wziął komendę w swoje ręce, skrzyknął ludzi, zapalił ich entuzjazmem do pracy i zaczął budować, budować i jeszcze raz budować dobre, europejskie drogi".

Reportaż "Światowida" (nr 16 z 18 kwietnia 1936 r.)


Ostatnio zmieniony przez Margarita dnia Pon 7:25, 29 Sie 2011, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Margarita
Gość






PostWysłany: Wto 7:59, 30 Sie 2011    Temat postu:

"Nasze tzw. Kresy Wschodnie są jeszcze dla innych części Polski często "ziemią nieznaną". Są Polską B. Na samym końcu wymienia się zawsze Polesie. To najmniej znana, najwięcej tajemnicza, spowita najbardziej fantastycznymi baśniami kraina. Prawie że egzotyczna.
Polesie - to kraj zadziwiających kontrastów...
Piękne niebo, rojsty, moczary, odwieczne lasy, pełne różnorakiej zwierzyny, plątanina rzek i rzeczułek - a pośród tej torfiastej, pierwotnej puszczy, powolny i zacofany człowiek - Poleszuk.
Do dziś opowiadają w Pińsku, naturalnej stolicy Polesia, że chłop zapytany:
- A skąd wy, człowieku? Odpowiada niewinnie:
- Ja nie czełowik, ja Pyńczuk.
Bo uświadomienie narodowe tam bardzo małe, prawie żadne. Zato ludność tamtejsza po uszy tkwi w zabobonach. Z nastaniem długich, jesiennych wieczorów odżywa świat baśni i wierzeń tego prostego ludu. Na straży tego tajemniczego świata wierzeń i obrzędów stoją ludzie "starej daty", szczególnie zabobonne kobiety. Do dziś np. wierzą w niektórych częściach Polesia, że dusza pokutująca nie może dostać się za karę do nieba i pędzi po świecie, miotana wiatrem. Gdyby ktoś w nią trafił nożem - polałaby się krew. Bardzo trudno tylko trafić
(Sergiusz Piasecki w "Synu Wielkiej Niedźwiedzicy" opisał spotkanie z taką duszą. - dopis. Margo). Tu i owdzie są jeszcze zachowane wypominki zmarłych tzw. "dziady" - o których pisał Mickiewicz. Polegają one na tem, że w pewnych porach roku po specjalnych modłach za dusze zmarłych przodków ludność przynosi na "mogiłki" chleb, miód i inne potrawy i prosi zmarłych o pomoc w troskach żywieniowych. W tych dniach wieczorem, kiedy gospodyni postawi na stole wieczerzę, domownicy nie zasiadają od razu, lecz ze świecami w ręku otaczają stół i czekają aż się dusze pożywią. Gospodyni tymczasem wspomina po imieniu zmar łych członków rodziny. Po skończeniu "wypominków" wszyscy gaszą świece oprócz gospodyni, która przez trzykrotne okadzenie jadła świecą, błogosławi wieczerzę. Kiedy wreszcie zgasi świecę, wszyscy uważają na dym. jeże3li dym rozejdzie się po izbie, to znak że wszyscy zebrani doczekają następnego roku, jeżeli dym skieruje się do drzwi, to ktoś z obecnych umrze tego roku.
Zacofanie i zabobon mają jeszcze swoich wyznawców...
Po zapadłych wsiach żyją "znachorzy", ktorzy "szeptaniem" i tajemniczymi sposobami leczą różne choroby. Leczenie to stoi czasem na poziomie afrykańskich szczepów murzyńskich. Opowiadano mi, że chore ucho leczy się w następujący sposób. Znachor wśród tajemnych zaklęć i "szeptań" wkłada do ucha chorego "tutkę" skręconą z kawałeczka lnianego płótna namaczanego uprzednio w roztopionym wosku, następnie zapala ją. Tutka pali się tak długo w uchu chorego, dopóki sama nie zgaśnie. Ile się przy tem taki pacjent nakrzyczy - można sobie wyobrazić.
Zabobon podobno radykalnie pomaga...
Ale nie tylko bagna i pierwotny sposób zycia starych Poleszuków są godne poznania. W tej krainie lasów i wód kwitnie wielki przemysł drzewny, przemysł który nic nie wie o kryzysie. Niektóre tartaki pracują po trzy zmiany na dobę. Stąd rozchodzą sie dykty i forniry dosłownie na cały świat. Tam często, gdzie nie słyszeli o Warszawie, znają Mikłoszewicze, gdzie mieści się bodaj największa fabryka dykt w Europie.
W Ameryce oblizują się po poleskich grzybach, w Paryżu uważają poleskie ryby i raki, angielski generał Carton de Viart, który siedzi na poleskim odludziu, głosi w swej ojczyźnie o niespotykanem pięknie i uroku poleskich lasów i błot. Tylko my nic o tem nie wiemy. Polesie jest krajem niewysłowionego piękna i kontrastów - jest krajem nieznanym.
Polski pług odrabia szybko zaległości na Polesiu. Powstają szkoły, szosy, kanały. Meljoracja i komasacja nadają tej krainie nowe oblicze. Polesie folkloru ginie bezpowrotnie. Tandeta fabryczna wypiera ludowy strój, domowe warsztaty tkackie wyrzucane są na strych, zacofany stary Poleszuk, który nigdy jeszcze nie widział pociągu, ustępuje miejsca młodemu, który odbywszy służbę w wojsku polskim (niektórzy poborowi pierwszy raz w życiu widzieli w koszarach żarówkę, a klozet traktowano jako rodzaj nieznanej, tajemnej studni dopis. Margo), wnosi nowe życie, nowy ruch do wsi. Zacofanie i zabobon znikają pod wpływem uświadomienia przez polską szkołę, i tych co wracają z wojska. Rodzi się tam nowy, kulturalniejszy, świadomy siebie człowiek. Staje się obywatelem, znaduje swoje miejsce i rolę w życiu społeczeństwa, którego jest członkiem. Polesie - to przyszłość Polski.
Czas tylko bysmy ten piękny kraj poznali i ocenili. Kto go raz pozna, może być pewnym, że przepadł. Będzie do tego kraju tęsknił, bo Polesie w swej pierwotnej krasie jest wyrazem największego piękna, jakie człowiek może poznać, którem się może zachłysnąć i które musi pokochać".

Jacek Wnęk (Katowice)
Reportaż dla "Światowida" (nr 17 z 24 kwietnia 1937 r.)
pt. "Polesie - kraj kontrastów"
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
babapl
Bywalec



Dołączył: 23 Mar 2011
Posty: 2401
Przeczytał: 0 tematów


PostWysłany: Wto 13:32, 30 Sie 2011    Temat postu:

Bardzo ciekawe te zapiski z historii. Niestety, często nie ma się wrażenia, że relacje pochodzą sprzed 70-80 prawie lat. Ich aktualność przeraża.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Margarita
Gość






PostWysłany: Wto 16:17, 30 Sie 2011    Temat postu:

A więc szanowna babo następny smutny "kawałek".
"DIE DEUTSCHE BANK Filiale KATTOWITZ"
D-B wystawiał weksle i czeki na terenie państwa polskiego w języku niemieckim. Niemiecki bank w Katowicach urzędował więc w Polsce po niemiecku!

"Na jednej z bardziej ruchliwych ulic katowickich, na ul Marsząłka Piłsudskiego, stoi ciężki, szary, piętrowy gmach, na którego frontonie widnieje napis: "Deutsche Bank". Przed gmachem tym stoi polski policjant, który czuwa nad porządkiem i reguluje ruch. Policjant ten byłby pierwszy, który podniósłby do ust gwizdek lub sięgnął po broń, gdyby bankowi niemieckiemu grozić kiedyś miało niebezpieczeństwo.
Ale, pomyślmy, jaka panika powstałaby, gdyby w jakiś spokojny dzień do gmachu "Deutsche Bank" w Katowicach wkroczył z tym, że obowiązkiem jego jest czuwanie nad porządkiem - polski policjant.
"Deutsche Bank" jest bankierem pzremysłu górnośląskiego. Zadłużenie przemysłu gornośląskiego w wielkich bankach, czyli w tzw. D. bankach, wynosiło przeszło 400 milionów złotych! Nie jest rzeczą wesołą, że zaledwie 10 procent tej kwoty stanowią pożyczki długoterminowe. Jest również rzeczą wiadomą, że oprocentowanie pozyczek krótkoterminowych jest wyższe, aniżeli oprocentowanie pożyczek długoterminowych, wha sie bowiem między 7-12%. To nam mówi, jaka kwota odpływa za granicę z tytułu oprocentowania.
Ta kwota wynosi około 20 milionów złotych. teraz wiemy, o ile zadłużenie podraża produkcję. Oprocentowanie długów powiększa, oczywiście, koszt wydobycia węgla.
Czy może być mowa o zakładach, zmierzających do obniżenia oprocentowania i skonwertowania długów na średnio- lub długoterminowe? Byłoby to, oczywiście, najbardziej wskazane, ale nie wydaje się łatwe do pzreprowadzenia. Dlaczego? Dlatego, że w znakomitej większości wypadków właściciel pakietu akcji danego pzredsiębiorstwa jest pośrednim albo bezpośrednim wierzycielem tych kredytów i w formie wysokiego oprocentowania kredytów krotkoterminowych otrzymuje dywidendę.
Jaki byłby sposób oddłużenia pzremysłu?
Pewna wybitna osobistość ze sfer zrądowych oświadczyła mi, że jeśli produkcja Górnego Śląska ma być rentowna, to tego wysokiego zadłużenia i wysokiego oprocentowania kredytów wytrzymać nie jest zdolna. I dlatego należy pójść drogą albo:
1/ dobrowolnego porozumienia z wierzycielami, zmierzającego do częściowej redukcji kwoty wierzytelności i obniżenia oprocentowania, lub też
2/ poddania się pod nadzór i załatwienia tych operacyj poprzez odroczenie wypłat lub sądowy układ zapobiegawczy.
Tu rozpoczęłaby się rola państwa.
Wtajemniczeni twierdzą, że duży wpływ na wzrost zadłużenia przedsiębiorstw miały transkacje finansowe, dokonywane przez ich kierowników. Mianowicie nabywano papiery wartościowe, często wbrew woli zarządców przedsiębiorstw, lecz z nakazu bankiera przemysłu górnośląskiego, którego siedzibą jest Berlin.
Jednoczesnie słychać, że te papiery wartościowe (mimo że przedsiębiorstwa są obciążone odpowiednimi sumami i spłacają je) bynajmniej nie znajdują się w depozycie przedsiębiorstw, lecz są lokowane za granicą. Wartość ich ma wynosić kilka milionów dolarów."

Konrad Wrzos "Oko w oko z kryzysem" 1933


Ostatnio zmieniony przez Margarita dnia Wto 20:37, 30 Sie 2011, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Margarita
Gość






PostWysłany: Śro 7:05, 31 Sie 2011    Temat postu:

"MARLES-LES-MINES
Wśród górników we Francji

Pada deszcz.
- U nas tak zawsze - mówi szray człowiek, spotkany na błotnistej drodze. - W Polsce teraz wrzesień, słoneczny, ciepły. Tutaj prawie cały rok deszcz i chłód.
Wysuniete na północ Francji, w niedalekim wpływie zimnego morza północnego leżą Marles-les-Mines, jedna z największych osad kopalnianych, jedna z największych osad polskich na wychodźctwie. Patrzę ze wzniesienia, na które przyprowadziła mnie droga: skupisko rdzawych, szarych domów, prawie wysnute z zieleni, której tylko chłodne, zżółkłe wspomnienie tli się na zgasłej w błocie łące, na wychudłych w wietrze drzewach: środkiem wiedzie szeroka droga z kałużami błota; w dali wzoszą się fantastyczne kształty usypisk węglowych i silne zarysy szybów kopalni.
- Dużo was tu jest?
- Mówią, że przeszło trzydzieści tysięcy.
- To, jak spora osada w Polsce.
- Tak. Żyjemy tu społem. Mamy trzy szkoły: dla dziewcząt, dla chłopaków i dla górników, polski oddział szkoły francuskiej. Mamy polski kościółek, kantynę, dużo sklepów polskich. Tak żyjemy, jak w Polsce - tylko, że to nie Polska...
Pada deszcz.
Idę wysypaną zbłoconym żwierem drogą przez polską osadę. Przedemną fantastyczny kopiec węglowy. Nic tu nie ma ze Śląska. Śląsk, czarny, brudny, zwęglony, jest jednak świeży i silny jakąś radością pracy i życia; Tutaj smutek unosi się w powietrzu, jak tam wesołość. Słońce nie prześwieca przez kłęby mgły, nie wstrzyma się ostry, zimny wiatr od morza.
Z za szyb małych, czystych domków patrzą na mnie znane twarze chłopskie, po największej części blade, zżółkłe. Ze szyldów wołają polskie napisy i nazwiska.
Wplatam się w tłum przy kopalni. Jest ruch: zmiana szychty. Wszędzie słyszę polskie słowo: jak na Śląsku a jednak...
Po żelaznych schodkach od windy schodzą gromadki; W ostrym wietrze dopinają zwęglonych bluz. Na schodach mijają się ci z pracy, tamci do pracy. Rozmawiałem z kilkoma; Wiedzą wnet wszyscy, że polski dziennikarz z polskim fotografem przyjechali napisać o nich. Uśmiechają się.
Kładą się dymy na błotniste podwórze. Wchodzę do zjazdu.
We wózkach przygotowanych na zjazd, siedzą po jednym; otwiera się czeluść dna - po szynach wjeżdżają wózki i spadają w dół.
- Innej windy niema?
- Nie.
Jadą ludzie i wózki, ręce do węgla i węgle w jednakich wózkach na węglową "szybkość"; to już nie tak, jak na Śląsku...
W polskim sklepiku przy piwie: dużo się słyszy, tyle słów smutnych, rozgoryczonych. A właściwie: dobrze tu jest, skarżyć się nie można, tylko że to nie Polska.
Płyną słowa z zachrypniętych krtani, słowa zepsute niemczyzną, francuzczyzną; przekleństwa i westchnienia rdzennie polskie.
- No tak - konkludują wszyscy - dobrze tu jest; bo i ksiądz dobry i nauczyciel dobry i dyrektor dobry i dozorcy się bardzo liczą, bo przecież - wiadomo - polski górnik, jak żaden = i żyje się tutaj, jak w Polsce...tylko że...
Za brudnawem okienkiem sklepiku pada deszcz.
Matowy, smutny obraz: droga w mgle ginąca, pośrodku domków rdzawych i szarych, a na drodze dwukołowy wóz i chłop, zagarniający błoto. To jak na Śląsku późną jesienią.
- Nas tu nieraz fotografują do tutejszych gazet - mówi zawadiacki chłopak, stojący w gromadce rówieśników; właśnie wyszli z kopalni; ładują węgiel na wózki - Mówią, że my "typy"; pewnie: nie takie chuderlaki, ajk te Francuzy czy Włochy!
Śmieje się jasnemi oczami: chudy, niewyrośnięty, spracowany, zanim zrozumiał, co to jest praca.
Fotograf narzeka:
- Nie będzie wyraźnych zdjęć. Taki deszcz.
" U nas tak zawsze" - powiedział mi szary człowiek spotkany na błotnistej drodze."

Witold Zechenter (Paryż) "Światowid" nr 29 z 18 kwietnia 1931 roku.


Ostatnio zmieniony przez Margarita dnia Śro 7:07, 31 Sie 2011, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Margarita
Gość






PostWysłany: Czw 8:40, 01 Wrz 2011    Temat postu:

Sosnowiec liczy 109 000 mieszkańców. Bzrobotnych zarejestrowanych jest 9 000 osób. Ponieważ zazwyczaj liczy się przecietnie trzy osoby, jako członków rodziny jednego bezrobotnego, więc można przypuszczać, iż 25% ludności m. Sosnowca korzysta z opieki społecznej, 6 8000 bezrobotnych korzysta z pomocy żywnościowej oraz 1 2000 z pomocy pieniężnej. zarówno pomoc żywnościowa, jak pomoc pieniężna, kosztuje po 40 000 zł miesięcznie.
Czy liczba 9 000 bezrobotnych Sosnowca daje nam obraz bezrobocia w całym Zagłębiu Dąbrowskim?
Ogólna ilość robotników zatrudnionych w hutnictwie żelaznym w woj. Kieleckim wynosiła w 1928 roku 22 200.
Według danych, udzielonych mi łaskawie przez p. dyrektora Izby Przemysłowo-Handlowej w Sosnowcu, ilość robotników zatrudnionych w hutach w końcu 1932 roku wynosiła 9 092.
W roku 1928 pracowało 11, w końcu 1932 - 9 hut. pieców martenowskich pracuje 38%, pieców wielkich 25%, produkcja walcowni zaś stanowi około 40% ich zdolności wytwórczej.
Wytwórczość surówki (2,3-5% węgla) w roku 1929 wynosiła 228 540 ton, zaś w 1932 roku 50 380 ton, wytwórczość stali zlewnej wynosiła w 1929 r. 466 125 ton, zaś w 1932 roku 185 687 ton.
Wskutek takiej sytuacji w hutnictwie żelaza oraz wskutek silnego spadku produkcji surówki w ciągu roku 1931, zatrzymano stopniowo kopalnie rudy. Co prawda produkcja hutnictwa żelaznego w Polsce opiera się głównie na pzretapianiu rud zagranicznych. W swoim czasie sprowadzono 75-80% rud i złomu żelaznego z zagranicy. lecz mimo to kopalnie rudy żelaznej w Polsce pracowały całą siłą pary. Sytuacja jednak w ciągu trzech lat uległa radykalnej zmianie. W roku 1929 czynnych było 14 kopalń rud żelaznych, pod koniec roku 1932 tylko 3.
Wydobycie wynosiło w 1929 r. 572 626, zaś z końcem ostatniego roku 266 000 ton.
Ile w tygodniu pracują fabryki?
W dyrekcji sosnowieckiej Izby Przemysłowo-Handlowej oświadczono mi:
" na terenie woj. Kieleckiego jest bardzo óżnolity przemysł i w obecnych warunkach koniunkturalnych poszczególne fabryki bardzo rozmaicie pracują, zależnie od branży i sezonu. Jeżeli chodzi o ustalenie procentowej produkcji w stosunku do zdolności produkcyjnej, to nie pzrekracza ona pzreciętnie 50%, przy czym odchylenia od tej cyfry w poszczególnych gałęziach przemysłu są dość znaczne in plus i in minus."
A ile dni tygodniowo pracuje pzreciętny robotnik?
"Zatrudnienie robotnika jest bardzo zmienne i zależne od tego, w jakim przemyśle i w jakim sezonie pracuje. ilość dni w tygodniu waha się znacznie, w garnicach od 2 do 7. Jeżeli chodzi o ustalenie przeciętnej dla wszystkich gałęzi przemysłu, ilość dni pracy robotnika w tygodniu za ub. rok 1932 nie wynosi więcej niż 4."
A jak wygląda produkcja węgla?
W roku 1929 wyprodukowano w Polsce 40,6 mln ton węgla kamiennego, z tego na Śląsk wypadło 30,4 mln ton, na Zagłębie Dąbrowskie i krakowskie 10,1 w tym na Zagłębie Dąbrowskie 7,6 na Zagłębie Krakowskie 2,5 mln. Stosunek taki jest stały. W roku 1929 produkowano 46 246 724 w tym na Dąbrowę i Kraków wypadło 6 935 241.
W roku 1928 czynnych było na terenie Zagłębia Dąbrowskiego 31 kopalń.
O ile akcje kopalń górnośląskich znajdują się w 85 % w rękach kapitału zagranicznego( to mogło być zmienione, bowiem Avrell Harriman chciał w ogóle kupić cały polski Górny Śląsk dopis. Margo), o tyle na terenie Zagłębia mniej więcej 3/4 kopalń jest w rękach kapitału międzynarodowego, zaś 1/4 oparta jest o kapitał krajowy.
Jak wygląda praca w kopalni?
Wyjeżdżamy na teren kopalni w towarzystwie jej głównego inzyniera. Idziemy długim korytarzem przepełnionym górnikami. Pzryszli tu "do pana zawiadowcy".
W jakiej sprawie?...
Dowiadujemy się o tym w gabinecie zawiadowcy, który rozpoczyna właśnie rozmowę z jednym z petentów. jesteśmy świadkami następujących dialogów.
P. zawiadowca: "No i cóż?"
Górnik: "Panie zawiadowco, mam 55 lat, mam żonę, dzieci i wnuka. pracowałem 38 lat na kopalni. ostatni mój zarobek wynosił 6,30 za dzień. Teraz dostałem urlop bezterminowy. jestem niespokojny i nie wiem, jak długo ten urlop będzie trwał...Panie zawiadowco, proszę o urlop miesięczny; jeżeli już mam urlopować to tylko przez 1 miesiąc. Ale pzreczuwam, że ten urlop bezterminowy będzie trawął długo, jeżeli pan zawiadowca nie da mi pracy."
Następny.
P. zawiadowca: "No i cóż?"
Drugi górnik: "Mam 56 lat, 34 lata w kopalni. ostatni zarobek 7 zł za dniówkę. Przyszedłem prosić, żeby mnie po urlopie przyjął pan zawiadowca z powrotem do pracy."
P. zawiadowca: "Jakie macie życzenie?"
I tu dowiadujemy się, że trzeci górnik, liczący 51 lat, pracuje w kopalni lat 33, zarabia 7 zł dziennie. dowiedział się od innych, że znów niektórzy górnicy i robotnicy otrzymali "urlop bezterminowy". On wie, co to znaczy. "Z takiego urlopu nie zawsze się wraca z powrotem na stanowisko"> Zasiłek z funduszu bezrobocia nie wystaczy na utrzymanie rodziny. Górnik ten ma syna i przyszedł prosić pana zawiadowcę, aby w razie gdyby i jego dotknęła redukcja w postaci urlopu bezterminowego, przyjęto jego syna, młodego i mocnego chłopca.
Ale "urlopy bezterminowe" obejmują nie tylko starych robotników i górników. W korytarzu oczekuje swojej kolejki młody człowiek. prosi, aby go nie redukowano.
zarabia dziennie 5,25 zł, ma żone i troje dzieci.
"Żonę i troje dzieci" - powtarza niespokojnie.
W oczach jego maluje się lek. lęk przed redukcją.
W biurze zawiadowcy kopalni rozmowy takie odbywają się codziennie. łos mają ci, którzy starcili pracę, którzy jej stratę przeczuwają."

Konrad Wrzos "Oko w oko z kryzysem" 1933


Mam pytanie. Co łączy prezydenta Bronisława Komorowskiego z prezydentem II RP Ignacym Mościckim?
Ktoś powie, że nic lub bardzo niewiele...
Fakt, tym "niewiele" obok stanowiska jest i była miłość do polowań.

"Światowid" pełen jest reportarzy i zdjęć, których gł.gospodarzem jest I. Mościcki. Jako, że "jeteśmy" na Śąsku tamtych lat dorzucę mini artykulik ze "Światowida"

"POLOWANIE REPREZENTACYJNE NA ŚLĄSKU"

W dniach od 3-6 listopada b.r odbyło się w Pruchnej, w lasach Komory Cieszyńskiej polowanie reprezentacyjne na zające, bażanty i lisy, w którem wziął udział P. Prezydent Rzplitej. Marszałek Śmigły-Rydz, przedstawiciele korpusu dyplomatycznego, ministrowie, generałowie i grono innych zaproszonych gości.
Rewiry łowieckie na Śląsku cieszyńskim słyną z obfitości zwierzyny, to też zajęcy i bażantów padło co niemiara.
W czasie pobytu na Śląsku P. Prezydent R.P i Marszałek Śmigły-Rydz mieszkali na zamku w Wiśle."
Następnie jest zdjęcie myśliwych stojących w grupie na tle pokotu kilkudziesięciu zajęcy z podpisem:

"Przy rozkałdzie zwierzyny. W pośrodku Pan Prezydent R.P., m.in. widoczni pp. gen. Sosnkowski, inspektor lasów Buczacki, ambasador St. Zjedn. A.P. Drexel Bidlle, gen Scholly, min. Kościałkowski, poseł Czechosł. Slavik, ambasador Anglji Kennard, Wysoki Komisarz Ligi Narodów w Gdańsku Bruckhardt de Reynold, poseł węgierski de Hory, ambas. Niemiec von Moltke, dyr. Romer, satrosta Wiśniewski."

"Światowid" nr 46 z 13 listopada 1937 r.


Ostatnio zmieniony przez Margarita dnia Czw 8:41, 01 Wrz 2011, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Margarita
Gość






PostWysłany: Pią 8:00, 02 Wrz 2011    Temat postu:

"Kiedy opuszczałem biura województwa śląskiego, korytarze wielkiego gmachu roiły się od interesantów. Zawarłem znajomość z pierwszymi, na których się natknąłem. Od TRZECH LAT SĄ BEZ PRACY. Przyszli piechotą z odległych gmin, aby prosić o prawo do korzystania z bezpłatnych obiadów dla bezrobotnych."

Konrad Wrzos "Oko w oko z kryzysem" 1933

Kiedy tak wklejam te ówczesne posty zastanawiam się czy obecne społeczeństwo stać by było na taki hart ducha jak tamtejsze. Owszem, nie można porównywać ówczesnego kryzysu z obecnym. Na 500 km wypada ledwie ułamek zajęcy niż samochodów, a dla nielicznych kryzysowiczów i kredytobiorców kryzysem i przysłowiowym "bólem zęba" jest niemożliwość kupienia awionetki, lub rezydencji, niż wykształcenie jedynaka lub jedynaczki. Tymczasem jak podają źródła GUS wzrasta powoli i systematycznie liczba rodzin, których nie stać na kształcenie dzieci....Niemniej jak zauważyli baba z lutnią trawią nas te same problemy tylko w innym opakowaniu.
Tym opakowaniem będzie w następnym odcinku polski Manchester - Wzniesiony w wieku dziewiętnastym przez tygiel narodów, a potem upadły w kryzysie lat trzydziestych. Podtrzymywany przy życiu w ramach siermięznej ideii proletariackiej i znowu umarły - Łódź.


Ostatnio zmieniony przez Margarita dnia Pią 8:05, 02 Wrz 2011, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Margarita
Gość






PostWysłany: Pon 18:51, 05 Wrz 2011    Temat postu:

" Łódź jest stolicą przemysłu włókienniczego.
W Łodzi istnieje 1 800 zakładów przemysłowych. Zatrudniają one 80 500 robotników. Z tego na przemysł włókienniczy wypada 1 000 fabryk, które zatrudniają 65 000 robotników.
Przecietne ztrudnienie robotnika włókienniczego w wielkim przemyśle wynosi 4,7 dnia w tygodniu. Przeciętny zarobek na 6 dni przepracowanych wynosi 12-25 zł w wielkim przemyśle, w małym zaś i średnim 7-8 zł.
Z 833 488 robotników, zatrudnionych w Polsce w roku 1929, na przemysł włókienniczy wypadło 179 166 robotników (w całej Polsce) tj. 3 razy więcej niż w fabrykach amunicji i warsztatach kolejowych, blisko trzy razy więcej, niż w hutnictwie, dwa i pół raza więcej, niż w przemyśle metalowym i o 30 000 blisko więcej, niż w górnictwie. Przemysł włókienniczy zatrudnia największą liczbę robotników. W końcu kryzysowego roku 1932 stan zatrudnienia obniżył się i wyrażał sie w cyfrze 91 388.
Jak wygląda sytuacja w większych fabrykach?
W Widzewie pracuje 6 080 robotników. Fabryka wypłaca im część należności gotówką, część artykułami pierwszej potrzeby, które nabywa się w sklepie fabrycznym. Zadłużenie robotników z tytułu wybranych artykułów wynosi w tym sklepie około 200 000 zł. W roku 1929 pracowało w Widzewie 5000 robotników. Obecnie, jak wskazuje cyfra, pracuje ich więcej. Ale jak? 1725 pracuje 6 dni, 280 - 5, 495 - 4 dni, 3 425 - 3 dni, 145 - 2 dni, 10 - jeden dzień.
Mimo takiego stanu zatrudnienia i mimo rozłożenia należności za pracę na pieniądze i żywność, w Widzewie nie zawsze płaci regularnie. Zdarzały się wypadki, iż fabryka zalegała nieraz dwa tygodnie z wypłatami. Po licznych strajkach robotnicy zwyciężyli, opóźnienia wypłaty nie będą trwały dłużej niż dwa dni.
U Scheiblera pracuje 4 075 robotników. W końcu roku ubiegłego Scheibler zatrudniał 6 000 robotników.
Spośród 3 600 robotników, zatrudnionych u Poznańskiego, 1 780 pracuje 6 dni, 370 - 5 dni. 370 - 4 dni, 1 080 - 3 dni.
W jednej tylko fabryce Ejtingona pracuje się 6 dni w tygodniu. Fabryka ta zatrudnia 1 990 robotników.
Średni przemysł pracuje na dwie zmiany. Chałupnicy, tak zresztą liczni w Łodzi, pracują na jedną zmianę do 16 godzin na dobę.
Jak wygląda bezrobocie w Łodzi?
Dnia 20 lutego r.b. opieka społeczna wydała 29 262 obiady. Na 625 000 mieszkańców 10 762 rodziny są na utrzymaniu opieki społecznej. Cyfra ta powiększyła się. Bywają dni, w ciągu których zgłasza sie stu nowych bezrobotnych o pomoc.
Przyszło do mnie trzech robotników. Przedstawilismy się sobie. Dwaj są ojcami rodzin niewielkich, każdy ma żonę i dwoje dzieci, trzeci ma żonę i jedno dziecko. Pierwszy nawija walec maszyny drukarskiej, zarabia 4,80 zł dziennie, drugi rozponaje towar w czasie biegu maszyny i zarabia 4,20 zł dziennie, trzeci zaś podaje towar i zarabia 4,80 zł.
Pierwszy pije rano herbatę i je chleb. na obiad kaszankę i herbatę, na kolację barszcz i herbatę. Drugi przynosi ze sobą z domu chleb ze smalcem, to jest jego śniadanie i obiad, do którego dochodzi jeszcze zuppa. Trzeci odżywia się tak samo, jak drugi. Wszyscy trzej jadają mięso raz na tydzień w niedzielę. Powinni jadać więcej, ale powiadają, że mają inne wydatki: komorne wynosi 60 zł kwartalnie, do tego dochodzi podatek mieszkaniowy. Mogą sobie jedynie pozwolić na dziennik.
- Dziennik się czyta na to - wygłaszają sentencję - aby się dowiedzieć, czy będzie lepiej.
Książek od trzech lat nie mieli w ręku.
Czego pragną? Chcieliby wiecej zarabiać."

Konrad Wrzos "Oko w oko z kryzysem" 1933


Ostatnio zmieniony przez Margarita dnia Pon 18:54, 05 Wrz 2011, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Margarita
Gość






PostWysłany: Wto 9:15, 06 Wrz 2011    Temat postu:

"KRYZYS w polskim MANCHESTERZE - ŁODZI

Polski Manchester, królestwo wełny i bawełny, metropolja polskiego przemysłu włókienniczego, miasto do niedawna tysięcy dymiących kominów fabrycznych...
Łódź, ogromne ognisko niezmordowanej pracy i energji twórczej, miasto, wyrosłe niby za dotknięciem różdżki czarodziejskiej, gdzieś w zapałym kącie borów mazowieckich. Miasto bijące w swym niepowstrzymanym rozwoju wszelkie nietylko europejskie, ale i amerykańskie rekordy szybkości wzrostu liczby mieszkańców. Miasto, o historję narodzin którego, ogenezę jego nazwy jeszcze dziś historycy staczają homeryckie boje, miasto polskie bez sławnej i szumnej przeszłości, zbiorowisko ludzkie, którego jedyną wielką tradycją jest wytężona ekspansja gospodarcza.
Ilekroć rozpoczyna się dyskusja na temat możliwości gospodarczych Łodzi, przypominają mi się słowa jednego z oficerów niemieckich, który podczas wojny światowej zajmował kierownicze stanowisko w administracji Łodzi, okupowanej i niszczonej z wysoce posuniętą planowością. Oficer ten, zarazem wybitny fachowiec, inżynier włókiennik, znał doskonale największe centra przemysłu włókienniczego w Europie, a także na swem uwczesnem stanowisku miał możność aż nazbyt dokładnego zapoznania się z siłami i możliwościami produkcyjnemi Łodzi. Otóż powyższy dygnitarz niemiecki, skądinąd człowiek bardzo kulturalny, słysząc kiedyś w towarzystwie, jak jeden z obecnych nazwał Łódź "małym polskim Manchesterem" zaprotestował przeciwko temu oświadczając:
"Panowie się mylą. Wy Łodzianie sami nie znacie swego miasta i jego wielkości i możliwości gospodarczych. To raczej angielski Manchester, który znam bardzo dokładnie, należałoby nazwać "małą angielską Łodzią".
Te słowa człowieka, wrogo zpewne nawet usposobionego wobec Łodzi, oddają w całej pełni jego wielki mimowolny podziw dla potęgi i ogromu przemysłu łódzkiego, jego organizacji technicznej, żywotności i wielkich możliwości produkcyjnych.
Łódź, jej mieszkańcy, wady i zalety tego wielkiego zbiorowiska ludzkiego były już wielokrotnie przedmiotem głębszych rozważań, jak również gwałtownych i namiętnych dyskusji i polemik. Wielkie miasto bowiem, żyjące swojem własnem, odrębnem zyciem, odcinające się na pozór jaskrawo od tła etnicznego, na którem wyrosło, szalone kontrasty materjalne - społeczne i kulturalne, jakie kryje w sobie życie tego "dziwnego miasta", wszystko to były czynniki, wywołujące i skupiające na sobie uwagę opinji publicznej. Te wszystkie momenty zrodziły powódź zdań i opinij, nieraz zawierających ziarnka prawdy, a równie często z gruntu mylnych, wywołanych nieznajomością psychiki "polskiego Manchesteru", powierzchowną oceną trudnych i niezrozumiałych częstokroć dla obcego człowieka zjawisk życia tego miasta. (...)
Ten wielki kolos produkcyjny - przemysł włókienniczy Łodzi - jest najgłębszą kwintesencją i racją bytu "kominogrodu", źródłem, które stwarza życie i - molochem, który niszczy i pożera.
Rozwój Łodzi, jej wzloty i upadki, są najściślej związane z zwycięskiemi i przegranemi kampanjami włókiennictwa łódzkiego. Mieszkańcy "polskiego Manchesteru" nie maja własnego, niezależnego życia. Ich byt i istnienie, ich radości i smutki są ściśle uzależnione od drgnień górujęcego nad niem kolosa produkcyjnego, pana i władcy ich bytu.
Wełna i bawełna, haussa i baissa, konjunktura czy depresja - oto wielkie tamy i regulatory przypływu i odpływu, dobrobytu i nędzy, bogactwa i ruiny, szczęścia i radości, smutku i rozpaczy, osiadłej w murach miasta gromady ludzkiej.
Łódź, jak wszystkie młode , powstałe w rekordowym czasie miasta przemysłowe, których magicznym nakazem, powołującym je do życia była gorączka złota, jest miastem kontrastów. Wspaniałe pałace i luksusowe budynki obok drewnianych domków, nowe dzielnice, zbudowane według racjonalnych nakazów współczesnej techniki budowlanej obok brudnych zaniedbanych przedmieść, które oglądały narodziny nowoczesnej przemysłowej Łodzi, luksus życia i użycia magnatów przemysłu obok nędzy mas - oto dekoracje rozgrywającej się akcji. A na tem tle pędzi wartki, niepowstrzymany potok życia, huczą miljony i dziesiątki miljonów wrzecion i krosien, powstają i upadają fortuny, jedna baissa bawełny na rynkach światowych decyduje o stracie kilku miljonów dolarów, każe umilknąć warsztatom i pogrąża setki i tysiące ludzi w otchłani nędzy. Nie na długo. Rychło znajdują się nowi ludzie, dysponujący życiodajnym kapitałem, fabryki ożywiają się, napełniają hukiem (...) Rodzą się nowe fortuny. Niepowstrzymanie kręci się nowy, barwny film współczesnego życia wielkiego miasta przemysłowego.
Dziś Łódź przeżywa łącznie z całą Polską, z cąłym światem ciężki kryzys.
Kryzys ten odczuwa Łódź dzięki całemu splotowi przyczyn w sposób bolesny i dotkliwy.
Pod ciężkim tchnieniem depresji gospodarczej osłabło tętno życia miasta, milkną coraz to nowe warsztaty pracy. Bezrobocie, głód i chłód ogarniają coraz większe rzesze. Czarne skrzydła rzucają ponury cień na miasto.
Usycha i zapada w letargiczny sen wielki organizm gospodarczy, duma polskiego Manchesteru. Czy zamrze zupełnie?
Napewno nie. Obudzi się wraz z pierwszym promieniem konjunktury do nowego, wielkiego etapu wytężonej twórczości, spotęgowanej stokrotnie, niezwalczonej. To rzecz nie ulegająca najmniejszej wątpliwości. Dowodzi tego niezbicie historja nowoczesnej Łodzi, wielka epopeja upadków i tem potężniejszych wzlotów, nieskończone pasmo następujących po sobie klęsk i zwycięstw."

M. W. "Światowid" z 1932

Do artykułu dołączono zdjęcia:
- Panoramę ogólną Łodzi przemysłowej widzianą z wieży katedralnej.
- Zdjęcie grupy bezrobotnych w jednym z łódzkich załuków.
- Główną arterię Łodzi, ul. Piotrkowską w deszczu.
- Zdjęcie robotnic łódzkich na ulicy.
Oraz zdjęcie spadkobiercy fortuny rodziny Konów i potentata przemysłowego Łodzi Maksa Kona późniejszego konsula RP w Szwajcarii.

Pod artykułem reklama z rysunkiem dziecka.

"PUDER, MYDŁO, KREM
Bebe Szofmana
od lat przeszło 30
w służbie dziecka."

Proszę zwrócić uwagę na bijący z artykułu optymizm i wiarę w lepsze jutro włąsnego państwa, miasta, oraz na nie zamazywanie prawdy o kryzysie tak dzisiaj kłamliwym hurra optymizmem lub ponurym czarnowidztwem.


Ostatnio zmieniony przez Margarita dnia Wto 9:16, 06 Wrz 2011, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Margarita
Gość






PostWysłany: Nie 17:19, 11 Wrz 2011    Temat postu:

"Siedzimy w gabinecie dyrektora fabryki włókienniczej Geyera. Pan dyrektor Robert Geyer jest współwłaścicielem tej fabryki, zatrudniającej 2 000 robotników. (W r. 1929 fabryka ta zatrudniała 5 000. robotników.) P. dyrektor Robert Geyer jest równocześnie prezesem łódzkiej izby przemysłowo-handlowej. I to, co mówi, nie jest wyrazem jego osobistych poglądów, lecz może być uważane za opinię całego przemysłu włókienniczego. Pytamy p. Geyera o różnicę miedzy latami 1929-1933, o produkcję i stan zatrudnienia, o ceny etc.
- Co sądzi pan o sytuacji obecnej przemysłu włókienniczego w Łodzi?
- Rozpowszechniony jest obecnie w Łodzi pogląd - rozpoczął p. Geyer - że przemysł włókienniczy nigdy jeszcze nie przeżywał w okresie powojennym tak ciężkich, jak obecnie, chwil. Trudno się dziwić temu poglądowi, zważywszy, że sezon zimowy miał przebieg bardzo niepomyślny i zakończył się, mimo nie notowanego dotychczas skurczenia produkcji, pokaźnymi zapasami tkanin zimowych, które czekać muszą co najmniej 8-9 miesięcy na możliwość zbytu, a sezon letni zarysowuje się obecnie bardzo niepokojąco. Wzrastające zubożenie szerokich warstw ludności i katastrofalny brak środków w handlu włókienniczym uniemożliwia zapoczątkowanie jakiegokolwiek bądź ozywienia sezonowego, tym bardziej że pewne zjawiska z dziedziny kształtowania się cen...odstręczają od zakupów nawet nieliczne, silniejsze finansowo jednostki spośród hurtowników, detalistów oraz ostatnich konsumentów."

"Koszyk z galanterią w bramie jednego z domów w pobliżu Piotrkowskiej.
W bramie nr 14 przy ulicy Wierzbowej za 40 gr kupiłem grzebień. Sprzedawca powiada, że zarobił na nim 5 gr. Kupił bowiem grzebień za 35 groszy. Z takich pięciogroszówek powstaje jego dzienny zarobek, który dochodzi do 1 złotego czasem nawet do 1,50 zł. Zarobek ten musi mu wystarczyć na utrzymanie żony i dwojga dzieci. jedno dziecko ma 6 lat, drugie 8 lat. Nasz sprzedawca myśli przedewszystkim o dzieciach.
- Trzeba dbać o to, aby dzieci miały co jeść - powiada - Samemu zjada się trochę kartofli i trochę barszczu.
Uliczny sprzedawca był robotnikiem, pracował w fabryce. przyszła choroba płucna, a wraz z nią kryzys i tak się jakoś fatalnie złożyło, że gdy wyzdrowiał został zredukowany, wówczas kupił koszyk i trochę galanterii.
- I cóż?...Żebrać nie pódę - powiada - Nie dam się."

Konrad Wrzos "Oko w oko z kryzysem" 1933
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Margarita
Gość






PostWysłany: Pon 7:48, 12 Wrz 2011    Temat postu:

"Zawiercie jest miastem bezrobotnych. Na 32 000 dusz, 3/4 ludności Zawiercia jest na utrzymaniu opieki społecznej. Ludność ta spędza dni po domach i na ulicy. I dlatego dziwnie wyglądają ulice i domy Zawiercia. Kiedy przyjechałem do tego miasta, była godzina dziesiąta przed południem. W hali dużego dworca stały gromadki ludzi. byli bezrobotni. Z tuzina tragarzy podeszło trzech. Oddałem jednemu z nich (powiedział mi przy tej okazji, że rzadko widzi złotówkę) swą walizkę i kazałem się wieźć do fabryki bawełnianej, która nazwę swą wzięła od miasta.
Przejeżdżaliśmy przez ulice maisteczka, którego niskie, drewniane domki stoją obok równie niskich, zniszczonych i odrapanych, parterowych i pietrowych, małych domków murowanych. Był dzień powszedni. Grupki ludzi stały na chodnikach. Kobiety w chustkach, mężczyźni w czapkach przeważnie bez płaszczów, w kurtkach. Sklepy, nad którymi widniały duże, oznaczone wielkimi literami szyldy, tu i ówdzie pozabijane deskami.
Jedziemy do fabryki "Zawiercie".
Dlaczego tę fabrykę wybraliśmy spośród innych jedenastu - tylko sześć fabryk w tej chwili wegetuje - szklanych, chemicznych i żelaznych? Dlatego że z istnieniem tej fabryki związany jest los Zawiercia.
Zajeżdżamy przed gmach. Mijamy tłum robotników, którzy co dzień zgłaszają się do swych dyrektorów, aby zapytać, kiedy znów zostaną uruchomione wrzeciona i krosna. Wchodzimy do sali konferencyjnej dyrekcji fabryki, gdzie oczekują nas dwaj dyrektorzy. Siedzimy w dużej sali o nieco zaniedbanym wyglądzie. Z pożółkłych portretów patrzą na nas starzy panowie. To załozyciele fabryki, której początek sięga roku 1872. Od tego czasu zawierciańska przędzalnia bawełny rozwijała się systematycznie; rok 1926 i 1927 był punktem szczytowym jej rozwoju. Zakłady "Zawiercia" zatrudniały wówczas 6 500 robotników; pracowały na dwie zmiany w tkalniach, przędzalniach, w farbiarniach, bielarniach i drukarniach. Jeszcze na początku roku 1929 zatrudniały one 5 500 robotników. Dziś zakłady "Zawiercia" zatrudniają 650 robotników, którzy pracują cztery dni w tygodniu na jedną zmianę i tylko w przędzalni.
jeszcze do roku 1930/31 fabryka pracowała na tzw. skład. Produkowano towary białe i sztuczny jedwab. jak wiadomo, najbardziej intratny dla przemysłu bawełnianego jest sezon letni. W tej chwili powinna być zrobiona kolekcja towarów, wykonanych w myśl ostatnich zaleceń mody. Kupcy powinni się zgłaszać do fabryki, która znów, po zorientowaniu się, pracuje na tzw. skład. Wykonany towar przesyła się do własnych składów i do odsprzedawców. Tak było zawsze. Dziś o tym wszystkim nie ma mowy.
Zdolność produkcyjna "Zawiercia" wynosi około 1 miliona metrów miesięcznie i tę produkcję "Zawiercie" osiągało. teraz produkcja sprowadza się do wykonywania przędzy jako półfabrykatu. Przędzalnia bawełny liczy 92 000 wrzecion, tkalnia 2 600 krosien. W roku 1928 wyprodukowano około 4 000 000 kg przędzy. W roku 1932 około 800 000.
"Zawiercie" jest miastem w tym mieście. Rozbudowąło się ono na 100 morgach gruntu. Wzdłuż fabryki biegnie linia kolejowa, tzw. wraszawsko-wiedeńska na długości 800 m.
Wszystko to - gmachy, grunta, domy i lasy - jest teraz dla fabryki ciężarem. Podatek od majątku płaci się bowiem ten sam.

(Przed wojną w Polsce istniał podatek katastralny od majątku trwałego i wytwarzającego zysk, niezależnie od tego czy producent ów zysk przynosił czy nie. Podatek katastralny nie dotyczył natomiast majątku osobistego obywateli - działek, domów mieszkalnych. Obecnie ekipa Tuska usiłuje po wygranych wyborach wprowadzić ów podatek bez wyjątku dla wszystkich i od wszystkiego - dopis. Margo)

Zmienjszył się tylko podatek dochodowy i obrotowy. Zysk fabryka ma tylko z produkcji przędzy.
Jakie fabryka miała koszta dawniej? Jeżeli się przyjmie, że dzienny zarobek robotnika wynosił przeciętnie 5 zł, to z 30 000 zł, które dziennie "wychodziły" z fabryki na ulicę, 25 000 niewątpliwie szło do żołądka miasta, do sklepów kolonialnych, krawców, szewców, księgarń i fryzjerów. Obecnie robocizna wynosi w budżecie fabryki 3 000 zł. Dochód miasta spadł z 25 000 do 3 000 zł. W tym samym stopniu spadł, oczywiście, dochód samorządu i właścicieli nieruchomości, szkół, łaźni itd., itd. Szkoła w zawierciu chyli się ku upadkowi. Dzieci bezrobotnych wpisowego nie płacą. Znikoma część rodziców opłaca czesne: idzie ono na opał. Z czego ma żyć szkoła? Za co mają żyć nauczyciele?"

Konrad Wrzos "Oko w oko z kryzysem" 1933


Ostatnio zmieniony przez Margarita dnia Pon 7:49, 12 Wrz 2011, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Margarita
Gość






PostWysłany: Wto 15:37, 13 Wrz 2011    Temat postu:

" Zarejestrowanych bezrobotnych jest w tej chwili w Zawierciu 7 854 osoby. Jezeli się zważy, że są to przeważnie głowy rodzin, zaś rodzina składa sie z trzech do czterech osób, to łatwo można dojść do 26 tysięcy osób, które są utrzymywane przez opieke społeczną. Zawiercie, według ostatniego spisu ludności, liczy 32 tysiące mieszkańców. Nie jest więc przesadne twierdzenie, że trzy czwarte ludności Zawiercia utrzymuje gmina.
Ispektor pracy w Zawierciu zaprowadził mnie do mieszczącego się tuż przy inspektoracie pracy koszarowego domku robotników jednej z fabryk tekstylnych. Domek ten mieści się przy ulicy Górnośląskiej. Jest piętrowy, drewniany. Wprost z ulicy wchodzimy do klatki schodowej. Zniszczona jest ta klatka schodowa, wygląda tak, jakby za chwilę miała runąć. P. inspektor pracy dobrze zna ten dom i jego lokatorów. Lokatorzy zaś, robotnicy, ufają swemu inspektorowi pracy. P. inspektor prowadzi nas do pierwszych drzwi na lewo. Mieszka tu robotnik imieniem Julian z żoną i synkiem.
Lokatorzy siedzą w pierwszym pokoiku, w którym jest też kuchnia. Gospodyni stoi przy kuchni i piecze chleb z mąki, którą otrzymują bezrobotni Zawiercia. W kuchni jest ciepło i dlatego pokój mieszkalny, który mieści się za nią, jest nie ogrzewany. Lokatorzy mieszkaja w izbie kuchennej. Pan Julian jest specjalistą od tzw. gremplowania tj. czesania bawełny; zarabiał 4 złote dziennie. Teraz, jako bezrobotny, miesięcznie otrzymuje trzy ćwierci słoniny, 18 kg mąki żytniej, 9 kg mąki pszennej, 3 kg grochu, trzy ćwierci mydła, trzy ćwierci soli i trzy paczki mieszanki kawowo-cukrowej i ziemniaki. Miał węglowy sprowadza sam. Ten miał pochodzi z "bieda-szybów" Zagłębia Dąbrowskiego. Miał ten pozostawiają bezrobotni pracujący na "bieda-szybach" jako nieużytek - na "powierzchni". Jeśli się zjawi przy "bieda-szybach" bezrobotny z innej niż górnicza "branży" - górnicy pozwalaja mu zbierać odpadki. Idzie on po ten miał do odległego od Zawiercia o 8 km "bieda szybu". Jest świadkiem, jak jego bezrobotni koledzy-górnicy wydobywają spod ziemi bryły węgla. Sam nie potrafiłby tego. Musi więc prosić o odpadki, którymi jego żona pali w piecu. P. Julian ma jeszcze 78 zł długu. Jak ten dług powstał?
- Miałem brata - mówi mi - wrócił z wojska, poszedł do fabryki. Poręczyłem za niego, gdy kupił ubranie. Pewnego dnia brat niósł ciężką płytę, dźwignął ją, przerwał sobie stos pacierzowy. Umarł. Potem umarła matka, która też robiła we fabryce. Staruszka zarabiała 86 groszy dziennie. Trzeba jej było pogrzeb urządzić. Poumierały też dzieci. Pozostał tylko jeden, mały Adamek.
Żona p. Juliana mówi, że z "sześciorga dzieci, pięcioro, gdy się tylko podchowało, to umarło". Pozostał tylko mały Adamek. Adamek też powinien się dobrze odżywiać. I dlatego matka jego kupiła jeszcze za dobrych czasów kury. Kilka sztuk z nich pozostało, gdaczą właśnie w małym kurniku, który stoi w tej izbie, będącej sypialnią i kuchnią.
Niestety, nie wszystkie jajka daje matka małemu synkowi. Niektóre trzeba wymieniać na sól.
Adamek potwierdza tę informację swojej mamusi.
- Jak kurka zniesie jajko, to nie zawsze je dostanę od mamusi. Mamusia od kilku miesięcy sprzedaje jajka.
- A mleko kiedy piłeś? - pytam mego małego rozmówcę.
- Nie pamiętam...
- Przypomnij sobie.
Adamek zastanawia się, widać że myśl jego pracuje.
- Chyba zeszłego lata - odpowiada.
- Co teraz jesz?
- Ziemniaki, chleb, kapustę, grochówkę, kluski, które mamusia robi z mąki...- recytuje Adamek i zwracając się do ojca dodaje:
- Mamusia już nie umie gotować, jak dawniej. Kiedyś umiała. O, źle jest na świecie - mówi ten sześcioletni mały człowieczek.
Pytamy go, co by mu przyniosło ulgę? Jakie ma życzenia? Maleńki odpowiada bez namysłu:
- Żeby tatuś do roboty poszedł. "

Konrad Wrzos "Oko w oko z kryzysem" 1933
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Margarita
Gość






PostWysłany: Śro 10:43, 14 Wrz 2011    Temat postu:

"Zawiercie podzielone jest na 35 obwodów opieki nad berobotnymi. każdy obwód ma swego opiekuna. jedziemy do obwodu przedostatniego, do obwodu 34. Opiekunem jego jest były majster fabryczny i przedstawiciel handlowy, który kupił sobie domek i w tym właśnie domku nas przyjmuje. Jako właściciel domku ma on opinię człowieka zamożnego. Czy słusznie? Cały dochód - powiada - stanowi teraz 60 zł miesięcznie: odnajmuje bowiem pokój dyrektorowi pobliskiej fabryki.
Nasz rozmówca jest opiekunem około 200 rodzin. Dowiadujemy się od niego, że opieja społeczna wydaje na każdą głowę miesięcznie... 4 złote, czyli 14, 2 grosza dziennie!
34 obwód jest jedną z najsmutniejszych dzielnic zawiercia. Dzielnica ta nazywa się "Argentyną". Jak Warszawa ma Pragę i Annopol, tak Zawiercie ma swą Argentynę. Ale żadne chyba miasto w Polsce, poza Łodzią, która ma swoje Bałuty, nie ma takiej drugiej Argentyny.
Chcieliśmy zobaczyć jeden z domków na Argentynie. Opiekun 34 obwodu zaprowadził nas do jednego z domków przy ul. Poleskiej. W domku tym mieszka 9 rodzin. Odwiedzamy wszystkie po kolei. Na parterze mieszka duża rodzina, rodzice z córkami, zieciami i wnukami. Zajmuje pokój i przedpokój. W jednym pokoju śpi 11 osób. Stoja trzy łóżka i kołyska. W kołysce tej śpi dziecko zięcia gospodarza. Dziecko to ma 5 miesięcy. Maleńka kruszyna z śmieszną kępką włosków na główce domaga się pokarmu. Matka nie może go dać. Jej pożywienie składa się z kartofli i wody. Dziecko kaszle. Katrofle w tym domu jada sie trzy razy dziennie. Chleb, który otrzymuje ta duża rodzina, wystarcza na dwa tygodnie.
Dziecko domaga się pokarmu! Bezradna matka daje mu smoczek, to je uspokaja. Jedynym meblem jest kredens. Szafy w tym pokoju nie ma.
Wszystko, co lokatorzy tego pokoju posiadają, mają przecież na sobie. Ale to co mają, pielęgnują. Granatowe bluzy, suknie w kwiaty są zachowywane starannie. W tym pokoju nie ma kuchni we właściwym znaczeniu. Jest natomiast zmontowany przez mężczyzn piecyk prymitywny. Składa się z trzech nóżek, jak piecyk polowy.
Rozmawiamy z lokatorami mieszkania i słuchamy żalów. Dowiadujemy się, że ojciec tej dużej rodziny pracuje w jednej z fabryk żelaza sezonowo 2 do 3 miesięcy. Jeden zięć utrzymuje się z zasiłków z opieki społecznej. Najmłodsza córeczka od trzech dni nie była w szkole, nie ma butów i siedzi w domu. Syn, chłopak szesnastoletni, w ogóle jeszcze nie pracował.
Gdyby go zapytano, jaki był i jaki jest jego zawód, odpowiedziałby: "bezrobotny!" Żałuje, że sam nie może sobie nic sprawić. Dostał właśnie od dobrych ludzi parę butów, ale oba z lewej nogi. Lokatorzy tego mieszkania mówią, że czekają zmiłowania Bożego.
Kiedy tak gawędzimy, z sąsiedniego pokoju dochodzi śpiew. Ktoś śpiewa smętną melodię.
- Kto to? - pytam.
- To sąsiad. - Śpiewa z biedy.
Na drewnianym półpietrze, którego podłoga i sufit zrobione są z desek, mieszka p. Stanisław. Duży pokój, do którego wchodzimy, zamieszkuje 8 osób; p. Stanisław z żoną i sześciorgiem dzieci; dwoje dorosłych. P. Stanisław pracował na "robotach publicznych". Wszystko, co oszczędził, wydał. Dziś nie ma nawet za co kupić butów dzieciom. Właśnie stoi przed nami dwóch małych chłopców bez butów. P. Stanisław nie ma też za co kupić prześcieradeł i poduszek. Sprzedał je, żeby mieć za co żyć. Wszystko co mu zostało, to kapelusz i płaszcz. Zwisają one z gwoździa wbitego w scianę. Marzeniem p. Stanisława było, aby dzieci wykształcić.
Marzenia tego nie wyrzekł się po dzień dzisiejszy. Najstarszy syn Stanisław jeździ do seminarium nauczycielskiego do Sosnowca. Tyle, ile mu potrzeba na stały bilet kolejowy miesięczny, tj. 12 zł, przysyłają mu ze wsi krewni z powiatu olkuskiego. Na 12 zł składa się praca wszystkich krewnych p. Stanisława. Jest on faworytem rodziny. Jego siostra Krystyna, skończyła lat 14. Zdała egzamin do IV klasy gimnazjum w Zawierciu; wobec tego, że egzamin zdała celująco, dyrekcja szkoły zgodziła się, by płaciła tylko 15 zł miesięcznie. P. Stanisław jednak nie mógł sobie na to pozwolić i p. Krystyna pozostała w domu. Słucha własnie opowieści ojca o swojej sprawie i cicho popłakuje w kącie pokoju. Ale p. Stanisław nie traci nadziei i wierzy, że będzie lepiej. Ma dzieci, dla których chce pracować. Jest mu ciężko i smutno, ale przecież i on ma swoje słońce: dzieci! Najmilszym jego słoneczkiem jest bose maleństwo, na imię mu Kazio. Kazio ma 4 lata, wesołe oczy i najmilszy uśmiech dla ojca.
Kazio uśmiecha się, gdy go pytamy, czym się odżywia?
Odpowiadają za niego rodzice: "Kartoflami, kapustą, chlebem". Kazio wielu rzeczy nie widział jeszcze. Nie widział, na przykład cukru. Jego rodzice wierzą jednak w Boga i w dobrą gwiazdę swego dziecka. "Kaziowi musi być dobrze!"
Przechodzimy do sąsiedniego pokoju. Do pustego mieszkania, które zajmuje kobieta imieniem Waleria. Porzucił ją mąż. Nie dlatego żeby ją przestał kochać, lecz by jej umożliwić otrzymywanie zasiłków dla bezrobotnych. Jak sie to stało?
Mąż p. Walerii pracował na "robotach publicznych". Pewnego dnia podczas pracy skaleczył oko. Otrzymał z tego powodu zasiłek w wysokości 17,50 zł miesięcznie. Oczywiście został równoczesnie zwolniony z pracy. Zgłosił się do funduszu pomocy bezrobotnym, ponieważ już nie pracował, ale ukrył przed "władzą", iż otrzymuje odszkodowanie z powodu skaleczenia oka. Tak, otrzymując zasiłki z powodu skaleczenia oka i żywność z opieki społecznej, radził sobie z żoną i dwojgiem dzieci.
Przyszedł jednak smutny dzień. "Władza" dowiedziała się, że bezrobotny ukrył przed nią fakt otrzymywania zasiłku z powodu skaleczenia oka. Prawo do żywnościo z opieki było stracone. 17.50 zł nie wystarczyłoby na zycie dla czterech osób. Racje żywnościowe były niezbędne dla wyzywienia rodziny. Mąż p. Walerii uciekł, aby umożliwić żonie otrzymywanie zasiłków.
I teraz żona otrzymuje racje żywnościowe. "Władza" zgodziła się uznać ją jako wdowę po ucieczce męża. "Sprawiedliwości" stało się zadość!... "Sprawiedliwości!"
Na klatce schodowej półpiętra mieszka jeszcze inna p. Waleria z dzieckiem. Ta kobieta od 1 i pół roku nie wstaje z łóżka. Straciła władzę w nogach. Jej pokoj powstał przez przepierzenie ściany i klatki schodowej. Pokój ten ma 2 metry kwadratowe wielkości! Mieszka w nim p. Waleria z sublokatorką, 4 osoby gnieżdżą się razem. Dwie matki i dwoje dzieci. P. Waleria jest właścicielką tego mieszkania, siedzi na swym żelaznym łóżku. Jej sublokatorka łóżka nie ma. Lokatorzy tego "pokoiku" są na utrzymaniu opieki społecznej.

W każdym biurze budowlanym można się dowiedzieć, jak wygląda sytuacja w przemyśle budowlanym. W roku 1932 przemysł budowlany zatrudniony był bardzo słabo. Znikło budownictwo państwowe i samorządowe, ograniczono budowę domów spółdzielczych, zamknieto kredyty publiczne na ten cel. Jeżeli ktoś budował, to przede wszystkim mniejsze domy stawiali mali kapitaliści, którzy sądzili, iż przy spadku cen robocizny i budulca robią dobry interes.
Zbudowano też w kilku większych miastach, Warszawie i Krakowie, wielkie domy, ale to były indywidualne wypadki, jak pojedyńczym wypadkiem będzie kilkunastopiętrowy drapacz w śódmieściu Warszawy."

Konrad Wrzos "Oko w oko z kryzysem" 1933
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Margarita
Gość






PostWysłany: Czw 19:32, 15 Wrz 2011    Temat postu:

"W lutym roku bieżącego popełniono w Warszawie 70 samobójstw. Kronika wypadków wymienia wśród tych 70 samobójstw jednego kupca; reszta to bezrobotni, robotnicy, szwaczki, służące. kupiec zajmuje na tej tragicznej liście pierwsze i jedyne miejsce."

Konrad Wrzos "Oko w oko z kryzysem" 1933
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Margarita
Gość






PostWysłany: Pon 10:03, 19 Wrz 2011    Temat postu:

"W małej owocarni przy wielkim placu odbyłem rozmowę, jaką mógłbym odbyć w kazdym innym sklepie. siedzieliśmy w sklepie, do którego już dłuższy czas nikt nie zaglądał. tylko od czasu do czasu przystawał ktoś za szybą. Wystawa mieniła się kolorami pomarańcz i jabłek, winogron i bananów.
Mój rozmówca siedział za ladą, na której leżały wielkie i małe bloki czekolady, na której stały słoje z marmeladkami, cukierkami. Oparty o ladę mój rozmówca siedział na tle półek zastawionych butelkami z kwasem, wodą sodową i lemoniadą i pokazując mi małą tabliczkę czekolady, powiedział:
- Dziś nie miałbym już ani tej, ani żadnej innej tabliczki czekolady w sklepie.
- ?...
I właściciel małej owocarni opowiedział mi historię dzisiejszego poranka.
- Przyszedł egzekutor podatkowy i powiedział: "Należy się od pana 120 zł za ryczałt podatkowy". Miałem w kasie tylko 32 zł, powiedziałem więc egzekutorowi: "Mogę dać wszystko, co posiadam" i zacząłem liczyć pieniądze. Egzekutor nie chciał ich przyjąć. Powiedział, że zabierze towar. prosiłem go, by zaczekłą, i pobiegłem do urzędu skarbowego. tam zgłosiłem sie do kierownika egzekucji i prosiłem, aby zaczekał z egzekucją do następnego dnia, tak, abym mógł zebrać zł 120 na zapłacenie raty. Tłumaczyłem mu, że nie mam w kasie więcej pieniędzy nad 32 zł. W urzędzie odrzucono mą prośbę. Zrezygnowany wróciłem do sklepu, gdzie oczekiwał mnie egzekutor, który oświadczył, że jeżeli nie mogę zapłacić zł 120, to zabierze wszystko, co posiadam w sklepie. Odpowiedziałem: "Niech pan zabiera". Zacząłem ważyć czekoladę. Potem wziąłem skrzynkę i aby się czekolada nie połamała, sam ją pakowałem. Już było wszystko zapakowane, gdy egzekutor zatelefonował do urzędu skarbowego i powiedział, że już jest późna godzina na to, aby towar zabrać. Po tej rozmowie telefonicznej egzekutor przyjął ode mnie 32 zł i wyszedł.
Rozmowa potoczyła się dalej.
- Ile pan płacił podatków w r. 1929?
- Ponad 1000 zł.
- Ile pan płaci obecnie?
- Płacę ryczałt, który wynosi kwartalnie zł 120.
- Pan płaci podatków w prównaniu z r. 1929 połowę. W jakim stopniu zmniejszył się pana zarobek?
- W roku 1929 zarabiałem 2 razy więcej aniżeli obecnie. To, co zarabiam obecnie, ledwie starcza na życie. Dowcip polega na wiązaniu końca z końcem. Człowiek żyje za pieniądze zarobione z towrau kupionego na kredyt i tak sobie radzi, by dług zapłacić z kredytu, a kredyt z długu.
- Na czym polega pana kalkulacja? Jak pan kupuje towar?
- Towar kupuje się częściowo za pieniądze, tj. za weksle, częściowo zaś na kredyt. Czekoladę kupuje się na weksle, owoce na otwarty kredyt u hurtownika, który daje kredyt do ośmiu dni.
- Ile wynosi pana zysk?
- Od 15-20 %. Z owoców mam mniejszy zarobek, ponieważ owoce psują się szybko - zauważa właściciel owocarni.
- Jaka jest wartość towaru, który pan posiada w sklepie?
- W sklepie posiadam czekolady na kwotę 200 zł, owoców zaś na kwotę do 300 zł.
- Podatki pan płaci regularnie?...
I właściciel małej owocarni uskarża się w dalszym ciągu na swój los.
- Jeżeli udaję się do urzędu skarbowego z prośbą o ulgi - kończy - to powiadają, że żadnych ulg nie mogą mi przyznać, dlatego że sklep mój znaduje się na ruchliwym placu. "Ruch w pańskim sklepie jest wielki - powiadają - więc musi pan płacić". Albo: "Z czego będzie żyło państwo, jeśli tacy jak pan nie będą płacili podatków" - powiadają w urzędzie skarbowym.
Byłoby to wszystko słuszne - dodaje jeszcze właściciel owocarni - gdyby było prawdziwe.
Ruch?...
Istotnie ruch panował wielki, ale na wielkim placu przed....wystawą małej owocarni."

Konrad Wrzos "Oko w oko z kryzysem" 1933

Rozmawiałem wczoraj z p. Zygmuntem o przedwojennej Polsce, o Poleszukach, o Warszawie. P. Zygmunt to zażywny staruszek po 90-tce głosujący na PiS. "PO, to jak kiedyś, czerwona zaraza." - mówi.
Dawne czasy swej młodości, walki w powstaniu wspomina z nostalgią, ale i ze smutkiem, ze tamtej Polski nie udało się uratować.
- "Proszę mi wierzyć, dawna Warszawa to było miasto żyjące, nie to co dziś - cmentarz po 22.00. Wtedy na każdym rogu była gwarna knajpa, ulice wieczorami usiane były ludźmi. A w niedziele, to aż się trudno było przecisnąć na chodnikach. Znalezienie stolika w kawiarni, cukierni graniczyło z cudem. Sklepy pod karą administracyjną były zamknięte. Otwarte były kina, kwiaciarnie, restauracje, knajpy i kawiarnie."
P. Zygmunt pracował wtedy w Polskich Zakładach Optycznych. Jako że był pojętny, dość szybko awansował. Tuż przed wojną zarabiał na rękę jako majster 500 zł. miesięcznie. Kryzys wspomina ze smutkiem. "Nędza była straszna, tak straszna, ze żadna książka tego nie opowie." Mówię mu że mam w domu do tej pory przedwojenne 10 zł.
"A, za tę monetę - mówi p. zygmunt - można było się napić dobrze wódki i zjeść porządny obiad w knajpie. Coś panu powiem. Jak pan ją ma, to pan wie, że ona jest ze srebra. Przed wojną 2 zł, 5 zł i 10 zł były srebrne i jak kto takie cudo miał w kieszeni, to w podwórkach niektórych domów, na parterze, były takie przybytki z żółtymi firankami. Za dwa złote można było się w Warszawie zabawić z dziewczyną... Powiem panu dowcip. Poszedł gość do takiego przybytku, płaci dwa złote buredlmamie i idzie za zasłonkę, ale jeszcze nie zaczął się dobierać a już słyszy wrzask mamuśki. "Salcie, Salcie, ty nie uskuteczniaj pieszczot z tym frajerem bo mi nie brzęknęło!". Pan Zygmunt się zamyśla na chwilę, a na moje słowa o Polesiu odpowiada. "To o czym pan mówi o tym dziennikarzu Wrzosie to prawda. Wiem, bo odsługiwałem wojsko na Polesiu w 1935. Była zresztą zasada, że poborowi z Polesia szli na zachód do Wielkopolski, na Pomorze, na Śląsk, a tych z zachodu kierowano do służby na Kresy. Polityka była prosta, trzeba było ich, tych Poleszuków, uczyć nowoczesności i patriotyzmu. Pamiętam też taki dowcip, jak to bogaty Pińczuk z bagien, przyjechał do hotelu w Brześciu, wlazł do hotelowego ustępu i miał potem pretensję do recepcjonisty, że chciał się w tym ustępie ogolić, ale mu woda ciagle uciekała, chociaż ciągnął cały czas za łańcuch, więc co to za porządki". Pan Zygmunt się śmieje; "Tak, bieda i tępota umysłowa na tym Polesiu była straszna, a miasteczka ponure, pełen dziurawych, błotnistych uliczek. Jak dostawaliśmy żołd, to kupowaliśmy sobie od chłopa kurze jajka. Dobre, duże, białe po 3 gr. sztuka i robiliśmy z nich jajecznicę. Kupowaliśmy tych jajek 60 szt. do tego litr samogonu albo wódkę Baczewskiego i tak sobie odbijaliśmy na wolnym czasie rozłokę z rodziną i naszą senną służbę".


Ostatnio zmieniony przez Margarita dnia Pon 10:09, 19 Wrz 2011, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Margarita
Gość






PostWysłany: Czw 9:49, 22 Wrz 2011    Temat postu:

" W bramach domów, wśród nocy, pod łodziami, nad brzegami Wisły, na przystaniach i w kabinach plażowych śpią bezdomni. Można ich spotkać na ławkach w Alejach albo we wnękach domów i na klatkach schodowych, na strychach i w piwnicach, do których zakradli się przed zamknięciem bram.
Bezdomni.
Warszawa posiada 11 schronisk zamieszkiwanych przez 22 tysiące osób. W roku 1929 w schroniskach gnieździło się 10 371 osób, w roku 1932 - 18 471, na początku r. 1933 - 22 000.
Ostatniej zimy usunięto z mieszkań na podstawie wyroków eksmisyjnych blisko 3 tysiące osób. Byli to przeważnie lokatorzy małych mieszkań.
W Warszawie, w tym milionowym mieście jest ogółem 194 441 mieszkań, w tym jednoizbowych 76 086, dwuizbowych 48 934, trzyizbowych 34 239, czteroizbowych i pięcioizbowych 25 169, sześcio -dziewięcioizbowych 9 389, dziesięcioizbowych i większych 164 i... 11 domów noclegowych.
W roku 1929 w trzech przytułkach noclegowych: dla mężczyzn przy ul. Dzikiej i przy Jagielońskiej oraz dla kobiet przy ul. Leszno, przeciętnie nocowało dzień-co dzień: na Dzikiej 766, na Jagielońskiej 250, na Lesznie 231. A zatem 1 247 osób co dzień w trzech przytułkach znajdowało dach nad głową.
W roku 1933 w jednym tylko przytułku na Dzikiej, w sławnym "Cyrku" sypia ponad tysiąc osób.
Za 5 groszy kupujemy przy małym okienku kartę wstępu. (Miasto dopłaca do takiego noclegu 27,1 groszy). Nie jest jeszcze za późno, dopiero 9 wieczór, a już trudno o miejsce na narach i pryczach. Nie każdy posiadacz karty wstępu może dostać sie na nie. W korytarzach, przy ubikacjach, wśród najokropniejszych wyziewów leżą na ziemi ludzie ubrani w łachmany. W dwóch wielkich, położonych na krańcach korytarzy salach, które normalnie mogą zmieścić 300 osób, spało na drewnianych narach w trzech kondygnacjach, na pryczach, na podłodze, na parapetach okien około tysiąca osób. I tu wśród stęchłego powietrza, które normalnie przyprawia o mdłości, wśród wrzawy, jaką tworzą setki głosów, spali na ziemi ludzie bez butów, w samych koszulach albo do połowy nadzy.
W powietrzu unosił się ciężki zapach wyziewów ludzkich, najpotworniejszej nędzy i najgorszego brudu. Ani tego zapachu, ani tego widoku nie zapomni nikt, kto raz przestąpił progi "Cyrku".
"Cyrk" nie jest, oczywiście tworem kryzysu. istnieje on od roku 1895. Przed laty był domem zarobkowym biedaków, którzy szyciem torebek zapracowywali na swe nary. Dopiero w roku 1923 stał się ten zakład domem noclegowym. Do roku 1929 ilość szukających noclegu wynosiła 700 osób. Dopiero w roku 1932 doszło do 1000, ubiegłej zimy przekroczyła i tę cyfrę, bowiem wiele osób opuszczało swe zimne, nie opalone mieszkania, by przespać się w ciepłych bądź co bądż, bo ogrzanych ciepłem tysiąca ludzkich ciał, salach."

Konrad Wrzos "Oko w oko z kryzysem" 1933
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Margarita
Gość






PostWysłany: Czw 10:55, 29 Wrz 2011    Temat postu:

" 90% dzieci Zawiercia i Bałut cierpi na niedomogę płuc. Jedna jest reguła nędzy dla komunistycznych Bałut i nabożnego Zawiercia. Ale nie ma reguły bez wyjątku. I dlatego na chlebie i kartoflach żyje się. Ale jak?
Trzeba tylko pomyśleć, że w budżecie czteroosobowej rodziny pracownika umysłowego pozycja na owoce wynosi 2,75, na książki 3,42. I trzeba pamiętać również, że robotnik z Zagłębia zarabia 12 zł dziennie i pracuje maksymalnie trzy razy w tygodniu, że utrzymanie bezrobotnego Zawiercia kosztuje 4 zł miesięcznie, że utrzymanie bezrobotnego Łodzi kosztuje 9 zł miesięcznie, że bezrobotny, który otrzymał pracę na robotach publicznych, pobiera 3 zł dziennie. A przy tym wszystkim niektóre pensje dyrektorskie w koncernach węglowych na Górnym Śląsku dochodziły do 100 tysięcy zł miesięcznie, chociaż podobno w ostatnich czasach uległy one "wydatnej" zniżce o...10%.
Wiele dni musiałby pracować człowiek, który uzyskał pracę na robotach publicznych, aby zarobić 100 tysięcy zł? Zajęłoby mu to około 33 tysięcy dni, czyli blisko 100 lat.
I za to płaci się te 100 tysięcy miesięcznie? Za pracę czy za sumienie? Jeżeli za pracę, to oczywiście nie ma pieniędzy, którymi można by opłacić geniusz ludzki, ale jeżeli za sumienie?...
Pamiętamy kulisy przemysłu górnośląskiego. Zdajemy sobie sprawę, że pensje dyrektorów koncernów w zestawieniu z innymi wydatkami nie stanowią poważnych pozycji i dlatego zagadnienie pensji dyrektorskich nie jest zagadnieniem ekonomicznym. Jest to zagadnienie par excellence moralne.
Czy może być dobrze w kraju, jeśli bezrobotny utrzymywany jest za zł 4 miesięcznie, pracę dzienną bezrobotnego wycenia sie na 3 zł, a robotnik pracujący na głębokości 200 m pod ziemią zarabia 12 zł dziennie, pracując tylko 3 dni w tygodniu, zaś dyrektor koncernu węglowego otrzymuje przeszło 3 tysiące zł dziennie?"

Konrad Wrzos "Oko w oko z kryzysem" 1933


Ostatnio zmieniony przez Margarita dnia Czw 10:56, 29 Wrz 2011, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Margarita
Gość






PostWysłany: Pon 9:25, 10 Paź 2011    Temat postu:

Zapuściłem wątek, ale co się odwlecze to nie uciecze.

Ciąg dalszy:

" Posłuchajmy historii losów człowieka, który popełnił przestepstwo z nędzy. Stoi przed nami młody chłopak o bladej, zmeczonej twarzy i jasnych, niebieskich oczach. Ma krótko przystrzyżone włosy i własne dziurawe buty. Nosi ubranie z szarobrązowego samodziału, trzyma w ręku małą okrągłą czapeczkę.
Eugeniusz Czekay ma sprawę z art. 257 kodeksu karnego.
Artykuł ten w paragrafie pierwszym głosi: "Kto zabiera innej osobie cudze mienie ruchome w celu przywłaszczenia, podlega karze więzienia do lat 5-ciu". W paragrafie drugim: "W przypadkach mniejszej wagi sąd może zastosować nadzwyczajne złagodzenie kary, a gdy sprawca z nędzy zabrał celem użycia małej wartości przedmiot pierwszej potrzeby nawet od kary uwolnić".
Więźniów śledczych jest 37%.
Czekay przyszedł na swiat w r. 1910. Pamięcia sięga do czwartego roku życia. Pamięta, że w roku 1914 ojca jego zabrano do wojska. Ojciec był malarzem pokojowym i z dniem, w którym poszedł do wojska, matka Czekaya została bez środków do życia. Co się stało potem, tego Czekay nie pamięta dokładnie.
Ale powiada:
- Obecność dzieci w domu nie była matce wygodna.
- Matka oddała nas, dzieci do przytułku. Jedno dziecko umarło. Źle było w tym przytułku i ciężko.
Tymczasem ojciec powrócił z frontu.
Matka zabrała mnie z przytułku i uczyła, co mam mówić. Ale po wyjściu z przytułku- przytułek ten był przy szpitalu, dużo ludzi w nim umierało - rozchorowałem się i poszedłem do szpitala. Co mi było, nie pamiętam, ale kiedy wyzdrowiałem, jakaś dobra pani zabrała mnie do księdza na ulicę Barską. Tam było mi bardzo dobrze. Ksiądz uczył mnie pisać i rachunków.
- Czy poza tym nie uczył się pan?
- Skończyłem pięć oddziałów szkoły powszechnej - odpowiada chłopiec, po czym ciągnie dalej.
- A kiedy ksiądz z Barskiej zapytał, czym chcę zostać, odpowiedziałem: malarzem.
Tak zeszło Czekayowi trzy lata.
- Po trzech latach zjawiła się u księdza matka i zabrała mnie z ulicy Barskiej. Wróciłem do domu. Dużo się zmieniło. Ojciec uciekł, nie zostawiając żadnej wiadomosci. Wyjechał.
Wówczas matka powiedziała Czekayowi, że trzeba się zabrać do pracy.
- Poszedłem do fabryki.
Czekay dostał się na oddział blacharski, potem był pomocnikiem szofera. Właściciel fabryki polubił go. Przyszły dobre czasy. To był rok 1928.
Pewnego dnia coś się na świecie popsuło. Znów zaczęto mówić o ciężkich
czasach. Czekay słyszał, jak o tym mówiono w fabryce i w domu. Matka zapowiadała, że pewnego dnia wyjedzie. Tak też się stało.
Czekay przyszedł po pracy do domu i nikogo nie zastał. Matka spakowała rzeczy i uciekła.
Chłopiec mógł stać się właścicielem jednego pokoju, ale ten pokój nie był własnością jego rodziców. Zjawił się dziadek, który był właścicielem mieszkania - matka bowiem po ucieczce starego Czekaya wróciła do swego ojca - i sprzedał je.
Przyszedł kryzys. Chłopiec został zredukowany. Ale to go jeszcze nie załamało. Wynajął łóżko w tym samym domu, w którym mieszkała matka, poświęcił się swemu zawodowi - malarstwu. To, co zarobił, wydawał na komorne i na swoje utrzymanie. Czasem, jak zarobił więcej, szedł do kina.
Zapytałem go, wiele razy był w teatrze i wiele razy był w kinie.
Chłopiec odpowiedział z dumą.
- Dwa razy w kinie i raz w teatrze.
Widział "Ben Hura", "Białą truciznę" i "Pepinę". Melodie tej operetki są mu w murach więziennych najmilszym wspomnieniem.
Czy czyta książki?
Nie, gdyż ma słaby wzrok. Kiedyś rozchorował się i czytanie sprawia mu ból oczu.
Robił wtedy na Górnosląskiej, na budowie. Kupił sobie "po fajrancie" butelkę mleka. Był głodny i zmęczony. Słońce grzało. Chłopiec usnął na piasku. Gdy obudził się, nie mógł się już ruszyć. Zabrano go do szpitala.
Kiedy zaś wyszedł ze szpitala, nie mógł już czytać, jak dawniej. I teraz w więzieniu nie może już czytać książek.
- Słucham za to - powiada - jak inni głośno czytają.
Jestem ciekaw dowiedzeić się, co też teraz czytają towarzysze chłopca.
- "Zmartwychwstanie" Tołstoja - odpowiada.
- Co pan wie o świecie?
- Wiem, że "kryzys" jest okropny.
Lecz słuchajmy dalszych zwierzeń Czekaya.
- Kiedy skończyło się z malarstwem - mówi - pracowałem przy robocie. Jak się skończyła praca przy robocie, froterowałem podłogi, sprzątałem i dostawałem za to w pewnym domu pieniądze, potem zaś tylko śniadania.
Ale i na to przyszedł kres. Czekay został bez pracy i środków do zycia. Trzeba było jeść i trzeba było płacić komorne. Trzeba się było ubrać i kupić ciepłe palto, gdyż zima była sroga. Czekay chciał zapłacić komorne: dziesięć złotych za łóżko w odnajmowanym pokoju. Chciał też kupić jesionkę i zdobyć trochę pieniędzy na życie.
- Wiele panu potrzeba na życie? - zapytałem go.
- Półtora złotego dziennie.
- Co było dalej?
- Dni schodziły i pracy nie było. Aż wreszcie przyszedł kolega, malarz, i powiedział, że będzie "duża robota". Było mi wszystko jedno - przystałem.
- Kiedy pan poszedł na tę robotę?
- W lutym tego roku.
- Cóż to była za robota?
- To była robota w sklepie spożywczym. Chcieliśmy zabrać artykuły spożywcze, żeby się pożywić i żeby je sprzedać. To była duża robota. Skradzione materiały oceniono na 1 300 zł, ale zaraz potem policja przyszła do mieszkania, znalazła je i zabrała.
- Kiedy wpadliście na ten pomysł?
Czekay odpowiada po prostu:
- Ten malarz, Tadeusz, odnawiał sklep na Hożej. Odnawiając, rozejrzał się dokładnie po sklepie. Spotkał mnie, kiedy byłem głodny. Powiedział wtedy: "Chcesz zarobić?"
- I co pan na to?
- Wcale się nie namyślałem, wszystko mi było jedno.
- Dlaczego? Może pan opowie?
- Nie jadłem już kilka dni i w ogóle nie jadłem regularnie. Ubranie miałem podarte, buty dziurawe i byłem bez palta.
- A potem?
- Tadeusz kupił wódkę i sprowadził trzeciego. Nawet nie wiem, jak się ten trzeci nazywa.
- Napiliśmy się, dostaliśmy się do sklepu, zabraliśmy dużo herbaty i czekolady. Chciałem jeść, ale do jedzenia nie było wiele. Były sucharki oblewane czekoladą. To zjadłem.
Czy Czekay żałuje teraz swego czynu?
- Tak. Muszę karę otrzymać - mówi o sobie. - Musżę odsiedzieć.
- A jak pan wyjdzie?
- Będę się starał o robotę - powiada. - Kraść już nie pójdę. Będę już musiał sobie poradzić, ale inaczej. Do więzienia nie chcę po raz drugi.
Pytam Czekaya, jak odczuwa pobyt w wiezieniu.
Chłopiec zastanawia się przez chwilę, po czym mówi, jak gdyby rozważał plusy i minusy swego obecnego życia.
- Głodny nie jestem powiada - to prawda, że nie myślę o jedzeniu. Ale proszę pana, pobyt w więzieniu to nic przyjemnego.
W dwóch słowach oddaje chłopiec nastrój życia więziennego.
- Smutek okropny - mówi cicho.
Po tych słowach wyrywają się dalsze:
- Nie jestem przecież chory, że nie mogę czytać, to nic. Mam dziesięć palców. Jestem zdrowy. Wezmę każdą robotę, żadnej roboty się nie będę wstydził.
Czego pragnie Czekay? Jakie są jego marzenia?
- Czy myśli pan - pytam go - o rodzicach?
- Tak - odpowiada poważnie.
- Czy pamięta pan ojca?
Potakujący ruch głową.
- Ma pan może jego fotografię?
Przeczący ruch głowy.
- A ma pan fotografię matki?
- Tak! Matka mi zostawiła własnie fotografię, kiedy mnie opuściła.
- Ma pan dobre wspomnienia po rodzicach? Nie ma pan do nich żalu?
Kocha pan ich?
- Nie mam do nich żalu. Są na świecie ludzie lepiej przygotowani do życia, niż ja, ale nie mógłbym mieć o to do rodziców swych żalu. I chociaż mnie opuścili, kocham ich mocno. Zawsze to przecież ojciec i matka.
- Czy chciałby pan, aby pana kiedyś matka odwiedziała? Co byłoby wówczas?
- Byłaby wielka radość. Tyle czasu przecież nie widziałem jej - mówi i dodaje jeszcze ciszej: - matki.
W tym słowie jest coś wzruszającego.
Oczy młodzieńca zachodzą wilgotną mgłą. Następuje długa chwila milczenia. Dwóch rzeczy jeszcze pragnie. Mówił już nam o nich przedtem.
- Wolności i pracy! - powtarza. - Byleby się zarobiło, żeby wyżyć. Chyba się od mnie świat nie odwróci."


Konrad Wrzos "Oko w oko z kryzysem" 1933
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Margarita
Gość






PostWysłany: Pią 9:12, 14 Paź 2011    Temat postu:

" Nagonka! Teraz jest czterdziestu, pięćdziesięciu chłopa najwyżej. Przed dwustu laty na słynnym polowaniu w Marymoncie było 4 000 samej nagonki!
Bagatela!... Oczywiście, gratis. Strzelców było 500, jak na zjeździe w Gdyni.
Obecnie chłop z nagonki bierze 60, czasem 80 groszy do złotego. I jest podobno kontent. Za dwie skórki z lisa można dostać 50 zł i opłacić w ten sposób osiemdziesięciu trzech ludzi z nagonki. Ciekawe! A są i inne dysproporcje, którymi mógłby zająć się w braku innej roboty jakiś b. minister przemysłu i handlu. Za kuropatwę płaci hurtownik 60 do 70 gr. Nabój kosztuje około 40 gr. Z fabryki półrządowej...Kartele, psiakrew!... Nabój na dzika, tj. kula kosztuje trzy razy tyle albo i więcej. A nuż chybię?
Polowanie w tych warunkach jest sztuką dla sztuki. Jako człowiek, który lubi żyć z ołówkiem w ręku i trzeźwo patrzy w przyszłość, byłem na wyjezdnem w sklepie i pytałem, ile płacą za dzika. Na wszelki wypadek. Otóż za kilogram młodego warchlaka loco sklep dają 60 gr, za kilo odyńca 50 gr. Nie opłaci się.
I jeszcze jedno: hurtownik płaci identycznie to samo za kilogram żywej wagi hodowanego bekona, co za kilogram dzika. Jaka równowaga cen! I jak nad tymi sprawami mógłby się zamyślić ekonomista!
W taką statystykę bawiłem się na stanowisku. Zresztą wobec frekwencji dzików statystowałem w dosłownym słowa znaczeniu. Ale warto, warto! Las jest wspaniały! Cichy a szumiący jak muszla. Drzewa stoją wyniosłe i spokojne. Wiedzą, że ich nikt nie kupi. Więc rosną wysoko na chwałę tej puszczy, w której polowali królowie. A dzisiaj polują rozmaite Sonntagsjaegery. Albo i niedzielny felietonista.
Byłem zażenowany majestatem puszczy, dysproporcją mojej własnej, zakutanej osoby wobec królewskich drzew. Nad wyrębem wysoko, wysoko wisiał jastrząb. Mróz sakramencki. Ale pieknie, przepięknie. Gdy nagonka zacznie hukać w oddali, serce bije głośno. Dzików jak nie ma, tak nie ma. To głupstwo. Za to sosny i świerki dają słuchowisko wyjątkowe. I patrząc na dekorację puszczy, powiadam sobie, że Pan Bóg dobrze to zaprojektował. Bardzo dobrze! Pierwszorzędny spektakl! W pewnej chwili chwyciłem za portfel, chciałem płacić, a przynajmniej dla formy spytać słowami wieszcza: "Ileż wam winienem, o, domowe drzewa?..."
Po namyśle dałem spokój. I tak nie wezmą, a gotowe jeszcze się obrazić. Puszcza jest piękna za darmo. I wszystko byłoby w porządku, i wróciłbym w najlepszym humorze, gdyby nie to, że z powrotem jechałem przez inną puszczę: dwie mile drogi od Bochni i po drodze kilka wsi. A te wsie to także puszcza, te chałupy to rezerwat. Godzina siódma wieczorem i we wszystkich oknach ciemno. W co dziesiątym świeci się jakiś ogarek. Nafta w Polsce, ba, w Małopolsce za droga! Potworne! Tu gdzie tryskają całe siklawy, Niagary nafty, chłop nie ma za co kupić sobie jednego litra! Ładnie rządzimy tą naftą!
Solą także! Oto przed nami światła Bochni, której saliny mają zamknąć. Niepotrzebnie... Chłop i tak nie kupi soli, bo nie ma za co. No, ale sól solą a skazanie chłopa na kilka miesięcy ciemnicy gorsze. Bo co ten chłop robi w nudzie i ciemności, w tym mare tenebrarum?
Zapewne podobne warunki znakomicie sprzyjają porostowi ludności. Pisałem już kiedyś, że u nas dzieci rodzą sie jak przez kalkę. Z kopią. I im dalszy egzemplarz, tym słabszy. Mniej wyraźny. Bardziej blady, zrodzony w ciemnościach...Z nudy.
W oczekiwaniu na pociąg siedzieliśmy, pijąc herbatę, z lodu, i rozmawialiśmy o tych sprawach w restauracji II i I klasy na dworcu w Bochni. Dziwna rzecz, że cały dworzec oświetlony elektrycznością, a restauracja, jak na przekorę... naftą.
Przynosi to wielką korzyść: nie widać brudu. A to chyba najbardziej zaniedbany bufet na świecie. Lepsze bywają w Rumunii, ba, nawet w Syrii.
Może po tych kilku ciepłych słowach wyszorują podłogę i zmienią obrusy. Ale o tym zwątpiłem. Raczej należałoby tam wpuścić 16 dzików!
Polowanie zaś i moje "wyczyny" myśliwskie? Tak się zagryzłem tą przejażdżką po rezerwacie wsi polskiej, że mi się odechciało nagle blagować. Kląłem tylko, bijąc pieścią o brudny stół wspomnianego bufetu. Zresztą powiem prawdę: dzik nie wyszedł na mnie. Ani jeden! A, jak utrzymywał pewien gentelman z nagonki, dzik był niedaleko. I nie pokazał mi się!
Taka dzika świnia!..."

Zygmunt Nowakowski "Dzwonek Niedzielny" 1934


Ostatnio zmieniony przez Margarita dnia Pią 9:13, 14 Paź 2011, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Margarita
Gość






PostWysłany: Pon 7:52, 17 Paź 2011    Temat postu:

" W lecie poważny odsetek żyje z podawania piłek tenisowych. Inne pory roku są o wiele trudniejsze. Stąd i genialność pomysłów. Weźmy taką rzecz: chłopiec kupuje sobie flaszkę Sidolu, bierze jakąś szmatkę i włazi do pierwszej lepszej kamienicy. Korzystając z nieobecności stróża, czyści klamki poszczególnych mieszkań. - Skoro klamka świeci się jak lustro, chłopiec dzwoni. I jakżeż mu nie dać kilku groszy?
Nie zawsze takie sposoby skutkują. Trzeba chwytać się innych. Np. - ale to już w ostatnim wypadku - opluć jakiegoś porządnie ubranego starszego pana. To wymaga spółki z ograniczoną poręką. Jeden wspólnik stara się możliwie efektownie, a zarazem dyskretnie, opluć futro danego jegomościa. Inkasent kroczy za nim i po pewnej chwili ze współczuciem zwraca uwagę poszkodowanego, mówiąc:
- Ktoś opluł pana dobrodzieja?
- Co takiego? Gdzie?
- O, z tyłu...Jak pan dobrodziej pozwoli, oczyszczę...
- A, żeby go jasna...! Niechże kawaler spróbuje jakoś...
Chłopiec czyści więc, starszy pan zaś klnie na czym świat stoi. Po czym chce zapłacić za drobną przysługę. Ale chłopiec ma ambicję i przez pewien czas broni się przed zapłatą. Wreszcie ulega. Po czym dzieli się sumiennie ze wspólnikiem i idą dalej. Może to trochę nielojalnie z mej strony, że zdradzam ten skomplikowany proceder, który zresztą należy do wyjątkowych. Nazywa się takie oplucie "zrobić szlichtę".
W ogóle język tych inteligentnych chłopaków ma słowa śmiałe i oryginalne. Pewne wyrażenia powinny się przyjąć. Nie wiem, czy znane są uczonemu specjaliście, np. prof. Ułaszynowi z Poznania, dlatego też podaję kilka charakterystycznych wyrażeń. Np. "babę w bajer" znaczy "zagadać babę". Nadzwyczaj plastycznie. Zacznę tego sam używać. "Muli mnie" - "jestem głodny". Żebranina ma kilka synonimów. Więc, bajtlować, kantować, motać. Można także bajtlować w "kucankę", tj. przed kościołem czy pod jakim domem. Wprawdzie Nowy Rok będzie grubo lepszy niż stary, warto jednak te rzeczy przestudiować. Na wszelki wypadek, żeby nas nie zastał nie przygotowanych..."

Zygmunt Nowakowski "Dzwonek niedzielny" 1934


Ostatnio zmieniony przez Margarita dnia Pon 7:54, 17 Paź 2011, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Margarita
Gość






PostWysłany: Pon 10:36, 07 Lis 2011    Temat postu:

"Pojechałem więc w Wielką Sobotę do przyjaciół na wieś. Jadę przez las tzw. drogą. O tej "drodze" można cuda napisać, ale to beznadziejna historia. Nie opłaci się. Przez wiele lat nikt nie tknął drogi już nie łopatą, ale nawet palcem. Trzeba naprawdę podziwiać odwagę tych, którzy pobierają podatek drogowy. Tu już ustaje wszelki krytycyzm, a rośnie podziw bezgraniczny. I bezapelacyjny zarazem.
Jadę więc przez te leśne ostepy. Naprzeciw mnie wyrasta na jakimś zakręcie dziwna postać, która prowadzi jedną ręką rower, w drugiej zaś trzyma rewolwer z lufą zaadresowaną do mnie. Godzina trzecia po południu. A ja tu przyjechałem na wypoczynek. Żeby sobie nie mieć nic do wyrzucenia, wydobyłem i ja mój browning z futerału. Na wszelki wypadek. Drogo sprzedam swoje życie! Jeszcze mnie nie zna ten człowiek z browningiem! Pokażę mu!
Przez chwilę nawet zastanawiałem się, czyby samemu nie dać inicjatywy. Taktyka ofensywna zawsze jest lepsza. Włożyłem więc okulary, żeby lepiej widzieć. I to uratowało tego osobnika. Poznałem go bowiem. Był to wiejski listonosz, Józek, którego znam od małego parobka. Z dawien dawna załatwia mi rozmaite sprawunki w miasteczku. Bardzo przyzwoity i solidny jegomość, a do tego fanatyk obowiązku. Gdy niedawno, przed jakimiś pięciu laty, była wyjątkowo sroga zima, Józek nie opuścił ani jednego dnia i mimo okropnego mrozu, z własnej pilności, dzień w dzień walił prer pedes ośm kilometrów w jedną, ośm w drugą stronę i, przyniósłszy pocztę, roznosił ją po wsi. Dostał wtedy jakąś gratyfikację.
Ale teraz ma w ręku rewolwer, wymierzony m.in. i w moją stronę. Nigdy w życiu nie zrobiłem mu nic złego, pytam więc:
- Człowieku, bój się Boga, co znaczy ten browning?
- To od księdza wikarego...
- Rozumiem, od osoby duchownej, jednakże lufę proszę zniżyć. Nie lubię konwersacji w tych warunkach, gdy ktoś - nawet dobry znajomy - mierzy mi prosto w brzuch. Pan Bóg kule nosi... A przede wszystkim dlaczego masz taką wargę poharataną? Gadajże, na miły Bóg!

Józek zaczął tedy opowiadanie. Rewolwer pożyczył od księdza wikarego. Własny skonfiskowali mu bandyci. Przed trzema dniami jechał sobie z pocztą rowerem. Po drodze minąć musiał trzech jegomościów. Gdy przejeżdżał obok nich, zwalili go z roweru, związali, oczy i usta zasypali piaskiem, aby nie mogł krzyczeć. I wzieli torbę z pieniędzmi oraz rewolwer. Taki podatek drogowy... Przykład z góry...
Józek bronił się, jak mógł. Ale trzem nie dał rady, chociaż do ułomków nie należy. Tyle tylko że mu rozdarli wargę przy ładowaniu piasku do ust. Ale bronił się. To człowiek wyjątkowo sumienny, a przy tym bał się, że będzie odpowiadał finansowo. Bo za niego, jako listonosza, pełniącego nienagannie, a nawet wzorowo, swą służbę od wielu lat, musieli w ostatnich czasach rodzicie poręczyć hipotetycznie wobec dyrekcji poczty. Ponieważ tego było mało, więc jeszcze podpisał cyrograf ksiądz wikary i nauczyciel wiejski. Władze muszą mieć gwarancję.
Nie jest to zabawne? Co znaczy hipoteczna gwarancja w dzisiejszych czasach? Rodzicie mają kilka morgów szczerego piachu jak samo złoto, świadek - wikary ma jedno futro, a nauczyciel pensyjkę. I to ma wystarczyć za gwarancję w razie jakiegoś sprzeniewierzenia? Przecież on niekiedy - zwłaszcza w przeddzień wypłat inwalidzkich - nosi po kilka, czasem i po dziesięć tysięcy złotych!? A na to wszystko hipoteka na piasku!... Ach, prawda, zapomniałbym: jeszcze musiał złożyć w gotówce "kaucję" w wysokości trzydziestu złotych.
To chyba żart. Listonosz musi dać hipoteczną gwarancję...
Znaczenie moralne? Może, ale warto przypatrzeć się całej sprawie właśnie od strony moralności. Tylko to już później. Na razie stwierdzam, że obrót roczny tej poczty, którą obsługuje Józek, wynosi około pół miliona, on zaś pobiera pensji miesięcznej 50 złotych. Zaczynam bliżej badać tę historię. Nie tylko listonosz, ale i kierowniczka, a zarazem jedyna urzędniczka tej poczty, musi dać gwarancję hipoteczną. Na 2000 złotych przy półmilionowym obrocie rocznym... Czy nie szkoda papieru i czasu na saą amnipulację z tą hipoteką?
Dowiaduję się przy okazji rzeczy zupełnief a n t a s t y c z n y c h, niesłychanych.
Gdyby jakikolwiek przedsiębiorca prywatny uprawiał choćby na minimalną skalę podobny wyzysk, wkroczyłoby ministerstwo opieki społecznej, które przez palce patrzy na plantatorskie metody, stosowane przez państwowe przedsiębiorstwo...
Przykre słowo "plantatorskie metody", ale biorę za nie odpowiedzialność. Urzędniczka, która po śmierci męża-poczmistrza objęła pocztę, służy bez przerwy dwanaście lat. O emeryturze oczywiście mowy nie ma, ale przez ten czas nie miała ani jednego dnia urlopu (!). W razie choroby musi albo sama urzędować w dalszym ciągu, albo z własnych funduszy opłaca sobie zastępcę. Przecież to jest w najlepszym wypadku n i e l u d z k i e! Żyjemy w 1933 roku, w państwie demokratycznym, które instytucje społeczne, ochronę pracy itd. rozbudowało aż do absurdu. Jeżeli idzie o przedsiębiorstwa prywatne... Mówi się i czyta o niewoli np. w Abisynii. Ale ten urzędnik pocztwowy jest także niewolnikiem.
Ani jednego dnia urlopu przez dwanaście lat!
Praca zwłaszcza przed i po pierwszym, trwa niekiedy i po dwanaście godzin dziennie. Wypoczynek niedzielny nie istnieje. Według umowy służba odbywa się "codziennie, oprócz pierwszego dnia Wielkiej Nocy, Zielonych Świat, bożego narodzenia oraz dnia 3 Maja". Więc razem p i ę ć d n i w o l n y c h w roku! Wierzyć się nie chce! I w razie choroby urzędniczka czy urzędnik ( a po zmianie urzędów pocztowych na agencje są takich niewolników tysiące) muszą sami opłacać zastępcę! Nadto pokrywać mniej więcej 40% pensji listonosza. Ale z czego?
Wiadomo wszystkim, że jest ciężko, coraz ciężej. Rząd musi dobrze się głowić aby wystarczyło. Aby związać koniec z początkiem końca. Jednak we wszystkim są pewne granice. Mówię o konkretnym wypadku. Ta urzędniczka ma...sto dwadzieścia trzy złote miesięcznie! Jest to tzw. ryczałt, obejmujący absolutnie wszystko, nie tylko "pensję". Za tenże ryczałt, który wedle wyraźnego paragrafu umowy może w każdej chwili być zmiejszony, urzędniczka musi opłacać czynsz za lokal pocztowy, pokrywać częściowo pobory listonosza, ubezpieczyć go w Kasie Chorych, nadto ponieść koszta opału i oświetlenia lokalu, kupować materiałkancelaryjny... Nie koniec na tym: za te pieniądze (znam dobrze całą umowę, ponieważ m.in. figuruję na niej jako taki hipotetyczny świadek...koń by się uśmiał!), otóż za te pieniądze urzędniczka musi sprawić kraty w oknach, sztaby żelazne, kłódki, musi obić blacha drzwi. Poczta wychodzi ze stanowiska, że na wsi wszystko jest tanie, dołączyła więc jeszcze jeden postulat: okienko.
Nadto co pewien czas trzeba przemalować szyld, skrzynkę. Wreszcie, i to już jest doprawdy szczyt farsy: musi sprawić chorągiew państwową!
Gdy niedawno umarł minister poczt i telegrafu, kazano "na wszystkich urzędach pocztwowych wywiesić chorągiew państwową do połowy masztu, owiniętą w krepę. Wydatek na krepę pokryć z ryczałtu kancelaryjnego..." Z tych 123 złotych miesięcznie!
Chorągiew państwowa... W pewnych patetycznych okolicznościach albo na wojnie wystarcza kawałek pkrawawionej szmaty. Kolory są te same. Zestawienie barw w naszym sztandarze jest wyjątkowo piękne. Ale nie wtedy, gdy choragiew zrobiona jest z kawałka starego prześcieradła i z wsypy do jaśka albo z kombinacji. Względnie z bibułki. Bo i tak bywa. Jeżeli nie jest pierwszorzędna, lepiej nie wystawiać jej na pośmiewisko, nie spuszczać "do połowy masztu". Znam urzędy pocztowe, mieszczące się w chałupach, na których powieszona flaga państwowa przypomina raczej kwiatek przypięty do kożucha. A teraz jeszcze, w krepę... I po cóż to wszystko? Zamiast w jakiś naprawdę godziwy sposób uczcić pamięć zmarłego ministra, robi się pośmiewisko z chorągwi!...
Opisuję jeden konkretny wypadek, ale takich urzedników i urzędniczek są tysiące, bo niedawno zmieniono wiele urzędów na tzw. agencje, których fundamentem jest wspomniana hipoteka. Hipoteka i...wyzysk. Do dawnych obowiązków przyszły jeszcze nowe, jak to wypłata pensji inwalidom, nauczycielom, sprzedaż weksli, stempli itd. itd. Agencje pełnią owa służbę idealnie. Równie jak listonosze. Przecież takich dzielnych, uczciwych chłopców, jak wspomniany Józek, jest cały legion. Malwersacje trafiają się stosunkowo rzadko. Dziwić się trzeba, że nie codziennie. W każdym razie o pracowników, zamiast popychać ich do grzechu, powinno się dbać, traktować ich po ludzku. Po opisanym napadzie pociągnięto listonosza ( w zasadzie słusznie) do śledztwa. Musiał jeździć po rozmaitych urzędach, przez ten czas służbę za niego pełnił brat. Oczywiście gratis. To nie jest fair...
Częściej niż malwersacje trafiają się napady. Na poczty same i na listonoszy, idących przez polskie bezdroża, na których i o śmierć nie trudno. Instytucja mówi, ze w czasie "chodu" (cóż za język mają te władze!) listonosz powinien dawć baczenie. Racja! Ale i władza sama powinna dawać na niego baczenie. Powinna go może ubezpieczyć od wypadku, jeżeli zaś byłoby to za trudne czy niemożliwe, powinna w razie pobicia czy poranienia listonosza pokryć tę reprezentację. Ew. za pomocą uznania, wzglednie za pomocą jakiegoś specjalnego krzyża...wysługi. Czego jak czego, ale orderów i krzyżów nie brak u nas."

Zygmunt Nowakowski "Dzwonek niedzielny" 1934
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Margarita
Gość






PostWysłany: Pon 8:49, 14 Lis 2011    Temat postu:

" Za przejazdem kolejowym przy Dworcu Gdańskim, za dzielnicą oficjalnych magistrackich baraków dla bezdomnych, na piaszczystym pustkowiu oczom wędrowca, który zabłądził tam przypadkiem, przedstawia się dziwny, niewiarygodny obraz.
Jesteśmy jeszcze w obrębie Wielkiej Warszawy. Warszawa składa się z wielu dzielnic i kolonii, starych i nowych, mniej lub bardziej efektownych. To, co tu widzimy, to także "dzielnica".
Cóż to za dzielnica lilipucia, nędzna, groteskowo tragiczna w swych przyziemnych, odstraszających, fantastycznych kształtach? To dzielnica bezdomnych, którzy utracili dach nad głową i tu, na własną rękę, potworzyli sobie schroniska bardziej zwierzęce niż ludzkie. Takie przynajmniej odnosimy wrażenie patrząc ze wzgórza na koczowisko bud czarnych, zapadniętych, pokracznych i nor wyrytych w ziemi, z których dym dobywa się przez blaszane kominki. Wchodzimy między budy, aby zobaczyć ludzi, co w nich żyją. Zbliżamy się do jednej budki, z której wychyla się sympatyczna twarz gosposi i kilku córek. Witamy sie z nimi, nawiązujemy rozmowę. W czasie rozmowy zerkamy dyskretnie do wnetrza mikroskopijnej sadyby. Gospodyni właśnie warzy obiad na małej kuchence zastawionej garnkami. Dalej stoją zasłane tapczany, stolik, na ścianach obrazy...
- O, my byśmy wcale nie radzi, żeby nas do baraków mieli przenieść - mówi rozmowna jejmość. - Tutaj jestem przynajmniej u siebie: mam swoją kuchnię, dzieci trzymam przy sobie, w domu, mam ogródek, kartofle, pomidory, nikt tu nie zagląda i nie przeszkadza. A tam co? Wszystko w kupie, mężczyźni, ciągle kłótnie, hałas, bijatyki. Pijanych pełno, przekleństwa, dla dzieci zgorszenie.
- No, dobrze - mówimy niezdecydowanie - Ale co będzie zimą?
- O, proszę pana! Jużeśmy tu zimowali, nic sie nikomu nie stało. Każdy sobie opatrzył chałupinę, jak mógł, i jakoś się przezimowało.
Chodzimy w dalszym ciągu i wdajemy się w rozmowy z mieszkańcami tej dziwnej kolonii. Wszyscy zgadzają się na jedno: lepiej tu niż w magistrackich barakach. Wskazywano nam nawet lepianki takich, którzy uciekli ze zbiorowych schronisk magistrackich i "pobudowali" się tutaj. Tu, w tych warunkach tak strasznych, stojących na poziomie tak odległym od najbardziej prymitywnych wymagań współczesnych, rozpalili swe ogniska domowe ci najnędzniejsi i wygnani i postarali się nawet o piękno...Najgorsze wrażenie robią same budy. Sklecone z opołów z pobliskiego tartaku, obetkane mchem, gliną i słomą, obite papą, z blaszanymi kominkami o kształtach połamanych i dziwnych, robia z daleka juz wrażenie jakiegoś trzęsawiska porosłego potwornym sczerniałym grzybem. Ale nawet tutaj widać rękę matek-gospodyń, rękę ludzi przywiązanych do gniazda. Wnętrza maleńkie, ale schludne. Na progu wygrzewa się piesek-przyjaciel, gołębie gruchają na daszku. Przed maleńkim krzywym okienkiem...klombiki z kwiatami. Opodal grządki ziemniaków, pomidorów, fasoli.
Zagospodarowawszy się w ten sposób, nędzarze drżą przed wygonieniem ich stąd na dalszą poniewierkę. Chcą nawet, aby zażądano od nich opłaty, wyznaczono każdemu kilka łokci placu używalności i ulegalizowano stan istniejący. Wszyscy mówią, że chcieliby coś płacić, podobno nawet napisali jakąś prośbę...
Samozwańcza kolonia liczy obecnie siedemdziesiąt bud. Częściowo są to ziemianki, w wiekszości jednak lepianki, klitki, pobudowane na powierzchni. Magistrat likwiduje stopniowo te "osiedle" przenosząc mieszkańców do swoich baraków. Niedawno przeniesiono stąd 30 rodzin do "Polusa" na Pragę. Wśód mieszkańców przeważają warszawianie. Ofiary eksmisji, rozwalonych domów, kombinacji mieszkaniowych. Przybyszów z prowincji jest zaledwie około 20 rodzin. Wśród przenoszonych do baraków magistrackich znajdowali się zarówno jedni, jak i drudzy.
Jaskiniowe koczowisko musi być zlikwidowane. Tak każe rozsądek i poczucie ładu człowieka XX wieku, nie mogącego tolerować w stolicy osiedla troglodytów; bo w norach ziemnych w stolicy ludzie żyć nie mogą. Ale nasuwa się pytanie, czy wolno będzie dać im w zamian "mieszkanie" w barakach i pogorszyć jeszcze stan, w jakim się znajdują. Po złej linii widocznie poszła magistracka "pomoc", skoro ludzie uciekają od niej aż do nor ziemnych..."

"Gazeta Polska" nr 253 z 14 września 1930 r.
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Margarita
Gość






PostWysłany: Wto 10:32, 15 Lis 2011    Temat postu:

W roku 1933 ukazała się wielka księga pt. "W XV- lecie niepodległości". Księgę otwierał artykuł prezydenta Mościckiego, w którym czytamy między innymi:

"Odbudowa państwa postąpiła tak daleko, że każdy zaliczyć musi Polskę nie tylko do państw na stałe utrwalonych, ale również państw mocnych, dobrze rządzonych i szybko rozwijających się. W dalszą więc perspektywę losów Polski patrzeć można z pełną ufnością, że rozwój jej postępować będzie w tempie coraz szybszym, ku coraz wiekszej pomyślności i potędze".

Niezaprzeczalnym faktem i symbolem pomyślności II RP było to, że do odrodzonego państwa powróciły z emigracji nie tylko elity polityczne, ale i wybitni polscy naukowcy wszelkich specjalności, do tej pory pracujący dla obcych lub wykładający na zagranicznych uczelniach.
Co to dało Polsce?
Choćby masę praktycznych wynalazków, nie tylko technicznych i wojskowych jak, płaskodenne rzeczne łodzie motorowe (ścigacze) stworzone z komponentów, o których Niemcom nawet się nie śniło, czy przeciwpancerne karabiny dla piechoty "Mors", samoloty "Łoś".
Zaś książki do nauki dla szkół elementarnych pisali światowej sławy specjaliści w swoich dziedzinach w sposób przystępny i ciekawy.
Mógł więc prezydent, znakomity chemik, wynalazca i elektrotechnik Ignacy Mościcki wierzyć w potęgę swego państwa, mimo trudności i walki z niedociągnięciami oraz pospolitą ludzką niedbałością, którą wypunktowuję, dając tym samym do zrozumienia czytelnikowi jak niewiele potrafimy się zmieniać na lepsze.
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Margarita
Gość






PostWysłany: Pon 9:32, 19 Gru 2011    Temat postu:

"Brzask wczesnego poranka wstaje nad wielkim miastem. W porannym oparze śpiącej jeszcze stolicy przesuwają się nieliczni ludzie, którzy dziś jeszcze nie kładli się spać. Przejmujący ziąb dżdżystego świtu cieszy nadzieją spoczynku jednych, przywodzi miłe wspomnienia łóżka drugim. Nie wszyscy jednak cieszą się nadzieją lub żyją wspomnieniem miłego spoczynku. Tu właśnie w środku miasta, w zadżdżonym i mglistym szerokim korytarzu Al. Jerozolimskich spotykamy tych, którym za pościel służy twarda, mokra, ławka, a zamiast kołdry, otula ch mgła i wilgoć brzydkiego poranka.
W nocy zamykają się gościnne podwoje Dworca Głównego i wypędzają na ulicę wszystkich fałszywych pasażerów, którzy nigdzie nie jadą, a w budynku dworcowym szukają schronienia, ciepła i dachu nad głową.
Znają ich dobrze posługacze stacyjni i policjanci, toteż bezlitośnie wypedzają na dwór. Tu również dbali o wygląd miasta i instrukcję służbową strażnicy bezpieczeństwa pzepędzają bezdomną rzeszę. Nad ranem słabnie czujność władzy, toteż z mroków wypłynęły zmięte figury i cichaczem, powoli rozkładają się na ławkach. Potworzyły się tedy dziwaczne grupy ławkowe, gdzieniegdzie znów pojedyńcze postacie, skulone i bezkształtne, niby larwy przedranne ukazują się oczom przechodnia.
Na jednej ławce śpi cała rodzina: ojciec i matka siedzą pochyleni i senni, przytuleni do siebie, dziecko śpi, przyczepione do plecow matki, jak dziecko zwierzątka, zwanego babakota. Obok - dobytek bezdomnej rodziny, spowity w zielonym węzełku.
Na innej ławce spoczywa mężczyzna. Leży skulony, zawiniety w nieprzemakalny płaszcz. nasunął go sobie na głowę, którą ukrył głęboko w kołnierzu i wygląda jak potworny kształt bezgłowego trupa... Tam dalej widnieje rozrzucone koczowisko wśród milczących i ślepych kamienic wielkiego miasta.
Śpią, dopóki nie zbudzi ich policjant i nie zmusi do dalszej, jakże beznadziejnej wędrówki.
Nie chcemy budzić przed czasem śpiących. Lepiej że zapomnieli o swym istnieniu. Usłyszelibyśmy może z ust każdego z nich historię dziwną, tragiczną, niezwykłą i powszednią jednocześnie, którą nie często zdarza nam się czytać w książkach, a która zawiodła na mokrą ławkę w bezlitosny ziąb poranka."

"Gazeta Polska" nr 237 z 29 sierpnia 1930 r.
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Margarita
Gość






PostWysłany: Wto 9:13, 17 Sty 2012    Temat postu:

"Ukazało się sprawozdanie z działalności opieki społecznej i szpitalnictwa za rok budżetowy 1929/30. Sprawozdanie to w części dotyczącej szpitalnictwa miejskiego obrazuje, jak w nieprawdopodobnym wprost zaniedbaniu znajduje sie ta gałąź pracy samorządu stolicy. Mówią o tym najlepiej cyfry.
Przede wszystkim brak miejsc w szpitalach miejskich. W roku 1929/30 do wszystkich szpitali w Warszawie przyjęto ogółem 67 563 chorych. Wobec tego że z ub. roku pozostały 4 672 osoby, pzrez szpitale przeszło 71 070 chorych. Odmówiono przyjęcia 17 410 osobom, z czego w 14 142 wypadkach (81,23 %) z powodu braku miejsc.
Nie dość na tym: ci którzy mieli szczęście dostać się do szpitali, musieli przebywać tam w warunkach strasznych. Każde etatowe łóżko w szpitalach zajęte było przez 374,4 dni, tj. więcej niż dni w roku (!), z czego wynika, że łóżka używane były ponad etat. Przeszło połowa szpitali pracowała w tych warunkach, a niektóre z nich osiągały wręcz rekordowe liczby. I tak w szpitalu Jana Bozego na 1 łózko przypada 471,5 dni, a w szpitalu Wolskim - 464,7. Najmniejsze przepełnienie panowało w szpitalu Św. Stanisława - 250,8 dni na 1 łóżko."

"Gazeta Polska" nr 300 31 październik 1930 r.

"Idziemy nocą przez ruchliwą ulicę śródmieścia. Wśród specyficznego tłumu "nocnej" publiczności przewija się jakaś maleńka figurka. Postać drobna, zawinięta w chustkę, w czapeczce nasuniętej na oczy, w kształcie ruchliwego kłębka na cieniutkich nożynach plącze się u naszych stóp.
- Niech pan kupi zapałki! Zapałki, zapałki po 5 groszy! - powtarza głosik drżący i zapłakany. Idziemy dalej. Boczna, podejrzana uliczka. W świetle ponurej latarni stoi podkasana postać dziewczyny sprzedajnej. Na wpół rozwinięte kształty 12-13 letniego dziecka. Kupczy ciałem. Rozmawia z chłopcem jeszcze mniejszym od siebie. Mają jakieś wspólne interesy i rozmawiają zachrypłymi głosami dorosłych włóczęgów o sprawach neznanych i tajemniczych - sprawach zawodowych.
Policjant prowadzi chłopczyka w czapce uczniowskiej, ubranego schludnie, przyzwoicie, o wyglądzie inteligentnym. Co zrobił ten chłopiec?
A do czego dojdą ci, których spotykam co dzień? Codziennie, przechodząc w różnych porach dnia ulicą w okolicach Starego Miasta, widzę grupę wyrostków, stojących bezczynie z rękami w kieszeniach. Spotkać ich tam można od rana do wieczora. Cały dzień nie robią nic, tylko stoją albo siedzą na schodkach sklepiku i rozmawiają. Wszystko wokół żyje, pracuje, bawi się, oni nie są niczym zajęci. Gdzie podziała sie ich energia młodości? Jakie znajdzie ujście? Czy długo jeszcze potrafią żyć w tym stanie? Odpowiedź padnie czasami w postaci wzmianki dziennikarskiej o śmierci samobójczej kilkunastoletniego chłopca. Powód - brak pracy i niechęć do życia. Czasami inaczej: aresztowano wyrostka za kradzież, zgwałcenie lub inne przestępstwo. Ten miał chęć do życia, ale nie wiedział gdzie ją skierować.
Pzred sądem stają codziennie dziesiątki dzieci, chłopców, dziewcząt, oskarżonych o różne przestepstwa, od morderstwa aż do drobnych, dziecinnych przewinień. Stają ci, którzy zostali zbrodniarzami, zanim stali się ludźmi, których promienny okres dzieciństwa skalany został błotem przestępstwa, i inni, którzy nie przestali być dziećmi - tych nieopatrzny, nieświadomy wybryk dziecięcy zetknął z majestatycznym, surowym obliczem czujnej sprawiedliwości. Widzimy nieraz nędzę ich życia na wolności. Zdarza się tam dojrzeć czasami zbrodnię środowiska podziemi, w których rodzą się i wychowują liczne rzesze maluczkich."

"Gazeta Polska" nr 307 z 8 listopada 1930 r.

"Każdy dostanie to, o czym marzył. O czym marzył od długich miesięcy. Znam chłopców, którzy marzyli już od jesieni o nartach. O samych tylko nartach. Nie przychodziło tym chłopcom na myśl, że prócz nart dostaną jeszcze całą wyprawę sportowo-narciarską.
Tymczasem - stało się: dostali nie tylko narty, lecz grube buty, szale norweskie, okrętki, granatowe spodnie - czy można wszystkie szczegóły wyliczyć?!
Zanm innych chłopców, którzy marzyli o maszynie parowej. I teraz dostają taką maszynę parową. Maszynę, która nie tylko idzie, ale i świszcze, kopci, szumi, może wybuchać - słowem coś niezwykłego!
A owe niegrzeczne, czyli biedne, czyli te, którym jest źle?
Te mają nic nie dostać?!
Dla nich ma nie być nie tylko nart, nie tylko maszyn parowych, ale w ogóle nic? Całkiem nic?!
W domu nikt im nic nie da, bo bo ten dom jest biedny. Właściwie mówiąc - miotany jest niedolą. Dom miotany niedolą - takie powiedzenie brzmi fałszywie, a jednak jest prawdziwie!
Rodzice tych małych, chłopców lub dziewczynek, to bezrobotni albo tacy, którzy ledwie wiążą koniec z końcem i ledwie wystarcza im na wyżywienie!
Czy mogą tacy ludzie urządzać gwiazdki? Skąd? Za co? Ileż jest takich dzieci, dla których mogłoby nie być gwiazdki w Warszawie?
jest ich w Warszawie kilkadziesiąt tysięcy!"

"Gazeta Polska" nr 345 17 grudnia 1930 r.

"O koszuli nie myślało się w ogóle nigdy. Koszula, majtki, pończochy, to wszystko brało się jak gdyby samo z siebie.
A tu tymczasem dzieje się taka historia, że na osiemdziesiąt tysięcy dzieci, które chodzą do szkół powszechnych stolicy Polski, dwadzieścia tysięcy nie ma w co się ubrać. Dochodzi do tego, że ta młodzież nie może iść do szkoły, bo nie ma w czym.
Co to znaczy - nie ma w czym?
Musimy to przemyśleć. To znaczy, że mogą tylko na chwilę, na krótko wylecieć na podwórze. Pobiegać tam i co prędzej hyc! do domu, gdyż inaczej zmarzną.
W dalszą drogę nigdzie iść nie mogą. Bo przemokną i zmarzną, i zaziębią się, rozchorują i - to się może stać, i to się dzieje niestety bardzo często: - Rozchorują się i umrą.
Czyż nie zdarza się wam widzieć w zimie - tak często niestety - jak idzie pogrzeb dziecka jakiegoś? Że dziecka, poznać po niewielkiej trumience. Za trumną śpieszą rodzice w szarej biednej odziezy i paru kumów, i nikt więcej. Wierzcie mi, a jeżeli mi nie wierzycie, zapytajcie doktorów!
Doktorzy poświadczą wam, że bardzo wiele z tych dzieci umiera na przeziębienia.
Powracam więc do mych cyfr. Dwadzieścia tysięcy dzieci, które nie mają na zimę i w ogóle odzieży nie mają.
Nie chciałem temu wierzyć, bo mi się to wydawało przesadzonym i zbyt smutnym. Poszedłem na ulicę Hipoteczną, gdzie mieści się Komisja Opiek Szkolnych, i tam powiedzieli mi dokładnie, bo tam wiedzą, wypytują przez szkoły, każą nadsyłać spisy, i badają te rzeczy.
Na ulicy Hipotecznej potwierdzili mi wszystko o dwudziestu tysiącach. Oprócz tego tam właśnie powiedzieli mi urzędnicy - co robią, aby temu brakowi odzieży zaradzić.
Radzą, jak mogą. Zbierają, proszą, wyciągają skąd mogą, ale tego wszystkiego nie starczy. Dziś tak stoją te sprawy, że jeżeli uda się zbiórka (ale to się musi udać? - a może się nie udać!...) to będą mieli:
Pół palta - na sto dzieci (jedno - na dwieście).
Jedno ubranie - na sto dzieci.
jedną parę butów - na sto dzieci.
Półtora swetra - na sto dzieci.
Dwie pary pończoch - na sto dzieci.
No, więc to jest przecież okropne, bo tego wszystkiego jest sto razy za mało, a i to jeszcze nie wiadomo, czy się zbierze."

"Gazeta Polska" nr 346 18 grudnia 1930 r.

"Trzeba być w sądach, trzeba dotykać bezpośrednio spraw eksmisyjnych aby zrozumieć, ze w danym momencie eksmisje stały się żywiołową już i powszechną klęską. Tej ilości zaległości komornianych, jaka powstała w dzielnicach zaludnionych przez ludność ubogą - nie może wytrzymać własność nieruchoma. Tej ilości pustych lokali, jaka by powstała, gdyby eksmisje stosować rygorystycznie, nie można by zapełnić inaczej, jak osiedlając w nich na nowo nędzarzy z baraków....
Zarząd Miejski dostrzegł, że z masowymi eksmisjami dzieje się coś niesamowitego, co nie wytrzymuje nie tylko kalkulacji pieniężnej, lecz i - moralnej. Trzeba stwarzać wciąż nowe baraki dla bezdomnych, łożyć na ich urządzanie i utrzymanie, nie zapobiegając, z jednej strony, katastrofie eksmisji, a jest to dla nędzarza zawsze katastrofa, z drugiej - nie przynosząc żadnej korzyści właścicielowi domu, który musi zrezygnować z zaległości komornego, której od nędzarza nie ściągnie i - na miejsce jednego, wkwaterować drugiego, nowego nędzarza."

"Kurier Poranny" nr 261 z 21 lipca 1933

"Aparat biurokratyczny Polski jest ciężki, a jednolita organizacja i jednolita linia polityczna nie przeniknęła jeszcze i nie zharmonizowała dostatecznie wszystkich resortów. Syntetyzując wszystkie zarzuty, można by z dużą słusznością powiedzieć, że administracja nie jest jeszcze dostatecznie przeniknięta myślą, że celem jej istnienia jest służba państwu, jest otwarcie dróg pracy, zarobku, wzrostu i dobrobytu dla najszerszych warstw społecznych, a wreszcie zabezpieczenie spokoju i szybkiego wymiaru sprawiedliwości, nie zaś wytwarzanie kasty rządzącej, uważającej społeczeństwo za obiekt swej władzy."

"Gazeta Polska" nr 244 z 5 września 1930 r.
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Margarita
Gość






PostWysłany: Wto 20:21, 07 Lut 2012    Temat postu:

"Wracałem w pogodny wieczór majowy ze starostą powiatu ciechanowskiego z objazdu gmin wiejskich. Pół dnia jeździliśmy po wyboistych, usłanych kamieniami drogach bocznych, tak że gdy wreszcie koło Gruduska wydostaliśmy się na szosę - samochod zaczął "nawalać", a światło elektryczne to gasło, to znów świeciło przy wstrząsach wozu. Wreszcie, gdy szosa na zakręcie poszła stromo pod górę, światła samochodu nagle zgasły i motor przestał działać. Trzeba było naprawiać przerwane gdzies połączenia elektryczne, co wymagało najmniej pół godziny czasu. Podczas gdy szofer, świecąc latarką ręczną, badał tajniki motoru, wysiedliśmy ze starostą na szosę i teraz dopiero w ciemności i ciszy spostrzegliśmy jak piękny jest weczór. Tuż obok szosy czerniły się drzewa i krzewy dużego ogrodu, pachniały bzy, "darły się" słowiki i księżyc wyłaził zza budynku, stojącego na skarpie, który przy bliższym obejrzeniu okazał się sławojką. Postanowiliśmy przy słabym zresztą poparciu ze strony starosty, zwiedzić ten "techniczny" budynek, błyszczący w świetle księżyca bielą swych swieżo postawionych ścian.
Wąskim przejściem, po mostku, doszliśmy pod zwisającymi gałęziami drzew owocowych do dużej bielonej chaty, przy piekielnym ujadaniu, na szczęście przywiązanego jeszcze, kundla. Przez jasno oświetlone okno chaty widać było piszące przy stole dzieci. W smudze światła otwartych nagle drzwi stanął wysoki, tęgi mężczyzna, wołający głośno:
- A kto tam chodzi?
Starosta podszedł do gospodarza i po paru chwilach przyciszonej rozmowy doszło do mnie:
- Aze samy Warszawy jechoł oglądać mój wychodek?!
Po czym zaszemrał znów polubowny szept starosty.
Po dłuższych pertrakatacjach gospodarz wszedł do chaty, skąd wrócił wkrótce z lampką kuchenną i, przywitawszy się ze mną, poprowadził nas ścieżką do sławojki. Przed drzwiami oddał do trzymania lampę staroście, a sam wyjął z kieszeni marynarki dłuto i młotek i począł podważać zabite gwoździem drzwi. Gdyśmy wyrazili nasz zdziwienie z tego powodu, gospodarz, otwierając wejście, powiedział spokojnie:
- Dzieckom we szkole przewrócili we łbie i nie chcą już chodzić za stodołę, ino s... we wychodku. A tu musi być czysto dla komisyi. Takiem zabił gwoździem i mom spokój.
Weszliśmy do środka, gospodarz oświetlił wnetrze, trzymając wysoko lampkę nad głową. Było czysto i zacisznie. Na ścianie na gwoździu wisiały nawet pocięte kartki papieru z jakiejś gazety. Gospodarz wskazął ręką do góry i powiedział:
- Kryte papą! - z taką dumą w głosie, z jaką przewodnik zwraca zwiedzającym uwagę na ostrołuki sali gotyckiej.
Potem, na pół żartem, na pół serio spytał mnie:
- Czy aby pan potrzebuje?
Podziękowałem za zaproszenie i wyszliśmy w ciemną noc. Gospodarz oddał znów lampkę staroście i wyjął z kieszeni gwóźdź, by zabić nim drzwi sławojki. Na protest starosty powstrzymał swój zapał, mrucząc:
- Zaro bachory na..ją do środka!
Gdyśmy wracali do szosy, zabłysły nagle światła zreperowanego samochodu, niszcząc urok wieczoru. Umilkły spłoszone słowiki, zmatowiało świało księżyca, odór benzyny puszczonego motoru zagłuszył upojny zapach bzów. Rozstaliśmy się dość sucho, przy jawnie okazywanej obojętności gospodarza dla podniesionych przez mnie zalet jego sławojki. Nie dogadaliśmy się! Był przeciw nowym zarządzeniom i kwita.
Gdy szofer zebrał narzędzia i siadaliśmy do samochodu, ujrzeliśmy na skarpie światło lampki i przez szum puszczonego motoru doszły nas uderzenia młotka, zabijającego znów gwoździem drzwi zławojki."

Felicjan Sławoj-Składkowski: "Kwiatuszki administracyjne i inne". 1959 s. 39-41.
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
lutnia
Bywalec



Dołączył: 24 Mar 2011
Posty: 2703
Przeczytał: 0 tematów


PostWysłany: Wto 21:57, 07 Lut 2012    Temat postu: Margarita

Dobre! Laughing Laughing Laughing
W centrum Lwowa były jeszcze nie tak dawno czynne były tylko te "przybytki" wybudowane do "przedwojnia". Wraz z renowacją znikają jeden za drugim, zamyka ichni sanepid. Tubylcy sądzą że jest to próba wymuszenia większego bakszyszu od cieciów.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Margarita
Gość






PostWysłany: Czw 10:24, 09 Lut 2012    Temat postu:

"Przybyłem do kościoła garnizonowego na pogrzeb generała Daniela Konarzewskiego. Przed kościołem za rozwinietym batalionem piechoty ze sztandarem czerwieniły się otoki czapek szwoleżerów siedzących na skarognaidych koniach, a dalej drzemały na lawetach wyrównane działa dywizjonu konnej artylerii. generał Wieniawa, z szeroką wstęgą z czarnej krepy przez ramię, paradował konno przed szeregami jako dowódca konduktu. Wszedłem w towarzystwie naczelnika Stawickiego do kościoła, gdzie ksiądz biskup polowy Gawlina odprawiał już nabożeństwo żałobne w asyście proboszcza michalskiego.
Gdy koledzy wynosili trumnę i znalazłem się już na placu przed kościołem, tłum ludzi rzucił się w kierunku przeznaczonej pod zwłoki lawety, zostałem popchnięty i poczułem jakieś nie skoordynowane dotkniecia na plecach. Należałem jednak wtedy jeszcze do ludzi dufnych w swą bystrość i spostrzegawczość, poza tym byłem w płaszczu, nie pomyślałem więc nawet przez chwilę o złodziejach kieszonkowych. szedłem z konduktem do placu Teatralnego, po czym, z braku czasu, musiałem wracać do roboty w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych. Gdy siadałem przy biurku, nagle poczułem się jakoś lekko, dotykam prawego... bynajmniej nie policzka - nie ma portfela i kieszeń tylna odpieta! Szukam pod fotelem i biurkiem - nie ma.
Naczelnik Stawicki, któremu się skarżę, patrzy na mnie z wyrzutem starszego brata, jakby chciał powiedzieć: "Znowu coś sknociłeś!" Wywracamy wspólnie wszystkie kieszenie munduru i płaszcza, jakbym wchodził do kopalni węgla albo fabryki amunicji.
"Okradli nie w kościele, bo stałem tuż obok, tylko w tym tłoku, przed kościołem, gdy pan generał nagle skręcił w bok i odszedł ode mnie" - informuje z wyrzutem naczelnik.
Jestem więc okradziony! Ładny kawał - minister spraw wewnetrznych okradziony na oczach komisarza rządu oraz policji mundurowej i tajnej w sercu Warszawy! Robi się zamieszanie i normalna praca ministerstwa ulega gwałtownemu zakłóceniu. Ja z przełożonego staję się nagle poszkodowanym! Zjawiają się naczelnicy wydziałów bezpieczeństwa ministerstwa i komisariatu rządu i szczegółowo, rzeczowo, fachowo przepytują mnie, patrząc na mnie jakby z wyrzutem, że narobiłem im takiego wstydu. Portfelu mi żal, bo były tam fotografie i legitymacje. Pieniędzy dużo nie było, ale też szkoda. No i wstyd oczywisty, jasny i prosty jak świeca. Jak taki minister innym ma zapewnić bezpieczeństwo, gdy sam ustrzec się od złodziei nie potrafi?!
Smutna wiadomość szybko przecieka do wszystkowiedzącej prasy. Dziennikarze zjawiają się u naczelnika Stawickiego i w wydziale bezpieczeństwa, gdzie staje się do dziś dnia nie zrozumiały dla mnie cud. Mimo wystarczającej różnicy nastawień politycznych decydują oni w porozumieniu z mymi urzędnikami, że opozycja opozycją, krytyka, krytyką, ale takiego wstydu ministrowi polskiemu robić nie mogą i postanawiają (oby żyli wiecznie!) o niczym nie pisać. I naprawdę nie piszą. Co za wspaniała okazja i to poniechana dobrowolnie!

"Do katańskie, do malinowe! Prawdziwe paryskie szelki elastyczne! Tyle pieniędzy, kupcowa, za takie małe jajka?! Mój stary ma większe! Trzy pary za jedne złotówke! Pirzocz, panie szanowny! Cyrkowiec nie gołąb; Jak koziołki machać zacznie wszystkie gołębie polecą za nim! W gołębnikach sąsiadów tylko g..a zostaną! Kpisz pan do cholery jasnej, panie szanowny?! Do koloru, do wyboru! Co pan uważa? Ostatnie trzy sztuki za bezcen! Niżej kosztu, żebym tak zdrowa była!..."

Co to, czy Sławoj do reszty zwariował, czy może panu zecerowi (tak zręcznie zwykle), czcionki się rozsypały po powrocie z "pub'u"?! Nie, to gwałtowne, namietne, wielogłośne, różnopłciowe, ochrypłe okrzyki, od świtu do nocy bijące w niebo i mury sąsiednich cmentarzy z najruchliwszego i najgłośniejszego na świecie i w Warszawie placu Kercelego, powszechnie zwanego Kercelakiem.
Marche aux puces paryskie i Portobello londyńskie to marny szczeniak i dęta imitacja razem wzięte przy jednym, jedynym Kercelaku! W ścisku, zgiełku i zamieszaniu Kercelaka można sprzedać i kupić wszystko, i własne, i kradzione. Tu obok kupcow i kupujących chodzą tłumy gapiów, andrusów i ukrywających się przed policją rzezimieszków i nożowników. Na placu w tłumie nie są oni ścigani, bo groziłoby to krwawymi rozruchami w tym wielkim zbiorowisku ludzkim, podszytym obficie elementem przestępczym. A jakaż rozsądna, doświadczona administracja chce mieć krwawe rozruchy? Toteż, w razie potrzeby, aresztuje się przestępców pojedyńczo, gdy wieczorem schodzą z placu do swych melin lub do pobliskiego nocnego przytułku Brata Alberta. Policjanci mundurowi na Kercelaku dla bezpieczeństwa chodzą po dwóch, chociaż na placu samym nie są atakowani, własnie na podstawie cichej i nie pisanej wzajemności. Zresztą spokoj, porządek i bezpieczeństwo straganów i kupców Kercelaka spoczywa na dyskretnych "chłopcach" Taty Tasiemki. W rewolucyjnym 1905 roku spisał się Tata niezgorzej w walce o wolność ludu, ale potem "podupadł" i, po odsiedzeniu już "za Polski" kilku lat więzienia za kradzieże i bójki, ustatkował się i podobno żyje ze skromnych "darów" przekupniów z Kercelaka, otaczając ich za to opieką przed atakami różnych hultajów i rzezimieszków. W wybitnie feudalnym ustroju świata przestępczego Warszawy Tata Tasiemka zajmuje czołowe miejsce z kawterą główną na Kercelaku. Chociaż ma już koło pięćdziesiątki, siwiznę i nos spirytusowy, umie jeszcze jednym uderzeniem dłonią "na kant" w szczękę - powalić człowieka na ziemię. Ostatnio podobne sprawy załatwiają za niego 'chłopcy", których kilku stale dyskretnie dyżuruje na Kercelaku dla utrzymania "ładu i porządku"!
Gdy energiczne śledztwo w sprawie mego skradzionego portfelu nie posunęło się w ciągu długich, kompromitujących dni ani trochę naprzód, wezwany został do referatu śledczego komisariatu rządu, jako ostatni ratunek, sam Tata Tasiemka. Wygłosił tam, w miarę toczącej się rozmowy, następujące w przybliżeniu słowa:

"Sługa pana komisarza - Ależ nic nie szkodzi, dla naszej polskiej władzy zawsze mam czas. - Słyszałem, słyszałem, takie nieszczęście, kto nie słyszał, cała Warszawa aż się trzęsie. Polskiego ministra portfela pozbawiać i to przed kościołem. To potośmy żandarmów carskich strzelali, żeby teraz jakiś łobuz, frajer głupi, władzę rabował w naszej stolicy? - Upewniam pana komisarza, że to nikt z naszych fachowców. Któż by był taki głupi, żeby dla marnych pieniędzy wszystkim się narazić? Wiem, że panu bardzo przykro, ale czy mnie też przyjemnie tu do pana komisarza być zaproszonym?! Jeszcze kapusia z człowieka zrobią i uczciwego obywatela szpiclem ogłoszą. - Pan komisarz mówi, że głównie o portfel z fofografiami i legitymacjami chodzi, a pieniądze nieduże mogą zostać u znalazcy. No dobrze, to już łatwiej będzie takiemu durniowi wytłumaczyć, żeby zwrócił. - Dobrze, będę się starał dla dobra i naszego, i władzy. - Spróbuję przemówić do rozumu, chociaż to na pewno nie warszawiak, tylko jakiś frajer z prowincji, który nie wiedział, kogo krzywdzi i co go za to czeka w razie wpadunku; to wariat chyba! - Nic mi się, panie komisarzu, nie należy za fatygę i kosztów żadnych nie miałem i mieć nie będę. Zawsze gotów jestem bezinteresownie pomóc władzy, a jeszcze w takiej sprawie! Mój Boże, toż to pierwszy raz taką rzecz przeżywamy i jeszcze akurat u mistra od policji. - Jeden waruneczek, panie komisarzu. proszę ze mnie cynk zdjąć. Muszę poruszać się swobodnie, jeżeli portfel mam znaleźć. A tu od tego nieszczęścia kapusie człowiekowi nawet wys..ć się spokojnie nie dają. - Tak, rozumiem, panie komisarzu, pilne, postaram się jak najprędzej. - Uszanowanie moje panu komisarzowi, już idę robić, co można."

Następnego dnia listonosz przyniósł do ministerstwa wyjęty z puszki pocztowej portfel z fotografiami i legitymacjami, ale na miejscu pieniędzy była tylko zmięta kartka papieru, na której twardym ołówkiem stało naskrobane dużymi literami:

"PANIE MINISZCZE TSZA LEPI PILNOWAĆ ZŁODZIEJÓW"

Kartkę, po zaparafowaniu, przekazałem do wykonania naczelnikowi wydziału bezpieczeństwa, jako tam "przynależną"


Felicjan Sławoj Składkowski "Kwiatuszki administracyjne i inne" 1959 s. 46-51



"Gazeta Polska" nr 351 z dnia 23 grudnia 1930 roku donosiła:

"Onegdaj w czasie wyjazdu P. Prezydenta do Spały, gdy warta przyboczna zajęta była przenoszeniem rzeczy z samochodu do pociągu, stwierdzono, że zginęły dwie walizki. O tajemniczym zaginięciu zawiadomiono komisariat policji'.
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Margarita
Gość






PostWysłany: Pon 6:08, 16 Kwi 2012    Temat postu:

[link widoczny dla zalogowanych]

Na tej stronie znajduje się kilkunastominutowy kolorowy niemy film z komentarzem po angielsku o Warszawie z roku 1939 znaleziony na anglojęzycznej stronie - gorąco polecam.
Powrót do góry
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum www.gargangruelandia.fora.pl Strona Główna -> Archiwum tutejsze Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach

fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group
Regulamin