Forum www.gargangruelandia.fora.pl Strona Główna www.gargangruelandia.fora.pl
Strefa wolna od trolli
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Świdrujące piwne oczy
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9, 10  Następny
 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum www.gargangruelandia.fora.pl Strona Główna -> Archiwum tutejsze / Archiwum Półcienia
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Margarita
Gość






PostWysłany: Pią 12:11, 01 Lut 2013    Temat postu:

Bywając bardziej tam, jak tutaj pisuję notki. No, może nie aż tak "pikne" jakby tego oczekiwał salon bawiący się w w "swój do swego", ale czasem trzeba się wykazać jakimś zdaniem, jakimś słowem postawionym w szyku na sztorc, co czynię.
Na salonie modnym ostatnio jest, a właściwie modną jest niejaka Grodzka, zwana dalej strasznym "babochłopem" z Otwocka.
Ten o to wytwór ludzkiej wyobraźni został przez szefa Ruchu P. Palikota namaszczony w świetle kamer na wicemarszałka Sejmu.
Poprzednia wicemarszałek, pani o urodzie kobiety, lecz nie o kobiecych poglądach zostanie więc ze stanowiska przez swoją partię natychmiast usunięta, wręcz wyskrobana, na rzecz europejskości neoliberalnej zawartej w brukselskiej prawdzie, że homofobii i ksenofobii na tle seksualnym mówimy gromkie NIE! A zastępujemy ją transwestyckim umiłowaniem odmienności człowieczej.
I właściwie tutaj skończyłby się renesans a zaczęły schody.
Otóż Krzysztof Będkowski (zlośliwie) jawiący się obecnie panią o nazwisku Grodzka, dawniej żonaty, ale dzieciaty w osobie syna, przez długie lata pozostawał również wysoko postawionym dygnitarzem partyjnym w PZPR. Świadczy o tym jego paszport konsularny, którym się za PRL-u posługiwał, i który upoważniał do wielokrotnego przekraczania granicy z czego chetnie korzystał. Zaczynają więc krążyć podejrzenia, że tego peerelowskiego kacyka z Otwocka do operacji zmiany płci w Tajlandii nakłoniła nie chęć bycia na stare lata babą, ale zmusiły go do tego zwykle kryminogenne okoliczności. Podobno w grę wchodziły jakieś sprawy naroktykowe. Piszę podobno, bo jak narazie oficjalnie media milczą w tej sprawie uwypuklając jedynie awanturę z prof. Pawłowicz w roli głównej oraz głosowaniem w Sejmie nad ustawą o związkach partnerskich, które to miały przykryć wredną robotę rządu jaką było pozbycie się kolejnych akcji PKO BP i kombinowania w "Lotosie". Z samej sprzedaży części akcji PKO rząd uzyska 5 mld złotych do łatania coraz to nowych dziur w budżecie Rostowskiego, co stracimy w "Lotosie" czas pokaże.

Sprawa Grodzkiej/Bedkowskiego i jej wystawienie na wicemarszałka Sejmu miała za zadanie odwrócić po staremu uwagę. Dobry to i sprawdzony sposób ekipy rządzącej w rządzeniu. Ale żeby nie było tak słodko, to informuję że do Sejmu wróci niebawem kontratak "kochających inaczej". Dał ku temu już powód sam premier w swoim wystapieniu sejmowym, oraz gdy podniósł rękę na "za" ustawą. Ostatnio poparł go w jego planach "wierzący i przyjmujący komunię" prezydent III RP twierdzący głosem mentorskim, głosem kaznodzieji, że trzeba jednak dla dobra przyszłości zalegalizować ustawę o związkach partnerskich. Do głosu doszła także Pitera, która w TVP INFO ni mniej ni więcej jawnie poparła swoich mocodawców politycznych w ich zamierzeniach. A nad tym wszystkim pochyla się radośnie plastikowy fallus Palikota z Biłgoraja oraz wiszą uśmiechnięte sztuczne piersi Grodzkiej z Otwocka.


Ostatnio zmieniony przez Margarita dnia Pią 16:10, 01 Lut 2013, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Margarita
Gość






PostWysłany: Pią 12:48, 01 Lut 2013    Temat postu:

Do Saloniczan

"Witaj motłochu! Siądźmy pospołu:
Niech ducha ziści sie krawawa gehenna;
Lecz wiedz, że każdy okruch twego stołu,
To jako perła przeczysta, bezcenna,
Którą my, w męki ofiarnej godzinie,
Wbrew słowom Pisma rzucamy przed świnie."



Aby zrozumieć postępującą w narodzie polskim deformację i degrengoladę jego poglądów i zachowań (mimo wzrostu prasy prawicowej) należaloby siegnąć do dalekiej przeszłości, do drugiej połowy wieku XIX będącej niejako wyznacznikiem czasów dzisiejszych. Zacząć trzeba od tego, że po upadku Powstania Styczniowego wprawdzie rozpoczęły się na terenie Królestwa w tym Litwy sławetne rządy Murawiewa, ale też i narastała samoobrona Polaków przed dziełem ich wyniszczenia. Pomimo kar wzrastała więc kultura czytelnicza a młodzież polska wiedziona hasłem pracy "organicznej" przykuwała się do książek i laboratoriów dla chwały imienia polskiego, częstokroć wyjeżdżając jednak z kraju na uniwersytety francuskie, szwajcarskie i niemieckie. Ogrom zła jakie wyrządził narodowi polskiemu rosyjski zaborca przepoczwarzony po latach w bolszewickiego wspomina Stanisław Kot w swojej monumentalnej pracy "Historia Wychowania".

"Rządy Murawiewa zaznaczały się tępieniem polskości zarówno w znaczeniu materialnym przez szubienice, więzienia, wygnania i wywłaszczanie z ziemi jak i duchowym. Zamknięto prasę polską, konfiskowano nawet czcionki drukarskie, zakazano w miejscach publicznych używać języka polskiego, usunięto co do jednego nauczycieli Polaków, ze szkół zniesiono naukę religii w polskim języku, wzięto się nawet do rusyfikowania nabożeństwa katolickiego. Pozamykano gimnazja w okolicach bardziej polskich, aby nie umożliwiały szlachcie dostępu do służby urzędniczej w głębi Rosji, pozostawiając tylko dwuklasowe szkoły powiatowe. Za hojnymi dopłatami ściągnięto nauczycieli Rosjan. Młodzieży przepisano mieszkanie na stancjach wyznaczonych z urzędu, zakazano czytania polskich książek, zarzucono podręcznikami zohydzającymi przeszłość narodową, jak np. osławion podręcznik historii Iłowajskiego. Zniesiono polskie pensje żeńskie na rzecz subwencjonowanych prywatnych zakładów utrzymywanych przez Rosjanki lub usłużne Niemki, i mnożono żeńskie gimnazja rządowe jako nie mogące dawać żadnych uprawnień w służbie rządowej. Zrusyfikowano szkolnictwo żydowskie, narzucając Żydom język i kulturę rosyjską. W reszcie w roku 1892 nałożono surowe kary na wszelkie próby prywatnego nauczania, do którego uciekała się ludność polska przed wynarodawiającą szkołą. Litwa przybrała zewnętrznie koloryt rosyjski, choć wewnątrz żywioł polski trzymał sie uporczywie swej narodowości i tradycji; Brak wyższej szkoły polskiej zmuszal młodzież do studiów na uniwersytetach i politechnikach rosyjskich, po których ukończeniu szukała posad w głębi Rosji, w znacznej mierze przepadając dla narodowego życia polskiego.

W Królestwie Polskim ustawy z 1872 roku ukoronowały dzieło rusyfikacji. Do szkoły elementarnej wprowadziły obowiązkową naukę czytania i pisania po rosyjsku (Do tego pomysłu Rosjanie wrócili po roku 1944 anektując ponownie Polskę. dopis. Mikker), w szkolnictwie średnim zastosowały ogólną ustawę rosyjską, zatrzymując w niej przepis, naturalny dla rdzennej Rosji, ale monstrualny dla Polski, mocą którego do klasy przygotowawczej wolno przyjmować jedynie umiejących czytać i pisać po rosyjsku. Polityka szkolna kuratora Apuchtina (1879-1897), celowała w odwracaniu w szykanę każdego przepisu, który Polacy mieli prawo przywoływać na swoją korzyść; tak więc gdy dopuszczano skąpą ilość godzin nauki języka polskiego, pozwolił na nią pod warunkiem prowadzenia jej po...rosyjsku, czyli użył jej na rozrost lekcji rosyjskiego. W szkole ludowej zniósł bezprawnie naukę religii w języku ojczystym i odsunął od niej duchowieństwo, pozwalając natomiast ewangelikom i prawosławnym na udzielenie religii katolickiej dzieciom wiejskim, co wywołało gwałtowny spadek szkół po wsiach. Uniwersytet warszawski stał się zakładem wyłącznie rosyjskim, uczonych polskich zeń pousuwano, zakazano nawet po rosyjsku wykładać polską literaturę, katedry obsadzono miernotami, które nawet w swej ojczyźnie traktowane były z pogardą, mlodzież wtłoczono w znienawidzone mundury i poddano sądownictwu inspektora, będącego czynnikiem policyjnym, poziom naukowy uniwersytetu tak obniżono, że dla wzmocnienia procentu młodzieży prawosławnej, ściągano doń zastępy niedokształconych seminarzystów-teologów, niedopuszczanych na uniwersytety wewnątrz Rosji. Słowem zrobiono wszystko, aby z rozkwitłego za Wielopolskiego pod względem umysłowym Królestwa uczynić pustynię kulturalną i dokończyć wszczętego ongiś dzieła degradacji cywilizacyjnej Polaków."

Ponad wiek później w zmienionej, obecnie pseudo kapitalistycznej, zaanektowanej ponownie po II wojnie światowej przez Rosjan i renegatów polskich Polsce, tuż po krótkim okresie politycznej autonomii zwieńczonej zbrodniczym czynem w Smoleńsku Rosjanie przystapili do kolejnej ofensywy propagandowej mającej uzmysłowić Priwislańskiemu Krajowi, że tam gdzie doszła carska biała armia, a po niej armia czerwona, tam jest Rosja, jej dziedzictwo i nic więcej. Aby to osiągnąć posłużono się jak zawsze wiernymi Moskwie patriotycznymi agentami.

Dla osiągniecia tego celu postanowiono zintensyfikować działania propagandowe mające się wykazać tym, że zagrożenie ze strony Rosji to jedynie śmieszna "antyrosyjska obsesja" uwłaczająca godności Polaka. Szeptana propaganda prosowiecka pokazała w całości swoje prawdziwe oblicze w momencie, gdy Jarosław Kaczyński zaczął mówić publicznie prawdę o wzajemnych relacjach polsko-rosyjskich, wtedy to niejako z automatu ogłoszono w prosowieckich i proeuropejskich mediach, że nie pragnie on niczego więcej jak tylko "wojny z Rosją" sprytnie umiejscawiając go w oczach społeczeństwa jako wroga spokojno sielskiej III RP i wroga europejskiego pokoju.

Nim to się stało dyskredytowano istotne zagrożenia dla Polski, szczególnie te, które miały związek z pamięcią po PRL-u. Naciskano więc silnie tylko wtedy, gdy siły pro narodowe próbowały wskazywać w nich sowieckie zagrożenia. Zaszczepienie z początkiem lat dziewiędziesiątych zeszłego wieku polskiemu społeczeństwu fałszywych projekcji, zaoowocowało tym, że zwykły obywatel w "imię dobro sąsiedzkich stosunków", gotów był sobie zatkać uszy i odrzucić wszystko to, co mogłoby mu zapewnić bezpieczeństwo.

Wielbłądzią i krecią robotą w tym dziele wykazał się podobno przetrzymywany, bądź szkolony na "swojego człowieka" w tajnym ośrodku MSW nad rzeką Świder pod Warszawą (tam też bywał na wakacjach i słynny "Szakal") eks prezydent Lech Wałęsa, który będąc z natury wiejskim spryciarzem kompletnie nie rozumiał zostając prezydentem III RP nowoczesnego systemu bezpieczeństwa państwa co ujawniło sie tym, że chciał razem z rosyjskimi spec służbami budować w Polsce spółki joint venture.

Wraz z upływającymi latami do świadomości polskich polityków prawicy dotarła wreszcie informacja jak niebezpieczne mogą być rosyjskie interesy w Polsce. Brak wsparcia ze strony polskich służb, niejednokrotnie wplątanych i uzależnionych od sowieckich nie gwarantowała jakichkolwiek zysków a raczej straty. Przykladem niech będzie afera Orlenu, gdzie WSI zataiły istotne informacje o rosyjskich działaniach na tym polu postępując tym samym przeciwko państwu i wbrew konstytucji. W tym miejscu można wspomnieć historię plk SB Lesiaka, któremu zlecono inwigilację Jacka Kuronia. Gdy nastała era transformacji Lesiak nie przeszedł pozytywnie weryfikacji, lecz był na tyle bezczelny, że zadzwonił do Kuronia aby ten się za nim wstawił i przywrócił do pracy. Kuroń skomunikował się w tej sprawie z szefem UOP Kozłowskim i Lesiak został przyjęty, co objawiło się potem aferą związaną z inwigilacją partii prawicy przez rząd Hanny Suchockiej i fałszowaniem dokumentów (lojalka JK, którą "puszczono w miasto", aby wychwyciło ją urbanowskie "NIE").

Zachowanie służb polskich tkwiących korzeniami w GRU i NKWD nie mogło przynieść jakichkolwiek owoców, gdyż to Rosjanie uznali, że ich dziecko - WSI będzie idealnym kandydatem w obronie rosyjskich interesów i wpływów w Polsce. Z tym rosyjsko-bolszewickim dziedzictwem i błogosławieństwem polskie służby pewnie wkroczyły więc na teren nowo powstałej III RP czyniąc z niej z czasem moskiewski folwark. Jeszcze w roku 1991 dokumenty rosyjskie odnalezione w Zarządzie SG WP wskazywały na silną obopólną "współpracę" i zadowolenie z tego powodu u Rosjan. Trzeba przypomnieć, że przykłady współdziałania różnych służb z różnych państw bywają, ale opierają się przede wszystkim na wymianie informacji. W relacjach WSI-FSB takiej współpracy nie było. Wszelkie informacje płynęły jedynie do Moskwy, z Moskwy zaś przychodziły instrukcje.

Na samym początku notki przytoczyłem dość długi cytat z "Historii Wychowania" Stanisława Kota, nie bez powodu. Szkolnictwo polskie zostaje w dzisiejszych czasach w imię nowoczesności i liberalizmu naukowego, rękami "resortowych" oraz zaawansowanych filantropów moskiewskich mocno skracane. O ile w latach zgrzebnego komunizmu Gomułki i optymizmu Gierka, dbano jedynie o fałszowanie historii Polski w miejscach szczególnie godzących w towarzyszy radzieckich, tak teraz dba się jedynie o to, aby wyprodukować bezradnego inteligentnego nieuka Polaka. Nie sądzę aby wpływ na to miała Bruksela, patrząc wieki wstecz myślę sobie, że Moskwa a wraz z nią Berlin, obok innych realizacji dotyczących Polski nie zaniedbała i tej, o której napisał w swojej książce Stanisław Kot.

ps. Zlikwidowałem rzecz, która nie miała najmniejszego sensu istnieć.
Utwiredzm się w przekonaniu, ze zarówno motłoch jak i pany są tam sobie bardzo podobni. Nic ich nie ciekawi, nic nie inspiruje co warte inspiracji, tylko zawieszjaą oczy na nazwyklejszym chamstwu i zboczeniach . Za tym i dla tego będą biegli do upadłego tworząc notę za nota. Tak więc tam perełki a tutaj perły.


Ostatnio zmieniony przez Margarita dnia Pią 13:33, 01 Lut 2013, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Gargangruel
Administrator



Dołączył: 23 Mar 2011
Posty: 6439
Przeczytał: 1 temat

Skąd: ZE SREBRNEGO NOWIU

PostWysłany: Pią 13:15, 01 Lut 2013    Temat postu:

Margarita, mam prośbę. Przy takim długim tekście zawierającym sporo cytatów, zaznaczaj je może kursywą albo inaczej, ale tak, aby były widoczne.

P.S. Dzięki.


Ostatnio zmieniony przez Gargangruel dnia Pią 13:53, 01 Lut 2013, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Margarita
Gość






PostWysłany: Pią 17:03, 01 Lut 2013    Temat postu:

A niech ich jasna cholera weźmie! Poprawnie źle, na śmieszno źle, obrazoburczo źle. Teraz kapuję dlaczego niektórzy zawiesili tam działalność albo ograniczyli ją do miniumum. Jest czołówka prawicowa i lewicowa plus politycy i dziennikarze i to wystarczy.
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Margarita
Gość






PostWysłany: Nie 14:41, 03 Lut 2013    Temat postu:

Ludzie listy piszą, a niekórzy posty i komenty. W tę tradycję wpisuje się niejaka Zouza. Nie wiem jak ma na imię. Jej pojawienie się na [link widoczny dla zalogowanych] gargangruelandia kojarzone może być z Zefirem, którego pojawienie się bynajmniej nie należy postrzegać w kategoriach powiewu orzeźwiającego. Zouza lub Salome, lub jej sobowtór współcześnie znany mi na pewnym portalu jako Salomea wnosi wiele - wiele złego jak imię tamtej, sprzed 2000 tysięcy lat Zouzy. Poznałem i ja estetykę oraz perfidę owej przyszywanej siostry Heroda Wielkiego. To dobrze że "ścięto" jej głowę.

Ostatnio zmieniony przez Margarita dnia Nie 14:43, 03 Lut 2013, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Margarita
Gość






PostWysłany: Nie 14:55, 03 Lut 2013    Temat postu:

Na drzwiach lokalnego sklepiku wisiała kartka: "Awizytorom i wolontariuszom WSOP dziękujemy". Bokser Szpilka za to że publicznie, poza ringiem "znokautował" przeciwnika został ukarany przez swoich mocodawców obcięciem gaży z najbliższej walki o 10% z nakazem przeznaczenia jej na medialną orkiestrę. Informacje, że ten lub tamten nowobogacki zapłaci 10.000 złotych za lot szybowcem, pogłaszcze za nie mniejszą kwotę motor znanego żużlowca, ewentualnie za liche 2.000 "zgubi brzucha" we wspólnym treningu z siatkarzami plażowymi od dawna nikogo już nie dziwi. Przecież tak trzeba. Przecież to takie naturalne.

Chęć aby zabłysnąć po polsku ( show licytacje ubrane w zachrypnięty głos Włatcy Ćwierćmrówek mają niewiele wspólnego z pomocą) jest silniejsza od wszystkiego, co ma związek z prawdziwą moralnością. Przypominają mi się więc tutaj, nie bez powodu, dawne czasy, czasy PRL-u, kiedy to tzw. prywaciarze wręcz zabijali się za dobrymi pracownikami. Gotowi oni byli nie tylko ze sobą konkurować, ale i skrycie przepłacać pracownika byle porzucił swego obecnego bossa na rzecz drugiego, baa, przymykali nawet swe pańskie oko na alkoholowe ekscesy przysłowiowego pana Henia, byle tylko nie trafił on gdzie indziej, byle tylko była ciągłość produkcji i wymierny zysk warsztatu lub szklarni wypracowany zręcznymi rękoma najemnika.

Teraz, gdy dawni "badylarze" i prywaciarze stali się bezspornymi panami polskiej gospodarki, udzielnymi maharadżami, rozrzutnymi książętami mogą sobie wreszcie pozwolić na skrzyp słomy w jaśniepańskich lakierkach i stojąc na scenie rzucić do szkatuły orkiestrzanej mały diamencik, wart nikłe 10 lub 50.000 tysięcy złotych, bo czegóż się nie zrobi dla własnej próżności i pod tzw. TV publikę? Lepiej jest więc łatwo, bo medialnie trochę wydać, niż realnie w skrytości komuś rzeczywiście pomóc; a tymczasem Pismo Święte mówi wyraźnie: "Niech cię pali twoja jałmużna", czyli myśl komu dajesz, lub na co dajesz swój datek, bo możesz nim nieświadomie propagować zło lub przynieść szkodę.

Przypomnę, że przesięwzięcie miedialne zwane WSOP niemal połowę tego co zbierze oddaje sponsorom nie mówiąc już o kwocie zostawionej sobie, a np. taki Caritas ledwie 1% z zebranej sumy zostawia sobie na cele organizacyjne. Napisałem o przesiębiorcach i ich udziale w akcji WSOP dlaczego?

Napisałem o nich nie bez powodu, bowiem od dłuższego czasu ustami pana Jeremiego Mordasewicza szefa szefów ("Lewiatan"), że się tak się o nim wyrażę, płyną do opinii publicznej smutne komunikaty o niedoli polskich pracodawców, o strasznych kosztach jakie są zmuszeni ponosić z tytułu bycia przedsiębiorcą i zatrudniania pracowników, o sytuacji gospodarczej, która wymusza na nich, by ich pracownicy byli bardziej elastyczni...

Tymczasem są to mówiąc delikatnie kłamstwa. Ulgi przyznawane przez państwo (obojętnie jakiego koloru) polskim przedsiębiorcom są przez nich najnormalniej w świecie przeżerane dla własnych korzyści. Polski pracodawca, nie dość że generuje polskie bezrobocie, to jeszcze jest odpowiednikiem polskiego ZUS, polski biznesmen to worek bez dna, z którego nie dość że wystaje rozczapierzona łapa szukająca pomocy, to jeszcze z wora dobiega przenikliwy wrzask DAJ!!

Eksperci obawiają się, że liczba bezrobotnych w Polsce pod koniec 2013 roku może sięgnąć niebezpiecznego progu 15% pozostających bez pracy czynnych zawodowo. Tymczasem w Niemczech gospodarka wprawdzie spowolniła, ale bezrobocie jest nadal rekordowo niskie. Być może dlatego, że tamtejsi przedsiębiorcy wiedzą jaką rolę spełniają w państwie którego są obywatelami, i nie latają po show orkiestrach aby się z triumfem pokazać, a potem dać lekką ręką 100 tysięcy euro na wątpliwe przesięwzięcie, tylko po prostu są odpowiedzialnymi ludźmi, bo obok pamięci o tłuszczu na własnym brzuchu nie zapominają także o tłuszczu na brzuchach swoich pracowników. No, ale to są Niemcy a nie ustawiona na egoistyczny zysk pracodawców, zdziczała kapitalistycznie Polska, która aby było śmieszniej budzi się raz do roku wezwana przez TV daniną na rzecz WSOP.
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Margarita
Gość






PostWysłany: Nie 14:57, 03 Lut 2013    Temat postu:

Prześladowania Żydów w carskiej Rosji nie miały tak gwałtownych przebiegów i takiego zasięgu jak to się działo pod rządami Stalina (po części w związku z jego osobistą nienawiścią do Żyda Trockiego) w trakcie i po drugiej wojnie światowej.

Przypomina mi się tutaj dość nieoczekiwanie książka Katajewa "Samotny biały żagiel", której mały fragment opowiada o tym, jak jeden z jej bohaterów Pietia jest świadkiem (ogląda te wydarzenia z okna) pogromu Żydów w Odessie. Paweł Jasienica (Lech Beynar) dla odmiany wspomina w swoich pmiętnikach rosyjskie "ludowe zapasy" w carskiej Rosji polegające na tym, że na zamarzniętej rzece lub jeziorze spotykały się dla rozrywki grupy chłopów z sąsiadujących ze sobą wsi (sami mężczyźni, od dojrzałych po wyrostki) i bili się między sobą, ot tak, bez powodu na pięści lub kije. Jasienica dodaje, że bitwy te niejednokrotnie były okraszone trupami.

Zatem uwaga, że Stalin został szatanem w ludzkiej skórze musiała się brać w dużej części z ukrytych morderczych pragnień samego narodu rosyjskiego. Gdyby do tego faktu dorzucić jeszcze informację, że rewolucję bolszewicką sponsorowali Amerykanie, to można by wyczytać między wierszami, że Amerykanom chodziło nie tyle o idee, które były im przecież wrogie, co po prostu o samozagładę Sowietów, co ci ostatni jak wiemy z historii czynili ze sobą bardzo chętnie.

Amerykański historyk Yuri Slezkin pisze, że w latach tuż przed feralnym dla Polski wrześniem 1939 roku w Związku Sowieckim za zbrodnie polityczne aresztowano ledwie 1% Żydów, gdy dla odmiany za podobne czyny zamknięto aż 16% Polaków. Pogląd ten ma swoje źródło w tym, że w otoczeniu Stalina znajdowało się wielu synów Abrahama, których Generalissimus Commodus Stalin obdzielał zaszczytami w postaci nadania prawa do noszenia szlifów generalskich lub tytułu Bohatera Związku Sowieckiego. Nie należy też zapominać, że wspomniany 1 % żydowskiej mniejszości wsadzony do łagrów, lub który został stracony był tak nikły dzięki temu że niemal wszystkie wysokie stanowiska w NKWD w ZSRS piastowali Żydzi.

Gdy Niemcy wprowadzili w w roku 1941 w życie plan "Barbarossa" uniemożliwjając tym samym Stalinowi atak na Europę, ten w ciągu pierwszych dziesięciu dni chciał się bezapelacyjnie poddać i pertraktować z Hitlerem warunki kapitulacji. Do nie podjęcia takiej decyzji skłonili go jednak wysocy rangą wojskowi żydowskiego pochodzenia, dla których plan ten oznaczał po prostu niemal ich natychmiastową śmierć z rąk nazistów. W miarę jak ofensywa niemiecka słabła z powodu niedoszacowania przez Hitlera rosyjskiej zimy Stalin krzepł.

W/w sytuację na froncie wschodnim omawiał w sposób zabawny polski wierszyk z lat okupacji: "Hitlerze, Hitlerze, co pod Moskwą stoisz, czy na Włocha czekasz, czy się ruskich boisz. Hitler: Na Włocha nie czekam ruskich się nie boję d...mi przymarzła więc pod Moskwą stoję."Dodatkowo wzmacniała Stalina pewność, że świat go nie opuści, czego dowodem były pomocowe amerykańskie konwoje do Murmańska.

W marcu 1943, gdy potęga hitlerowskiej armii zaczęla się chwiać Stalin doszedł do szczwanej myśli odnośnie sowieckiej mniejszości żydowskiej i polecił NKWD stworzenie Żydowskiego Komitetu Antyfaszystowskiego, stworzonego z sowieckich elit oddanych bolszewikom. W skład komitetu weszli więc m.in. Ilja Ehrenburg, Wasilij Grosmann, Szachne Epstein, Icek Fefer i Salomon Bergman. Przewodniczącym Komitetu został były aktor, dyrektor Teatru Żydowskiego w Moskwie Salomon Michoels. Zadaniem tych ludzi za wiedzą i zgodą (także sprytnym planem) Stalina było nakłonienie rozsianych po świecie Żydów do wspomożenia walczącego z nazistami Związku Sowieckiego. Na posłańców wybrano Michoelsa i Fefera. Obaj panowie udali się w objazd obu Ameryk. W trakcie wizyt w różnych miastach i państwach zdołali oni zebrać sumy, które gwarantowały Sowietom zakup 500 czołgów, 1000 samolotów nie licząc paliwa, żywności i umundurowania dla Armii Czerwonej.

Równolegle Komitet pod wodzą Michoelsa rozpoczął prace na tzw. "Czarną Księgą", która miała pokazać światu straty jakie ponieśli Żydzi w okupowanej przez Hitlera Europie. Stalin początkowo był nastawiony pozytywnie do Żydów ze wzgledu na ich oddanie i pomoc jakiej mu udzielili podczas bolszewizacji carskiej Rosji. Do pomysłu by na Bliskim Wschodzie powstało państwo Izrael odnosił się także ze zrozumieniem (zakładając tam własne zyski), ale zmienił zdanie gdy tylko dostrzegł, że na państwo które ma powstać i w efekcie powstało nie ma on najmniejszego wpływu.

Mało tego, dość szybko pojął także, że znacznie większy wpływ na Moskwę będą mieli Żydzi sowieccy do spółki z izraelskimi, niż ZSRS na Jerozolimę. Czarę goryczy uwalniającą morderczy instynkt Stalina stała się wspomniana praca Michoelsa nad "Czarną Księgą", której treść po publikacji umniejszyłaby w oczach Rosjan znaczenie dokonań Armii Czerwonej. O prośbie publikacji "Księgi" przez Michoelsa doniosł Stalinowi Żdanow, którego Michoels osobiście prosił aby wpłynął na Stalina w tej sprawie.Przy okazji inni prominentni Żydzi sowieccy coraz częściej publicznie podnosili ów problem, problem Holocaustu czyniąc zeń główne zagadnienie dla Kremla.

Kiedy więc tylko Stalin dowiedział się, że Michoels wyjeżdża do Minska w celach kulturalnych natychmiast zatelefonował do swojego starego przyjaciela rezydującego w Mińsku tamtejszego szefa NKWD Ławrientyja Canawy. Canawa, stary przyjaciel Stalina z lat kontrrewolucji (tak jak on Gruzin), doświadczony w mordowaniu ludzi enkawudzista, mający również na rękach krew polskich oficerów z "białoruskiej listy katyńskiej" zgodził się na wykonanie wyroku bez namysłu.

Gdy tylko Michoels przybył do Mińska Canawa zaprosił go na obiad na swoją daczę. Przewodniczący Komitetu Antyfaszystowskiego udał się tam w towarzystwie dyrektora Mińskiego Teatru. Obaj zaproszeni kiedy tylko przekroczyli progi daczy zostali przez siepaczy Canawy (m.in. Ogolcow późniejszy szef GRU) natychmiast uduszeni a następnie rozjechani ciężarówką, ciała porzucono na małej ulicy miasta. Do prasy bolszewickiej została przesłana informacja, że Michoels zginął w wypadku drogowym. Prawdopodobnie ta wersja byłaby aktualna do dziś, gdyby nie córka Stalina, która przypadkiem podsluchała rozmowę ojca z Canawą i zapamiętała słowa "wypadek drogowy".

Mord na Michoelsie miał jeszcze inny sens. Otóż Michoels obawiał się, że los sowieckich i nie tylko sowieckich Żydów może zostać przez świat zapomniany, dlatego tak usilnie pracował nad "Czarną Księgą". Stalin wysnuł z tego nić podejrzenia, że najpierw będzie to pamięć o Żydach ginących z rąk hitlerowców, a potem będzie to zapewne pamięć o innych nacjach, które on sam zdążył w sporej części wymordować. Stawianie się na jednej kładce z Hitlerem nie wchodziło absolutnie w grę, przecież Związek Sowiecki niósł w oczach Stalina wolność a nie zniewolenie. Należało więc zamknąć śledztwo, które się ślimaczyło w czasie.

W marcu 1948 roku szef sowieckiego MBP Abakumow, któremu polecono zamknięcie sprawy poszedł jednak samoistnie dalej i zwrócił uwagę na fakt, że Michoels był nie tylko niebezpiecznym kontrrewolucjonistą, ale także amerykańskim szpiegiem. Dla Abakumowa wszystkie zdarzenia układały się w logiczną całość. Cały ten Komitet Antyfaszystowski to nic innego jak "żydowski spisek" przeciwko państwu sowieckiemu. Na pierwszy ogień po zamordowanym Michoelsie poszedł więc jego dawny współtowarzysz podróży do USA Icek Fefer. Zarzucono mu współpracę z tajnymi służbami amerykańskimi. Fefer do niczego się nie przyznał, co zagwarantowało mu natychmiastową śmierć w lochach Łubianki.

Dzięki pomysłowi Abakumowa sowieccy Żydzi dość szybko z elity państwa sowieckiego przeszli na pozycje wrogów bądź podejrzanych a śledztwo Abakumowa zataczało coraz szersze kręgi i dotknęło wreszcie w myśl pojęcia, że "rewolucja zjada własne dzieci" niektórych członków Politbiura. Żonę Mołotowa skazano na łagier w Kazachstanie, a sam Mołotow musiał się przyznać do działań szpiegowskich żony i ją publicznie potępić.

Niebawem w całym związku sowieckim poczęły się odbywać mniejsze lub większe procesy dotyczące "spisku żydowskiego". Sprawa, którą rozpętał Abakumow zwróciła uwagę Stalinowi, że trzeba koniecznie i to w miarę szybko znaleźć kogoś, kto swoją osobą zakryłby te planowane z perfidią zabojstwa, i którego poglądy byłyby antysemickie, co pokazałoby dobitnie światu, że apart bezpieczeństwa Związku Sowieckiego był do takich działań zmuszony, a prywatnie dałoby to Stalinowi kolejny powód do czystek w aparacie, a konkretnie uderzyć w Berię za ukrywanie swoich żydowskich korzeni oraz za aferę mingrelską.

Ludźmi, który pasowali do tej misji byli Aleksander Szczerbakow, który swego czasu nadzorował z ramienia Stalina Komitet Antyfaszystowski oraz członek Politbiura Żdanow. Mordercą miał być i był żydowski lekarz Jakow Etinger, który zaraz po morderstwie został osadzony w areszcie gdzie tajemniczo zmarł. Umarł również niespodziewanie prowadzący śledztwo dotychczasowy szef MBP Abakumow. Jego dzieło przejął błyskawicznie Michaił Rumin, który całą winę zwalił na żydowskich lekarzy uznając ich oficjalnie za terrorystów, którzy mordują sowieckich komunistów wysokiego szczebla.

Działania Rumina doprowadziły w rezultacie do totalnej czystki w aparacie bezpieczeństwa. Aresztowani zostali wszyscy czekiści, którzy mieli nawet najmniejszy związek z Abakumowem. Aresztowano także ludzi mających nikłe kontakty z Jakowem Efingerem, usiłowano ich powiazać ze śmiercią Żdanowa. Zwołany w październiku XIX partii i plenum KC, na którym Stalin domagał się usunięcia ze stanowisk Mołotowa, Mikojana i Andrejewa pokazywał do czego dąży wódz Sowietów. Wiernemu jak pies Mołotowowi zarzucał spoufalenie się z Anglikami i szpiegowanie, groził smiercią. Tuż po Plenum z rozkazu Stalina aresztowano jego osobistego sekretarza Poskriebyszewa i szefa własnej ochrony Własika. Sam Stalin przed śmiercią rozkazał także aresztować i torturować kolejną grupę lekarzy w tym osobistego doktora. "Prawda" pisała wtedy, że ujawniono spisek, który miał zlikwidować przywództwo sowieckie metodami medycznymi. Zredagowano nawet na polecenie Stalina plan ogólnonarodowego samooskarżenia się przez Żydów mieszkających w ZSRS. Znane osobistości pochodzenia żydowskiego miały w nim wyznać, "że narody związku sowieckiego a przede wszystkim naród rosyjski ocaliły ludzkość i Żydów." Plan jednak nie wszedł w życie za sprawą Berii i zniknął z sowieckiej przestrzeni publicznej wraz z tajemniczą śmiercią Generalismussa Commodusa Stalina.
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Gargangruel
Administrator



Dołączył: 23 Mar 2011
Posty: 6439
Przeczytał: 1 temat

Skąd: ZE SREBRNEGO NOWIU

PostWysłany: Nie 15:02, 03 Lut 2013    Temat postu:

Margarita, mam pewną sugestie. Twoje teksty są "ciężkie" od faktów.
Co Ty na to, aby ważniejsze konkluzje pogrubiać?
Uczyni to tekst bardziej przejrzystym i strawnym.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Margarita
Gość






PostWysłany: Nie 17:13, 03 Lut 2013    Temat postu:

Nie ma sprawy Adminie.
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Margarita
Gość






PostWysłany: Nie 18:17, 03 Lut 2013    Temat postu:

Widzę że ktoś stąd się na salonie "odwiesił". Budujące, bo ja się powoli "zawieszam".
Chociażby...bo nie lubie rozgłosu Wink


Ostatnio zmieniony przez Margarita dnia Pon 7:40, 04 Lut 2013, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Gargangruel
Administrator



Dołączył: 23 Mar 2011
Posty: 6439
Przeczytał: 1 temat

Skąd: ZE SREBRNEGO NOWIU

PostWysłany: Nie 18:30, 03 Lut 2013    Temat postu:

Widziałem, to znaczy czytałem.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
lutnia
Bywalec



Dołączył: 24 Mar 2011
Posty: 2703
Przeczytał: 0 tematów


PostWysłany: Pon 17:46, 04 Lut 2013    Temat postu:

Wybacz Margo, ale w ciekawym tekście aż roi się od "przeinaczeń":

Cytat:
Margo pisze:
W marcu 1943, gdy potęga hitlerowskiej armii zaczęla się chwiać Stalin doszedł do szczwanej myśli odnośnie sowieckiej mniejszości żydowskiej i polecił NKWD stworzenie Żydowskiego Komitetu Antyfaszystowskiego, stworzonego z sowieckich elit oddanych bolszewikom. W skład komitetu weszli więc m.in. Ilja Ehrenburg, Wasilij Grosmann, Szachne Epstein, Icek Fefer i Salomon Bergman. Przewodniczącym Komitetu został były aktor, dyrektor Teatru Żydowskiego w Moskwie Salomon Michoels.


.....................................................
Więźniowie specjalni nr 41 i 42
.................................................

Stalin zaczął rozgrywać kartę żydowską dopiero po wybuchu wojny z III Rzeszą w 1941 r. Chodziło mu o wykorzystanie diaspory żydowskiej w USA i Wielkiej Brytanii na rzecz przyłączenia się Stanów Zjednoczonych do wojny. Ambasador sowiecki w Wielkiej Brytanii Iwan Majski oraz w USA Grigorij Umański (obaj pochodzenia żydowskiego) nawiązali kontakty z wyklętą do tej pory przez ZSRR Światową Organizacją Syjonistyczną kierowaną przez Chaima Weizmana, późniejszego pierwszego prezydenta Izraela.

Żydowski Komitet Antyfaszystowski miał firmować te zadania. Formalnie był organizacją społeczną podległą Sowinformowi, Sowieckiemu Biuru Informacyjnemu. W istocie kontrolę nad nim miały służby specjalne. Pomysłodawcą Komitetu Żydowskiego był Ławrientij Beria, wszechwładny szef NKWD. Chciał, by na jego czele stanęli uwięzieni w Moskwie przywódcy polskiego Bundu, żydowskiej partii socjalistycznej - Henryk Erlich i Wiktor Alter. Obaj siedzieli wtedy na Łubiance oskarżeni o zdradę ZSRR i szpiegostwo na rzecz państw zachodnich. W sierpniu 1941 r. skazano ich na karę śmierci zamienioną po kilku dniach na 10 lat pozbawienia wolności.

Beria osobiście nadzorował rozmowy. Erlich miał być przewodniczącym, zaś Alter sekretarzem Komitetu. Na zastępcę przewodniczącego Beria zaproponował Michoelsa jako reprezentanta Żydów sowieckich. Erlich i Alter dostali jeden warunek: wyjdą na wolność i podejmą działalność, jeśli przystaną na współpracę z NKWD. Po wahaniach zgodzili się, ale po wyjściu z więzienia "urwali się ze smyczy".

Nawiązali kontakty z przedstawicielami zachodnich ambasad, w tym z kierowanym przez prof. Stanisława Kota przedstawicielstwem rządu gen. Władysława Sikorskiego. Planowali powołanie oddziałów komitetu w państwach zachodnich oraz utworzenie w USA legionu żydowskiego do udziału w walce na froncie sowiecko-niemieckim. Zajęli się poszukiwaniem oficerów polskich zgładzonych przez Sowietów w Katyniu, Miednoje i Charkowie. W rozmowach z zachodnimi dyplomatami mówili o potrzebie zreformowania Sowietów, przekonując, że ich celem jest wyrwanie się z ZSRR. Alter chciał wyjechać do Wielkiej Brytanii, zaś Erlich - do USA.

W grudniu 1941 r. Erlich i Alter ponownie trafili na Łubiankę - tym razem jako "więźniowie specjalni" nr 41 i 42 - i zostali oskarżeni o szpiegostwo na rzecz III Rzeszy. Protestowały władze amerykańskie, organizacje żydowskie z całego świata, Albert Einstein, polski ambasador Stanisław Kot. Nic nie pomogło. Erlich nie wytrzymał psychicznie i w połowie maja 1942 r. powiesił się w celi. Altera rozstrzelano w lutym następnego roku.
.....................................................................
Cały tekst: [link widoczny dla zalogowanych]

To Erlich i Alter przekonali Andersa, o ile będzie wychodził do Iranu, aby wziął z sobą żydowskich żołnierzy oraz około 2000 żydowskich cywili, w tym 800 żydowskich dzieci. Co swoich dalszych losów w moskovii, nie mieli złudzeń...............

Dzieci Teheranu

Ludność cywilna o układzie dowiedziała się z wielkim opóźnieniem, głównymi winowajcami byli komendanci obozów, którzy nie informowali więźniów o ogłoszonej amnestii i nie poczuwali się do obowiązku udzielenia im pomocy z chwilą zwolnienia. Według notatki Berii do Stalina z 15 stycznia 1942r., w rezultacie "amnestii" uwolnionych zostało 389 041 obywateli polskich. Wśród nich 200 828 narodowości polskiej, 90 662 Żydów, 31 392 Ukraińców, 27 418 Białorusinów, 3421 Rosjan i 2291 osób innej narodowości.

Amnestia dała nadzieję życia dla tysięcy polskich obywateli rozsianych na olbrzymich przestrzeniach Rosji Sowieckiej. Kto tylko był na siłach, wszelkimi możliwymi środkami transportu, udawał się na południe - tam, gdzie formowała się armia gen. Andersa. Ta droga ku wolności stała się dla wielu ostatnią, dziesiątki tysięcy zmarły z głodu, zimna, upału, lub wyczerpania. Według szacunków ambasady polskiej, miedzy grudniem 1941r., a czerwcem 1942r., z 200 000 obywateli polskich przebywających na terenie środkowych republik sowieckich, z powodu samego tylko tyfusu zmarło 10 procent. Pozostawały dzieci, chore i wyczerpane. Do czerwca 1942r. władze polskie zgromadziły 77 000 sierot i zagubionych dzieci.

Pierwsza emigracja miała miejsce od 24 marca do 3 kwietnia 1942r., druga zaś od 9 sierpnia do 1 września 1942r. Uchodźcy zostali przewiezieni koleją do Krasnowodzka, dalej przez Morze Kaspijskie do Pahlevi w Iranie. Osoby spóźnione na transporty kolejowe przewożono samochodami przez Aszchabad do Teheranu. Ewakuowane oddziały wojskowe były przewożone przez Hamadan do Khanaquin w Iraku, a ludność cywilna do obozów przejściowych w Iranie. Łącznie ZSRR opuściło 78 470 żołnierzy i 37 272 cywili, w tym 13.948 dzieci. Między nimi było około tysiąc żydowskich dzieci i ośmiuset dorosłych. Większość dzieci była pełnymi sierotami, kilkanaście przybyło z jednym rodzicem lub opiekunem.
[link widoczny dla zalogowanych]

Władze Agencji Żydowskiej , reprezentacja Żydów w Palestynie, wpadły w furię z powodu "kukułczego jaja" jakie w osobach tych dzieci podrzucił im Anders. Chodziło o koszty leczenia i utrzymania tych dzieci, Ben Gurion uważał je za nieprzydatne dla budowy Wielkiego Izraela. Wszak nie nadawały się do pracy w kibucach*.

*Tom Segev "Siódmy milion"


Ostatnio zmieniony przez lutnia dnia Pon 21:21, 04 Lut 2013, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
lutnia
Bywalec



Dołączył: 24 Mar 2011
Posty: 2703
Przeczytał: 0 tematów


PostWysłany: Pon 18:03, 04 Lut 2013    Temat postu:


Żydowskie sieroty
[link widoczny dla zalogowanych]

Żydzi uratowani w Sowietach przez Polaków domagają się odszkodowań

270 pochodzących z Polski Żydów złożyło pozew przeciwko państwu Izrael. Domagają się po 100 tys. szekli (80 tys. zł) odszkodowania. Twierdzą bowiem, że niesprawiedliwie pominięto ich podczas rozdzielania pieniędzy wypłaconych Izraelowi przez RFN w ramach reparacji za Holokaust.

Te osoby to tzw. Dzieci Teheranu, czyli Żydzi, którzy w latach 1939 – 1941 znaleźli się we wschodniej Polsce okupowanej przez Związek Sowiecki. Następnie zostali stamtąd wraz z rodzicami deportowani przez NKWD na Syberię. Ich rodzice najczęściej zginęli w łagrach, ale im udało się wraz z armią gen. Władysława Andersa opuścić „nieludzką ziemię" w 1942 roku.

Po przybyciu do Persji żydowskie sieroty zostały umieszczone w specjalnych sierocińcach. Tam opiekę przejęła nad nimi Agencja Żydowska. Po pewnym czasie udało się dzieci ewakuować drogą morską do Palestyny. Ich przybycie wywołało wśród tamtejszych Żydów sensację, ale wkrótce o polskich przybyszach zapomniano.

„Moi rodzice uciekli z rodzinnej Częstochowy nie dlatego, że byli tam Sowieci, ale dlatego, że byli tam Niemcy. To Niemcy ich chcieli zamordować"
Teraz mamy po 80 lat i wielu z nas potrzebuje pomocy. Warto, żeby państwo sobie o nas przypomniało. Na Syberii tyle przecież wycierpieliśmy. Mam nadzieję, że pozew wreszcie zakończy się sukcesem – powiedziała „Rz" Alina Landau. Urodzona w Warszawie w 1934 roku, po wybuchu wojny uciekła wraz z rodziną do Równego w sowieckiej strefie okupacyjnej.

– Tam aresztowało nas NKWD. Nie chcieliśmy przyjąć sowieckiego obywatelstwa i zostaliśmy zesłani w bydlęcych wagonach. Rodzice zginęli na Syberii – opowiada Landau. Jej starszy brat Emil, któremu również udało się wydostać z Sowietów z Andersem, w 1948 roku został wcielony do izraelskiej armii. Zginął podczas wojny o niepodległość Izraela w walkach z Arabami pod Hajfą.

Choć społeczność Dzieci Teheranu cały czas się kurczy (w 1942 roku było ich około 800), izraelskie sądy nie kwapią się, żeby przyznać im pieniądze. Pierwszy pozew polscy Żydzi złożyli już w blisko dziesięć lat temu, ale od tego czasu sprawa niewiele posunęła się do przodu. Przechodzi przez rozmaite instancje, co rusz jest odsyłana do innych sądów. Wyrok w obecnym procesie prowadzonym w Tel Awiwie również spodziewany jest najwcześniej za rok.
Więcej na:
[link widoczny dla zalogowanych]

Ten wpis jest uzupełnieniem poprzedniego tematu.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
lutnia
Bywalec



Dołączył: 24 Mar 2011
Posty: 2703
Przeczytał: 0 tematów


PostWysłany: Pon 20:03, 04 Lut 2013    Temat postu:

Cytat:
Margo pisze:
Równolegle Komitet pod wodzą Michoelsa rozpoczął prace na tzw. "Czarną Księgą", która miała pokazać światu straty jakie ponieśli Żydzi w okupowanej przez Hitlera Europie. Stalin początkowo był nastawiony pozytywnie do Żydów ze wzgledu na ich oddanie i pomoc jakiej mu udzielili podczas bolszewizacji carskiej Rosji. Do pomysłu by na Bliskim Wschodzie powstało państwo Izrael odnosił się także ze zrozumieniem (zakładając tam własne zyski), ale zmienił zdanie gdy tylko dostrzegł, że na państwo które ma powstać i w efekcie powstało nie ma on najmniejszego wpływu.




Nie wiadomo z całą pewnością, kto pierwszy zasugerował,że Niemcy będą musieli zapłacić reparacje za majątek zabrany Żydom i za ich ciepienia.
.....................................................
Ben Gurion otrzymał memorandum na ten temat już w 1940 roku. Berl Kacpelson publicznie mówił o tej sprawie pod koniec tego roku. W grudniu 1942 roku w Tel Awiwie istniała już prywatna organizacja Justicia, oferująca ofiarom III Rzeszy pomoc w pisaniu żądań o wyrównanie szkód. Były delegat na kilka kongresów syjonistycznych Mordechaj Szenhabi zaproponował we wrześniu 1942 roku, by Żydowski Fundusz Narodowy zbudował pomnik ofiar Zagłady, "ofiary wojny i bohaterów Izraela". Niedługo potem proponowany pomnik otrzymał nazwę, którą będzie nosić, gdy już zostanie zbudowany: Jad wa-szem(Yad Vashem). Propozycja Propozycja Szenhabiego dała początek dyskusjom i napływowi listów, powołano więc komitet, który miał się tym zająć.

Trudno o wyraźniejszy i bardziej groteskowy, a nawet makabryczny wyraz skłonności do myślenia o Zagładzie w czasie przeszłym: gdy jiszuw* dyskutował o najlepszych sposobach upamiętnienia ofiar, większość z nich jeszcze żyła".
Tom Segev "Siódmy milion" str.101
* jiszuwa- ogół Żydów mieszkających w Palestynie, brytyjskim protektoracie.

Michoels chciał, tylko nikt nie traktował go poważnie, nie był partnerem ani dla amerykańskich Żydów, ani dla jiszuwu w Palestynie. Wiedzieli że jest marionetką w reku Stalina. Ta sprawa ma dużo, dużo szerszy wymiar a dotyczy Żydów II RP. Polscy Żydzi tylko po Traktacie Wersalskim chcieli uciekać z nowo powstałej Rzeczpospolitej, którą uważali za swoje nieszczęście, wszak mieli już poukładane stosunki z caratem i Habsburgami. Partia Ogólnych Syjonistów która wzywała do emigracji Żydów do Palestyny, w pierwszych wyborach do Sejmu odniosła oszałamiający sukces, CHIBA 12-!5 posłów, nie pamiętam? Tyle że Żydzi którzy wyjeżdżali na rekonesans, szybko wracali do Polski, uważając że nie jest to kraj i ludzie tam mieszkający, z którymi da się żyć. Już w 1930 roku partia ta całkowicie straciła zaufanie Hebrajczyków, dominował Bund i partie religijne, te partie zdecydowanie były przeciwko Aliji, uważając że ich miejsce jest w Rzeczypospolitej, na kopach wylatywali z zebrań agitatorzy jiszuwu z Palestyny. Zmienilo się gdy w Niemczech Hitler doszedł do władzy. Pod koniec lat 30-tych Żabotyński nawiązał kontakty z sanacją ......................
[link widoczny dla zalogowanych]
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Margarita
Gość






PostWysłany: Czw 8:07, 07 Lut 2013    Temat postu:

Jerzy, napisałem tę notę na podstawie źóddeł. Więc jeśli są "przeinaczenia" to nie mojego autorstwa.
Aha, wtedy ci nie podziękowałem na Salonie za koment. Teraz dziękuję, ale to już musztarda po...., bo zawiesiłem działalność, a może i ogólnie dałem sobie spokój, bo jak widzę że zainteresowanie spadło na łeb i szyję. A że spadło to widać przeca gołym okiem.
Mimo to najlepsze są cytaty z priva.
Wprawdzie oficjalnie pod jedną z not historycznych napisano mi że "umiem iść pod prąd", ale privy dają jasność o co biega i... że się nie myliłem w ocenach.
I dlatego właśnie tak ciężko mi "iść pod prąd" Jerzy Laughing
A te cytaty? Proszę bardzo:

"(...) Szkoda, że już nic nie przeczytam twojego bo fajnie piszesz. Rozumiem jednak twój krok, ale tak tutaj jest. Nie można się wychylać, pisać lepiej od autorytetów z SG, bo są zazdrosni o swoją popularność. Mogli ci nawet za plecami robić partyzantkę. Wiem, bo ja także musiałem zamknąć swój blog z podobnego powodu."

"Masz gdzie indziej nick Margarita? Proszono mnie abym nie komentowała twoich notek, bo podobno jesteś hiena."

" (...) notka o Gebercie załatwiłes sobie na salonie pyrrusowe zwyciestwo."

Dobre, nie?

Poza tym zauważyłem, że i Andrzej też tam pisze od czasu do czasu, to myślę sobie, po co się mam nadwyrężać i dla kogo, skoro oni tam wiedzą wszystko lepiej ode mnie? Zawieszam klawiaturę na kołku i kwita.


Ostatnio zmieniony przez Margarita dnia Czw 8:10, 07 Lut 2013, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Margarita
Gość






PostWysłany: Czw 11:03, 07 Lut 2013    Temat postu:

Tak sobie wszedłem na stronę główną Salonu. I co widzę? Awansowałem na niebiesko! Cieszę się, chociaż ta nagroda jest jak kromka czerstwego chleba dla bezzębnego starca. A ja na dodatek zawiesiłem działalność notkową i zdania chwilowo nie zmienię, trzeba odpocząć od pisatielstwabo męczące, a co nie mogę byc leniem w mrodę jeża i w twarz anioła!

Ps. Babapl pisze na salonie i chiba wiem gdzie i co pisze Wink
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Margarita
Gość






PostWysłany: Sob 13:35, 09 Lut 2013    Temat postu:

Pisząc komentarze natknąłem się na notkę Quartz Quantrum "Wojna trwa nadal". Rzeczywiście, od długiego czasu trwa jawna i ukryta wojna chrzescijaństwa z islamem. Pominę już surowe wręcz restrykcyjne prawo niekórych krajów arabskich, które mówi wprost, że za głoszenie tam Ewangelii idzie się zazwyczaj pod miecz kata, a za noszenie przez turystę katolika medalika lub krzyża na piersi, ewentualnie Biblii w trobie można trafić na dłuższy czas do więzienia. Oczywiście kraje te nie widzą nic zdrożnego w propagowaniu własnej religii w krajach chrześcijańskich. Blado więc wypada na tym arabskim tle nasza europejska demokracja, a może bardziej autodestrukcja lub samozagłada, bo innego określenia na takie głupie posunięcia ze strony europejskich w tym polskich polityków nie znajduję.

Tymczasem od pewnego czasu na terenie Polski działa dość aktywnie Towarzystwo Islam Ahmadiyyja szczycące się hasłem: "Milość do wszystkich. Nienawiść do nikogo". W dzielnicy Warszawa-Włochy wyznawcy islamu budują sobie kolejny meczet, tym razem z wysoką wieżą, z której muezin będzie 5 razy dziennie wzywać okolicznych muzułamnów do modlitwy (sic)

Cezary Michalski pełen depresji pisze w artykule "Bóg albo śmierć" (Wprost numer świąteczny z grudnia 2012):

"Islamu z Europy nie da się już usunąć. Muzułmanie stali się ważną częścią wielu społeczeństw i albo skutecznie się zintegrują, albo te społeczeństwa zniszczą."

Przyznam fatalna to wieść, bo patrząc z jednej strony na rozbuchaną seksualność arabską, a z drugiej na europejską ucieczkę od ojcostwa i macierzyństwa trudno znaleźć ad hoc antidotum. Poza tym i ja nie wierzę aby muzułmanie się zintegrowali z miejscem, w którym mieszkają. Wyrażam nawet obawę, że uznają się oni raczej za coś w rodzaju forpoczty Allaha, niż za kogoś kto pragnie zostać dobrym sąsiadem pospolitego Polaka, smakoszem polskiego grilla i flaszki.

Mocną wypowiedź o istocie Islamu i jego real przewadze na chrześcijaństwem daje nawrócony na islam scenarzysta "Świata według Kiepskich" Piotr Ibrahim Kalwas:

"Czysta tablica dzieciństwa jest w Mauretanii czy Iranie zapisywana wersetami z Koranu. Na tej czystej tablicy nie ma miejsca dla Becketta czy Kafki. Afrykańscy chrześcijanie nie wieszają genitaliów na krzyżu ani nie nazywają tego sztuką. Żadnemu reżyserowi arabskiemu nie przyjdzie do głowy zrobić "Ostatniego kuszenia Chrystusa" czy "Żywota Briana". Muzułmańskie dziecko, dorastając, umacnia swoją wiarę, a dziecko europejskie tę wiarę traci. Ja byłem takim dzieckiem. W świecie muzułmanskim nie ma miejsca na pornochy, prochy, obrazy z gówna, dyskoteki z amfą, eutanazję, przerabianie facetów na baby, a baby na półfacetów. Tu takich małych chłopczyków, jak ten stojący przed mną, uczy się wiary w Boga, a nie pierdoli w dupę."

Oczywiście jako chrześcijanin mógłbym i znalazłbym pewnie parę dowodów na to, że islam nie jest jednak tak pełen miłości bez nienawiści jak to głosi Ahmadiyya. Posłużę się jedynie cytatem z Sienkiewicza:

" Chcemy umrzeć za wiarę! - odpowiedziały jednym gromkim okrzykiem tłumy. I na chwilę wszczął się piekielny hałas. Ozwały się głosy umbai i bębnów. Wojownicy uderzali mieczami o miecze i dzidami o dzidy. Zapał wojenny szerzył się jak płomień. Niektórzy wołali: "Wiara jest zwycięska!", inni: "Przez śmierć do raju!" Staś zrozumiał teraz, dlaczego tym dzikim zastępom nie mogły się oprzeć wojska egipskie."
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Margarita
Gość






PostWysłany: Sob 13:41, 09 Lut 2013    Temat postu:

Ostatki, ostatki i po ostatkach. Sobota minęła fajowo z biglem, ale niedziela...o, tu już było zdecywanie gorzej.
Ale ja nie o tym. Szperając poźnym niedzielnym wieczorem, chadzając tędy i nie zawsze owędy, natknałem się na Salonie na blog "nówki-neona" niejakiego Józefa Banknota. I od razu przypomniały mi się, gdy czytałem ten salonowy kabarecik dziennikowe oraz GPowskie nasz wspólne pogwarki o tym, kto kim jest, i w zabawę w nicki.
Nie powiem my byliśmy w tym extra, no ale Józef Banknot stworzył widać cuś inszego, zmajstrował superzastą notkę z kluczem, którego wprawdzie ja nie rozpoznałem z racji "młodego wieku salonowego", lecz będąc starym wygą w tym temacie wyczułem momentalnie w tekście delikatny fałsz i kpinę - czyli to, że Józef B. orientuje się lepiej w terenie niz na to wygląda.
Wyraziłem więc publicznie obawę, że to zabawa, że Józef nie jest tam żadnym nowym, tylko kimś od wewnątrz, kto zrobił sobie nowy nick. Zaledwie minimalna część starych bywalców salonowych uznała podobnie, robiąc przy tym do siebie perskie oczy w komentach, ale jeden pretorianow prawdy jedynej zarzucił mi, że próbuję zdeprecjonować nowego uczestnika i wbić go w ramki nieuka, że tylko TU na Salonie ludzie umieją pisać a to nieprawda, bo nowi także umieją!
Nie wątpię, że umieją, ale siła notki Józefa polegała jednak głównie na tym, że doskonale znał przywary (a może i tajemnice) piszących tam blogerów, które dość zręcznie połączył ze sprawami własnymi - może i zmyślonymi. Salonik tymczasem łyknął tabletkę i z dźwięcznie wydalił z własnych trzewi z 80-siąt albo i lepiej komentów rozpatrujących co J.B miał na myśli. A potem? Nic, będzie czekał na kolejną notkę Józefa Banknota o sobie by zahuczeć..
Ja zaś idąc uparcie, po swojemu "pod prąd" modom salonowym skopiowałem własne "dzieło", którym tak się kiedyś zachwycano na GP. Salon "dzieło" oczywista oczywistość (to już norma) przyjął bez zbytniego zainteresowania, bo pewnie: A/ nie komentowało nieudolności Tuska, tudzież nowinek historycznych - są już do tego przez mnie przyzwyczajeni B/ nie obgadywało salonowcow priva w stylu Józefa B. - tego nie robię i nie zrobię.
Jednym słowem nie było to "dzieło" na miarę potrzeb salonowych.
Gdyby więc iść tym tropem trzeba napisać też i wam ciężką prawdę: że mieszkańcy gargangruelandii gówno się znają na sztuce, gdyż znawcy prawdziwej sztuki są tylko na Salonie.
Hehe, przypomina mi się od razu wklejka tego gościa, który in publica sfera zarzucił mi próby robienia na Salonie kółek wzajemnych adoracji, bo odrzucam Józefa B.. Zarzucił mi wiec coś, co jest na Salonie od dawien dawna. Seawolf to zobaczył i się wycofał. Kto wie, może i dobrze zrobił?

Ps. A notkę wcześniej czy poźniej przefastryguję tutaj, nie chcę aby tamci popadli z jej powodu w kompleksy.


Ostatnio zmieniony przez Margarita dnia Pon 7:59, 11 Lut 2013, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Margarita
Gość






PostWysłany: Pon 18:09, 11 Lut 2013    Temat postu:

Hehe, popadli w kompleksy więc wklejam. A Jerzy mówi, "Co ty narzekasz!" A nie ma powodu? Liczba 89 mówi sama za siebie...


Człowiek stał w milczeniu. Śmierć podchodziła ku niemu co raz bliżej i bliżej. Patrzył na nią z otwartymi ustami, jak dziecko które ogląda po raz pierwszy nieznany mu świat. Wąska skalna półka po lewej stronie miała niewielką wnękę, w którą matka przyroda rzuciła garść ziemi i zabarwiła ją na niebiesko żyłkowatymi krokusami.
Powiało chłodem. Śmierć podeszła do człowieka na wyciągnięcie ramienia i zajrzała mu głęboko w oczy swym przenikliwie spokojnym spojrzeniem. Nie zadrżał pod jego ciężarem, ale poczuł dziwny lęk. Poruszył niepewnie językiem po zdrętwiałych zębach, potem grdyką i przełknął ślinę, a więc jednak żył! A Śmierć patrzyła na niego nadal ze stoickim spokojem. Miała łagodne, niebieskie oczy i blond włosy, które górski wiatr zarzucał jej co chwila rozedrganymi końcówkami na kształtne usta, prosty nos i rumiane policzki. Brwi, ciut ciemniejsze, tworzyły pociągający, erotyczny łuk. Była ubrana w elektryzującą męskie zmysły białą tunikę. Bose, kształtne stopy delikatnie muskały skalne podłoże; I gdyby człowiek nie był pewny, że to jest Śmierć, chwyciłby ją zapewne w pół, ruchem stęsknionego kochanka i przycisnął z całą mocą do swego wychłodzonego teraz strachem serca.
- Boisz się mnie? - zapytała Śmierć robiąc płynny ruch w bok. Alabastrowe palce sięgnęły stadka krokusów a te bezwładne spłynęły ku jej dłoni. Wiosenne oczy znowu spoczęły na człowieku. Kształtne, karminowe usta otworzyły się ukazując śnieżną biel zębów.
Człowiek pokręcił głową w odpowiedzi że się nie boi, chociaż wiedział że to nieprawda.
- Usiądź. Odpocznij. Jesteś zmęczony drogą. - powiedziała Śmierć - i wyciągnęła do niego dłoń z martwymi już krokusami. Niebieskie, wiosenne oczy spoglądały życzliwie,emanowały matczynym ciepłem. Podeszła jeszcze bliżej i stojąc już teraz niemal na odległość tchnienia włożyła mu na głowę wianuszek z zerwanego kwiecia. Człowiek delikatnie drgnął a jego źrenice rozszerzyły się. Błysnęło białko i zatrzepotały rzęsy. Po czole spłynęły mu grube krople potu. Wiosenna Śmierć złożyła pocałunek na spierzchniętych ustach człowieka. Poczuł jak ogarnia go ciepło.
- Czy nadal się boisz? - zapytała znowu Śmierć cofając się o krok z ciekawością spoglądając człowiekowi w twarz.
W milczeniu zaprzeczył ruchem głowy.
- Tam czai się niebezpieczeństwo - powiedziała Śmierć wskazując palcem na nabliższy zakręt ścieżki- Znam twoją przyszłość.
Górski wiatr nadal rozwiewał jej włosy złotawym strumieniem.
- Tam? - zapytał po raz pierwszy człowiek
Łagodnie błękitne oczy uśmiechnęły się. Pokiwała delikatnie głową - Właśnie tam.
Człowiek oblizał wargi. Widać było, że boi się tam iść.
- Usiądźmy. Odpoczniesz przed dalszą podróżą. Powinieneś coś zjeść. Wyglądasz na osłabionego - powiedziała Śmierć i wzięła go delikatnie za rękę. Człowieka ponownie ogarnęło znajome ciepło. Przytulił się do niej a ona odwzajemniła się uściskiem. Podeszli w miejsce gdzie rosły krokusy. Człowiek zdjął z głowy wianek, z krzyża plecak, i wyciągnął zeń termos oraz kanapki. Niemym gestem zaprosił do uczty Śmierć, lecz ta pokręciła przecząco głową. Zaczął więc jeść i pić samotnie, a Śmierć siedziała w milczeniu obok i patrzyła zamyślonym wzrokiem ku odległym ośnieżonym szczytom. Kiedy człowiek zjadł poczuł się mocniejszy. Wziął plecak i chciał go sobie zarzucić na ramiona, ale Śmierć powstrzymała go stanowczym dotykiem alabastrowej dłoni.
- Tam jest zbyt wąsko na bagaż - powiedziała śpiewnym głosem.
Człowiek niechęcią postawił plecak z powrotem na ziemi. Śmierć podała mu swą ciepłą dłoń i ruszyli. Gdy byli w miejscu, gdzie skalna półka miała już im zniknąć z oczu zatrzymał się nagle jakby o czymś ważnym sobie przypomniał.
- Wianek! Zostawiłem wianek, który mi dałaś...
- Zrobię ci drugi, chodź!
Człowiek ruszył posłusznie do przodu, ale odwrócił głowę z tęsknym spojrzeniem ku rzeczom dla niego ważnym i... zmroził go dreszcz. Pod ścianą skalnej półki gdzie jadł i pił, gdzie zostawił plecak i wianek, siedział on sam z szeroko otwartymi oczyma. Krokusy były pogniecione uciskiem trupa. Plecak leżał obok a martwa dłoń siedzącego sprawiała złudne wrażenie, że chce go ponownie otworzyć. Przerażony spojrzał w twarz Śmierci, której piękna do tej pory twarz zmieniła się nagle w potworne oblicze kościotrupa.
Ujęła go pod ramię, a on od tego dotyku zadygotał i przymknął oczy, lecz gdy je znowu otworzył miał przed sobą ponownie twarz przepięknej kobiety.
- Oszukałaś mnie - wyszeptał żałośnie.
- Nie - odparła spoglądając przed siebie - Nigdy nie oszukuję i nie daję się oszukać.
Potem skręcili nagle ze skalnej ścieżki, i w poprzek górskiej przepaści, udeptując pasma mgły, trzymając się za ręce poszli ku ośnieżonym szczytom...


Ostatnio zmieniony przez Margarita dnia Pon 18:10, 11 Lut 2013, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Margarita
Gość






PostWysłany: Wto 22:19, 12 Lut 2013    Temat postu:

Dzisiaj wieczorem było 11 gości w KK. Nieomylny to znak, że GP nasiąkło do bulu "ucieczką z dziennika" Laughing

Ostatnio zmieniony przez Margarita dnia Wto 22:29, 12 Lut 2013, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Margarita
Gość






PostWysłany: Śro 14:08, 13 Lut 2013    Temat postu:

Już chyba wszyscy w salonie 24 skomentowali rezygnację Papieża.
Nawet dyżurny jezuita.


Tak napisał w "Przeglądzie Prasy" admin tego forum. Przyznam słówka zgryźliwe, ale jakże trafne!
Panuje bowiem na salonie swoista przypadłość, jest to "pisanie stadami". Pojawia się motyw i od razu huzia....! Każdy chce się wtedy wykazać jak może swoimi zdolnościami w ujmowaniu tego co się stało w zgrabnie pisanym słowie.
Ma więc czytelnik przed oczami pomnożone "Szkło kontaktowe" wsparte na statecznym nosie TVN-u, rozwarte usta prawdy polsatowskiej. Jawi się i układna telewizja publiczna. Migają wreszcie nasrożone brwi i mlaskają języki prawicowych blogerów.
I wszystko byłoby pięknie i cacy, gdyby nie fakt, że salon jak sama jego nazwa wskazuje jest dziełem zamkniętym w sobie.
Każdy kto zna się choć trochę na budowlance czy architekturze ten wie, że do drzwi salonu prowadzi zawsze przedpokój.
Podobnie jest i w tym niezależnym i publicystycznym pomieszczeniu, w którym i ja pisuję, i w którym bodaj raz czy dwa przekroczyłem próg wyżej.
Jak to się dzieje, tego nie wiem, że jedni mogą a inni nie mogą, ni diabła dalej nie kumam, chcociaż podstawę takich kroków rzekłbym że znam.
Wielokrotnie zresztą to zauważyłem, że notki autentycznie merytoryczne w poruszanym przez blogera temacie, notki znakomite i z werwą napisane, wsparte dokumentacją przegrywają z mety z jakimś badziewiem, tylko dlatego, że wysmarował je akurat jakiś honorowy członek kapituły salonowej, niejaki Mounsieur Z.
Kim są ci członkowie tej dziwnej kapituły, trudno orzec, skad się wzięli i od kogo dostali swe prawa, także nie wiem.
Pomijam już występujących na salonie z nazwiska polityków i dziennikarzy, ci są znani, no dobrze, ci mogą błyszczeć, mają to zagwarantowane politycznie, chociaż i oni nie są tak świetni w piórze, jak to się wielu czytającym wydaje. Bywają od nich lepsi, tylko... no, no właśnie, ci są spychani w niebyt - prawdopodobnie przez kapitułę, która dzieli i rządzi salonem jak chce.
Bo na salonie istnieją patrycjusze i plebejusze, oprócz tego w grę wchodzi jeszcze komentatorowość, że tak to ujmę neologizmem: Czyli notka bez komentu, to notka z natury martwa i nic nie warta. Taką też często trudno odnaleźć w tysiącach innych nottrupów spłodzonych w przedpokojach salonowych, jeśli się więc nie pamięta jej ojca czy matki -to umarł w butach.
Temat nierówności blogerskiej co jakiś czas wprawdzie pojawia się na salonie, a to we wzajemnych atakach albo po prostu w prostych pytaniach, które z reguły zaczynają się od historycznego "dlaczego".
Ale nikt z pytajacych nie zdaje sobie sprawy z tego, że na panujące na salonie zakonserwowane stosunki mają wpływ być może jakieś stałe gaże wypłacane z góry za "twórczą pracę" salonowym lwom, przez redakcję.
Jedno jest pewne czołówka obojętnie kim jest i jak tandetę wysmaży, ma oficjalnie prawo promować się z kitem na stronie głównej salonu, reszta tłuszczy blogerskiej musi o ten zaszczyt albo powalczyć lub liczyć po cichu na protekcję. Klientelizm w czystym wydaniu się kłania.
Patrząc na to z boku, nie zabiegam, lecz drwię, przez co zmuszony jestem często do kasowania swojej pracy, by nie stała się perłą rzuconą przed wieprze. Przy okazji mam szacunek do tych, którzy się pod notą podpisali komentarzem (raz złamałem tę zasadę, ale piszący mi to mam nadzieję wybaczył).
Na koniec dochodzę do wniosku, że jakakolwiek popularność bywa często kłodą rzucaną pod nogi równouprawnieniu czy demokracji, ale nadmiar demokracji jest już antydemokracją.
Jak zwał tak zwał, pisanie jednak o jednym i tym samym stadami, ciągle jest na salonie w modzie i ciągle mnie śmieszy.


Ostatnio zmieniony przez Margarita dnia Śro 14:12, 13 Lut 2013, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Margarita
Gość






PostWysłany: Śro 14:26, 13 Lut 2013    Temat postu:

"Mowa nienawiści i szczucie w pełnym wymiarze. Czas na pozywanie do sądu nienawistników."

Tak między innymi pisze w swoim artykule Łukasz Adamski (w polityce.pl) o przegranym procesie sądowym "Newsweeka". "Newsweek" został pozwany do sądu przez "Opus Dei" za nazwanie tej organizacji "tajną, prowadzącą niejawne działania".

Czy jest to wyrok sprawiedliwy? W sumie tak, ale patrząc na sprawę z drugiej strony należy się zastanowić, co zmotywowało "Newsweeka" do takiego działania. Z pewnością nie to, że miał tam swojego informatora, lecz to, iż oparł się na ludowej legendzie, która "Opus Dei" kojarzy przede wszystkim z wielkimi pieniędzmi i tajemniczością, co pachnie wręcz historią Zakonu Templariuszy. Drugą z takich organizacji wewnątrzkościelnych, moim zdaniem bardziej zagrażającą jedności Kościoła w Polsce i w świecie, niż wydumane oskarżenia "Newsweeka" pod adresem "Opus Dei" jest "Neokatechument". Być może dlatego Kościół będąc już z lekka podzielony wewnętrznie w sprawie tych drugich, nie chciał występować oficjalnie przeciwko medialnym wrogom jako Kościół, dlatego dał wolne światło "Opus Dei", by ta jako organizacja mająca w swich szeregach znane i poważane osoby wystąpiła do sądu sama w obronie swojego dobrego imienia.

Nie tak dawno zmarł Prymas Kardynał Józef Glemp. W opinii ks. Małkowskiego godny następca Prymasa Tysiąc- lecia Stefana Wyszyńskiego. Człowiek, który uważał że serce z racji iż jest niżej położone od głowy, nie powinno nad tą głową górować w podejmowaniu decyzji. Przez znawców tematyki kościelnej określany jako sprawny sternik, który zręcznie przeprowadził kościół polski przez wzburzone wody historii. Czy aby na pewno? Moim zdaniem Prymas Kardynał Józef Glemp, mimo że bardzo sobie cenię oceny ks Małkowskiego, był jednak Prymasem koniunkturalnym, Prymasem z wizją uników, co przy nieprzejednanej postawie Prymasa Wyszyńskiego można nazwać z perspektywy czasu zachowaniem raczej fatalnym. Zmarły Prymas nie dość, że nie uchronił przed SB ks Popiełuszki (za co potem szczerze przepraszał), to jeszcze swoim długoletnim postępowaniem - biegnącym "z głowy nie z serca" - wobec panoszących się coraz bardziej komunistów, wobec ujawniajacej się wśród solidarnościowych działaczy agenterii utwierdzał prosty, wierzący lud w wierze, że to co się wokół tego ludu dzieje należy przyjmować z pokorą. Słowa papieskie "Nie lękajcie się" zmarły podświadomie lub świadomie zamienił na "Nie wychylajcie się". Lud to odebrał to po swojemu: "Pokorne cielę dwie matki ssie" i tak już zostało. Brak autentycznego przywódcy w Kościele w rodzaju księdza Skargi powoduje, że mimo nikłego przyrostu wiernych na Eucharystiach i nabożeństwach. kościoły systematycznie pustoszeją, a religia za sprawą jej przeciwników jako przedmiot w szkole i nie tylko zaczyna być postrzegana w formie kuli u nogi.

"Jak mamy posyłać dzieci do szkoły, gdzie pełno jest bezkarnych zboczeńców uczących religii?"

Szydzi szczycący się doktoratem z filozofii (praca dotyczyła Kanta) Janusz Palikot, który za każdym razem usiłuje przekuć na swoje zwycięstwo napotkane przez się probelmy Kościoła, w tym ten najbardziej bolący - homoseksualizm. Oczywiście trybunowi Palikotowi i jego pretorianom będących na usługach cezara Tuska jest to potrzebne do życia jak tlen w wodzie dla istnienia ryb, i jest to o tyle śmieszne oraz żałosne, że ten sam Palikot, który walczy tak zaciekle w Sejmie o prawa dla laickich homoseksualistów nie widzi już tych praw dla homoseksualistów w sutannach (sic).

Jakże więc mądrze i pewnie brzmią wobec tych bzdur i bluzgów Palikota, oraz dezorganizujacych życie społeczne działań Tuska słowa Jarosława Kaczyńskiego, który mówi wprost:

[b]"Tak, nie ma mowy o żadnym moim wycofaniu się z polityki, nawet, jak to rozpowszechniano, na kilka miesięcy. Odwrotnie – będzie ofensywa. Jesteśmy jedyną, realną alternatywą wobec rządu Tuska. Przygotowujemy się do uzasadnienia wotum nieufności wobec rządu. Do tego będziemy wracali, nie będziemy rezygnować z tego gdyby za pierwszym razem się nie udało. Rządu równie nieudolnego jak ten chyba nie było po 1989 roku, podobnie jak równie obciążonego rozmaitymi zobowiązaniami wobec krajowych i zagranicznych grup interesu. Wprawdzie do wyborów daleko, skład Sejmu nie zachęca do takich działań, ale nie możemy rezygnować. Zmiana jest konieczna by Polakom nie żyło się gorzej i gorzej.

Przygotowywana jest kolejna konferencja programowa. Wracam też na trasę objazdu kraju, czego zaniechałem ze względu na śmierć mamy. No i wszystkie nasze zadania, od dążenia do wyświetlenia prawdy o tragedii smoleńskiej po obronę zagrożonej przez obecny monopol władzy demokracji, walkę z ateizacją, będziemy kontynuować, z jeszcze większą niż dotąd energią. Będziemy podnosili sprawę młodego pokolenia, które zostało w III RP szpetnie oszukane. (...)"[/b].

Szkoda tylko, że sam Kościół bijący się w pierś za grzechy swojej seksualności nie ma odwagi jak narazie (hierarchowie) przyznać się do winy i oczyścić z ciążącej na nim wspołpracy z ubecją. Że nadal pozostaje ukrytym wrogiem Jarosława Kaczyńskiego, tylko z tego powodu, że ten chce powszechnego ujawnienia TW. Że w czasie największej potrzeby świadomie wiązał Kościół własnymi dekretami usta swoim synom (Małkowski, Issakowicz-Zalewski), którzy wstawiając się za Ojczyzną i jej dobrem, nazywali rzeczy po imieniu; iż żarliwy romans Kościoła z tronem, przynosił na przestrzeni dziejów straty zawsze temu pierwszemu a nie drugiemu.
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Margarita
Gość






PostWysłany: Czw 12:46, 14 Lut 2013    Temat postu:

Mówi się że nie szata czyni człowieka, ale mówi się również że po guście człowieka rozpoznać też można. Do takich wyznań popchnął mnie sam pantryjota zamieszczając na własnym blogu swoje zdjęcie. Nie mam zamiaru się czepiać gustu bieliźnianego pantryjoty (który pragnąc zapewne podkreślić, co myśli o patriotyzmie wszelakim połączył go był w swoim pseudo salonowym z majtkami -pantyz ang.), ale patrząc na tego wysportowanego człowieka w średnim wieku, zapewne też i wygadanego w wyłuszczanych przez niego racjach, na dodatek w czarnych skarpetkach, zapytałem sam siebie w duchu, ile to ludzi w Polsce ma dziś ochotę i czas aby korzystać z siłowni jak to robi pantryjota? Zapytałem siebie nie bezpodstawnie, bo za komuny wyznacznikiem, że ktoś jest "od nich", pochodzi "z nich" było przebywanie takiego delikwenta na kortach tenisowych lub w basenach podczas tzw. "czasu pracy przeciętnego Kowalskiego", który jak wiadomo musiał tyrać i kombinować aby żyć, natomiast czas pracy w "organach władzy" nigdy nie miał w sobie znamion czasu.

Ta trwająca dotąd ponadczasowa przyjemność czerpania z życia gospodarczego, z życia towarzyskiego to co najlepsze, przechodziła zazwyczaj bezproblemowo w rodzinach pracujących w tychże "organach władzy" z rodziców na ich potomstwo, tworząc czasami wręcz wielopokoleniową sztafetę, gdzie początek tkwił częstokroć w prastarych strukturach NKWD. Dzieki takim zaszłościom historycznym mamy więc w Polsce dość dobrze zakonserwowany mechanizm, w którym pozycja społeczna poszczególnych osobników nie wynika z ich sukcesów zawodowych, ile z powodu dziedziczenia przez nich pozycji społecznej, mającej istotny wpływ na otaczającą ją rzeczywistość.

Jeśli się weźmie dodatkowo pod uwagę prosty fakt, że majątek narodowy PRL-u po roku 1944 był w całości majątkiem skradzionym, czyli mówiąc językiem urzędniczym majątkiem po wywłaszczonych włascicielach, a rdzeniem, czyli użytkownikami tegoż majątku przez długi czas pozostawała wąska grupa ludzi narzucona politycznie Polsce przez Moskwę, dorabiająca sobie z czasem nazwę "elity politycznej", powstała na zasadzie negatywnej społecznej selekcji, to dość szybko zrozumiemy sens, istotę oraz znaczenie zasad dziedziczenia jakie panują w tej grupie. Credo elity oczywiście ewoluowało z biegiem czasu poczynając od zwykłej, jak napisałem kradzieży, poprzez zbrodnie ewidentne jakimi były komunistyczne prostackie mordy na opozycji niepodległościowej w myśl idei Stalina, że "nie ma człowieka, nie ma problemu", aż po czasy współczesnej dezintegracji więzi społecznych, ingerencji w polską świadomość narodową, dezorganizację utrwalonych wartości; Kiedy to wreszcie postanowiono w sposób bezczelny narzucić zniewolonemu od dawna społeczeństwu polskiemu nowy liberalny styl życia wraz z jego odczuwaniem i myśleniem.

Aby tego dokonać nastąpiło w okresie tzw. transformacji ponowne uwłaszczenie wcześniej zrabowanego majątku, na którym stworzono i ukształtowano kolejną, tym razem już liberalną warstwę polityczno-finansową, której korzenie sięgają wprawdzie ustroju komunistycznego i jego praw, lecz w imię dzedziczenia i dla zachowania status quo w polityce oraz gospodarce zostały te prawa bezwarunkowo przekształcone w jedno prawo, kapitalistyczne prawo własności.

Związki jakie łączą komunizm z neoliberalizmem dają się dość łatwo zauważyć, i to nie tylko w Polsce. Propaganda jednego i drugiego posiada bowiem tę samą platformę i punkt wyjścia; Są nim: kłamstwo i manipulacja. Komunizm i neoliberalizm to dla postronnego obywatela wprawdzie wielobarwna mozaika, urzekająca go na wstępie swym nieskalanym pięknem dopóty, dopóki nie utraci obojętnie jakiego elementu ze swego kształtu. Wtedy staje przed oczami widza, zgrzebna, wręcz tandetna przestrzeń, nie oferująca mu nic poza szarością życia codziennego opartego w dużej mierze na złodziejstwie i degrengoladzie kultury osobistej.

Dlatego wyjątkowym obrzydlistwem jest propagowanie przez wspołczesne polityczne elity intelektualne, w tym artystów i uczonych, zapewne w imię ich własnego dziedziczenia, treści liberalnych, będących tak bliskich treściom propagandy komunistycznej, które doprowadzają w efekcie nie do kształtowania, ile do zamazywania w społeczeństwie istotnych różnic pomiędzy prawdą a kłamstwem. Działania te utrącają więc niejako na pniu wszelkie projekty i dążenia w ramach tradycji narodowych, religijnych i obyczajowych. Obie propagandy kierowały się i kierują w swoich działaniach do osłabienia, względnie zniszczenia państwa ( zresztą i tak już zglajszlachtowanego historycznymi zależnościami) sprowadzając go na drogę totalnego rozkładu systemu wartości. Zaś propagowanie przez media haseł o "wolności" czy "demokracji" nie zmierza w żadnej mierze do ich kultywowania bądź odrodzenia, lecz wręcz przeciwnie, kieruje się ku ich zaniechaniu i zepchnięciu w niebyt. Na tym tle zdjęcie pantryjoty w czarnych skarpetkach ćwiczącego w siłowni jawi się jako metaforyczna drwina z obowiązujących w Polsce zasad i praw.
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Margarita
Gość






PostWysłany: Czw 15:39, 14 Lut 2013    Temat postu:

A se zleciałem....

Ostatnio zmieniony przez Margarita dnia Pon 13:13, 18 Lut 2013, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Margarita
Gość






PostWysłany: Pon 13:11, 18 Lut 2013    Temat postu:

Miałem napisać felieton, napisałem lecz popełniłem niemały błąd. Zamiast robotę odwalić na dysku, pisałem na żywca, w tym czasie padł net, potem nie mogłem wrócić, bo otworzyłem kolejne okno w celu znalezienia potwierdzenia info, coś popieprzyłem, robota przepadała. Zły więc jak diabli wparowałem na salon, a tam na blog pewnego pisarza. Pisarz ten jak to pisarz, pisać potrafi. Zdania tworzą mu się kształtne jak zady krowie, soczyste niczym koniczyna, a może bardziej, jak pręga wołowa? Nieistotne, każda jego praca wyprodukowana jest pewnie w głębokim namysle. Prac tych powstaje wiele; Gargangruel coś pisał o wolnym czasie i czytaniu... Facet pisze co dnia niemal sążnisty tekst umoralniający, tylko później, po jakiego diabła, zawsze na końcu się reklamuje ze swoimi dokonaniami? Przecież dobrego pisarza i bez reklamy czytelnicy znajdą...
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Margarita
Gość






PostWysłany: Wto 10:58, 19 Lut 2013    Temat postu:

Napisałem wreszcie to co miałem napisać. Lichy jest na felietonik odzew. Podobnie jak na tekst Bołdakowskiego, bo kogo tam obchodzi historia najnowsza. Wstawili za to na SG niekończącą się francuską opowieść znanego z GP Siewcy Wiatru.
Ja tymczasem wysłuchałem ględzenia Kopaczowej o tym, dlaczego przyznała nagrody będące przykładem zgorszenia. I dowiedziałem się, że ona przyznała je po znajmości, chociaż tego nie powiedziała pełną, acz nie mleczną już piersią.
Przy okazji padła liczba 1200, bo tylu darmozjadow włóczy się po Sejmie z pokoju do pokoju za pewnie mikre 3.000 na miesiąc.
Potem wysłuchałem posła Borowskiego, który chwalił działania UE, i z miejsca oskarżał opozycję o utrącenie nadchodzącej debaty o pakcie fiskalnym hasłami o eutanazji i utracie wolności.
Teraz "nadaje" premier. Bredzi o tym, jak to Polacy są dumni z tego że są obywatelami UE i jak to my Polacy jestesmy odpowiedzialni za Niemcy czy Francję. Woła przy tym do Kaczyńskiego, by zmienić wspólnie konstytucję aby wejść do sterfy Euro.
Spada, na szczaw lub na murwę w gałę haratnąć.
A Coryllusa ktoś podśmiewa na salonie, że słaby z niego pisarz, gorszy od Łysiaka...hmm albo uhmm ehemm.
I tio tile na dziś z siejmowego i salionowego pśedśkola.
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Margarita
Gość






PostWysłany: Wto 16:59, 19 Lut 2013    Temat postu:

Złapane na salonie


"W Norwegii kradzione przez państwo dzieci trzeba wykradać
Ostrzegamy polskich rodziców: Norwegia porywa polskie dzieci!

Norwegia w majestacie swojego chorego prawa bezkarnie kradnie dzieci obcokrajowcom! Rocznie norweskie urzędy rabują ponad 3 tysiące dzieci w tym małym kraju. Świat z jego różnymi odmianami kidnapingu jest coraz bardziej chory. Norweżkom nie chce się rodzić dzieci. Wolą wziąść kradzione, cudze i jeszcze brać kasę jako zawodowa rodzina zastępcza. Hiszpania rozlicza się z tego poparanego biznesu. W Norwegii rabowanie dzieci przez lokalnych urzędasów to norma. Odzyskanie dziecka graniczy z cudem i wymaga pomocy detektywów oraz zawodowych komandosów. Zapewne najlepszy byłby grom - z jasnego nieba, żeby roztrzaskał popaprańców z ich głupawymi przepisami prawa. Lepiej nie jechać z dziećmi do Norwegii, nawet na wakacje, nie tylko do pracy!

Norwegia jest krajem bardzo ateistycznym i areligijnym. Jak widać na przykładzie podejścia do dzieci w różnych krajach, w tym w katolickiej Hiszpanii, ani monopol jedynie słusznej religii ani ateizacja nie wróżą ludziom nic dobrego.

Jest jeszcze jeden fakt, o którym warto pamiętać w całej opisanej poniżej historii. Norwegia słynie z masowego homoseksualizmu, a tamtejsze związki lesbijskie jak i gejowskie nie bardzo mają jak zrobić sobie dzieci. Najłatwiej zatem ukraść innym, najlepiej obcokrajowcom, co odwiedzili Norwegię na kilka miesięcy lub chcą się osiedlić czy pracować. Znajome lesbijki lub geje z tamtejszego Gminnego Ośrodka Pomocy Rodzinie (Barnevernstjeneste) zawsze mogą łatwo pod byle pretekstem dla znajomej pary lesbijek czy gejów ukraść komuś dziecko. To są nowe zjawiska, jeszcze mało opracowane w badaniach naukowych, nowa przestępczość wynikła z homoseksualizacji i bezdusznej ateizacji życia społecznego. No bo jak zdobyć dziecko, jak "małżeństwem" są dwie panie albo dwóch panów!? Jednak politycy i dziennikarze jakoś boją się o tych przykrych problemach pisać głośniej. A może już czas?

Może tak polskie władze pomyślą trochę i dla odzyskiwania polskich dzieci z Norwegii, zaczną odbierać dzieci norweskim turystom odwiedzającym Polskę. A potem można pójść na grzecznościową wymianę, jak przy wymianie szpiegów. To sposób w zasadzie dobry, bo sprawdzony i stary jak świat: okraść złodzieja i zaproponować wymianę. Można zerwać kontakty dyplomatyczne i zamknąć granice z bandyckim państewkiem rządzonym przez ateuszy i dewiantów pospołu. Ale wybór środków należy do rządu RP, który jakoś nie zrobił dotąd NIC!

Jak zdarzenie pięknie komentują internauci: "Imbecylizm lewactwa sięga zenitu. Zabierać dziecko, bo było smutne." ... nic dodać nic ująć...

A rząd Polski, Ministerstwo Spraw Zagranicznych, za brak ostrych protestów dyplomatycznych ma kolejną czerwoną kartkę.

[link widoczny dla zalogowanych]
BEGLA"
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Margarita
Gość






PostWysłany: Pią 10:33, 22 Lut 2013    Temat postu:

Wchodzę i wchodzę na ten GP, a tam jak nima serwera tak nima. Nawet sobie pojajczyłem z morporludów, że nie bedą mieli się z kim tam juz kokosić, ale oni chiba na poważnie się zmartwili tym kokoszeniem, bo nawet nad ogolonym z piór Królem z SS marnej racy nie puścili.
Swoją drogą to ciekawe, bo gdzie się teraz będą produkować i robić za V kolumne gieepowkie piewce Donalda Tuska. Gdzie się będzie wklejał Jabis, gdzie wzniesie swój mądry krzyk kobieta pracująca, kogo uświadomi polityk atro, a kogo napomni mandat postem Marian zByt. Wreszcie kogo oplują psia łapa i mondry? Tego nie wiem, ale widzę, że niepokojąco zwiekszyła się na www liczba gości. Znaczit, oni przybyli, są między nami, ale jakoby ich nie było Wink Nie zazdroszę im tego stanu ducha, dlatego hak im w smak plus gekonia flegma w oko:lol: Laughing
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Margarita
Gość






PostWysłany: Pon 18:23, 25 Lut 2013    Temat postu:

Znalezione w sieci


Jak patrzę na te wszystkie świństwa, które od dłuższego czasu wyrządza Polsce Platforma, gdy widzę jak wyłącza kolejne hamulce w parciu do przejęcia władzy absolutnej i mono-partyjnego zarządzania Państwem, coraz częściej myślę, że chyba nawet za komuny nie było aż tak źle z Rzeczypospolitą. Tę samą opinię coraz częściej słyszę od moich znajomych.
Żeby wszystko było jasne. Komunistów nie cierpiałem każdą cząstką duszy, bo mi wykończyli ojca. Ale muszę sprawiedliwie przyznać, że czerwoni przynajmniej stwarzali pozory, że liczą się z ludźmi. Natomiast arogancja, bezczelność, hucpa, grubiaństwo i buta Platformy sprawiają, iż coraz częściej dochodzę do wniosku, iż ta partia w pomiataniu ludźmi posuwa się znacznie dalej, niż niegdyś Polska Zjednoczona Partia Robotnicza.
Platforma wygrała wybory, bo miało być lepiej i inaczej. A co mamy, każde dziecko widzi. Co tam Polska. Co tam Bóg, honor i ojczyzna. Co tam narodowa pamięć i dziedzictwo kultury. Co tam przyzwoitość. Co tam gospodarka. Co tam dług publiczny. Co tam bezpieczeństwo kraju. Ważne jest tylko by wygrać kolejne wybory i utrzymać władzę.
Zdeptano polityczny obyczaj. W dążeniu do partyjnej hegemonii nie ma już poczucia wstydu. Nastało prawo dżungli. Kto silniejszy, ten lepszy. Cham chama chamem pogania. Wszystkie chwyty dozwolone. Byle rządzić! Zagarnąć jak najwięcej stanowisk! Obsadzić przyczółki. Usunąć niewygodnych, choćby byli genialnymi fachowcami!
Historia zatoczyła błędne koło. Pod koniec lat siedemdziesiątych ceny poszły w górę. Dziesięć lat później naród się zbuntował. Zrodziła się Solidarność. „Upadła” komuna. Odzyskaliśmy wolność. Wywalczyliśmy sobie demokrację, za co wielu zapłaciło życiem.
A co było dalej? Pewien zegarmistrz światła purpurowy rezydujący przy ulicy Czerskiej zabełtał tak Polakom w głowach, iż ani się obejrzeli, gdy wrócili do modelu zarządzania Państwem prawie identycznego, jak przed czerwcem 89. Wszystko znów jak za komuny. Tylko ludzie przefarbowani i wystrój zmieniony. (...)


A niejaki Eternity (nick pewnie wzięty od rakotówrczego eternitu) uprawia na salonie propagandę, że karuzela ustawiona pod murem getta autentycznie służyła warszawiakom do zabawy, że chętnie z niej korzystali...włos się jezy azbestem! Rolling Eyes


Ostatnio zmieniony przez Margarita dnia Pon 18:24, 25 Lut 2013, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Margarita
Gość






PostWysłany: Wto 12:53, 26 Lut 2013    Temat postu:

Absurdalny wierszyk o smaku whisky-rum-banana.


Nie wiem kim jestem,
Bo nie wiem czy żyję.
Pijam więc whisky, licząc że przytyję.
Lecz choćbym wiedział co się w głowie zrodzi,
To bym z pewnością głowie wnet dogodził.
Gdyż pijąc whisky, czasem gin lub wino,
Pijam te trunki pod ramię z dziewczyną.
A potem drinka sącząc nieustannie,
Nurzam się chętnie z tą panienką w wannie.
Wtedy pytanie: Kim jestem, czy żyję,
Zostawiam cizi co ze mną też pije.
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Margarita
Gość






PostWysłany: Czw 19:28, 28 Lut 2013    Temat postu:

Był wierszyk whisky-rum-banana a teraz.... tak dla jaj, nie moich...


Pewien Tatar
Miał katar
A Katarzyna
Żona Tatarzyna
Miała z nim małego syna.

Tatar - tata
Obowiązki spełniał kata
Bał się kat zakatarzony
Katarzyny - kata żony!

Raz, gdy czytał Tatar akty,
Oślepł. Dstał katarakty.
Więc pobiegły Tatarzyny
Do katowej Katarzyny,
Referując sprawę tak tą:
- Kat ma katar z kataraktą!

Katrzyna, żona kata,
Pędzi wnet do kata brata.
(Brat ten miał wesoły cmentarz,
Kat - sprowadzał mu inwentarz.

Brata kata katakumby
Rozbrzmiewały dźwiękiem rumby.
W krąg słuchały Tatarzynki
Brata kata katarynki).

Katarzynę przyjął szwagier,
Grając właśnie nowy szlagier
Katarzyna wzięła brata
I pobiegła z nim do kata.

Szwagier rzekł tak katu-tacie:
- Bracie kacie, czemu łkacie?

-Lud pogardza - rzekł do brata -
Mymi czynnościami kata!
Mówiąc: "Niech oceni pleb je"
Wpadł kat-tata w katalepsję.

Umarł.

Syn rzekł: Co, u kata?
Kat katafalk już wygniata?
Sens tragiczny ma ta strofa.
Taka kata katastrofa.
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Margarita
Gość






PostWysłany: Czw 19:38, 28 Lut 2013    Temat postu:

Wkleję go tutaj, bo to mój bardzo stary wiersz z dalekich lat młodości.


A ja najpiękniej piszę,
gdy śpię.
Wtedy też wszystko najlepiej słyszę.
Poduszka mnie kołysze
gdy pływam w kołdarch toni.
I nic mnie Muza nie męczy,
Rymy dziarsko składają się w dłoni.
I są przy tym jak żywe srebro,
tkanym z księżyca cieni.
Gdy śpię, pisze mi się najlepiej,
Szkoda, że nikt tego nie przeczyta i nikt nie oceni.
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Gargangruel
Administrator



Dołączył: 23 Mar 2011
Posty: 6439
Przeczytał: 1 temat

Skąd: ZE SREBRNEGO NOWIU

PostWysłany: Czw 19:41, 28 Lut 2013    Temat postu:

Nooo!
Wierszyk miodzio! Jak się patrzy.

Czy to pana katalepsja?
Moja, ale kata lepsza.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Margarita
Gość






PostWysłany: Czw 20:01, 28 Lut 2013    Temat postu:

Jakby kat-brat spytał kata
Jak mu topór w dłoni lata,
bo na Margo nie ma bata,
To już kat dla kata-brata,
głową Margo pień zamiata.
Wink

Wierszyk o kacie nie mój, dla jasności...choć go sobie, przyznam perfect dobrałem do dzisiejszego nastroju.


Ostatnio zmieniony przez Margarita dnia Czw 20:03, 28 Lut 2013, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Margarita
Gość






PostWysłany: Pią 11:37, 01 Mar 2013    Temat postu:

Wierszyk o Murzynie, lwie i ananasach


Sadzi Murzyn ananasy,
Bo jest chłop na owoc łasy.
Sadzi rzędem je układnie,
Aby rosły zdrowo, ładnie.

I tak sobie przy tym śpiewa,
aż drżą wokół wszystkie drzewa:

"Ha, yancing! Ha batata!
Ananasy jak sałata!
Ha, umbangu! Ha m'tata!
Anansów pełna chata!"

I tak chodzi, w ziemi grzebie,
A tu z tyłu... lew w potrzebie.
Widzi: Murzyn na zagonie.
Więc podnosi podogonie.
I tak cicho sobie mruczy:

Rrrr, wryk-wryku, wowaram!
Mięsko widzę w karcie dań!
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Gargangruel
Administrator



Dołączył: 23 Mar 2011
Posty: 6439
Przeczytał: 1 temat

Skąd: ZE SREBRNEGO NOWIU

PostWysłany: Pią 12:13, 01 Mar 2013    Temat postu:

Margarita!
Czy podejrzany przyznaje si do autorstwa powyższego, a?
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Margarita
Gość






PostWysłany: Pią 12:17, 01 Mar 2013    Temat postu:

Absurdalny wierszyk pani Bobrowej o pewnej salowej.


Przyszła pewna salowa do psychoanalityka,
A wyszła od syfilityka.

Widzisz jak to niedobrze,
chędożyć głupio panie Bobrze?
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Margarita
Gość






PostWysłany: Pią 13:02, 01 Mar 2013    Temat postu:

Gargangruel napisał:
Margarita!
Czy podejrzany przyznaje si do autorstwa powyższego, a?


Tak, jak i do tego o syfilityku-psychoanalityku.
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Margarita
Gość






PostWysłany: Pią 14:18, 01 Mar 2013    Temat postu:

Śmierć Engelberta Dollfussa.




Nad Wiedniem niepodzielnie panowało lato. Ci z wiedeńczykow którzy nie wyjechali z miasta na wakacje snuli się po ulicach i bulwarach, przesiadywali w kawiarniach nad Dunajem, słuchali radia nadającego walce Straussów. W ten dzień, a był to 25 lipca 1934 roku pod budynek Niemieckiego Towarzystwa Sportowego w Wiedniu mieszczącego się przy Johanesgasse zajechało kilka krytych brezentem ciężarówek. Wysiadło z nich paru ludzi w mundurach policji i Heimwehry. W pomieszczeniach Towarzystwa oczekiwało na nich z podnieceniem 300 uzbrojonych ludzi odzianych w uniformy wiedeńskiego pułku piechoty tzw. Deutschmeisnerów. Po przywitaniu z dowódcami podzielili się na dwie grupy. Pierwsza pojechała w kierunku gmachu "Ravagu", druga zaś udała się na Ballhausplatz.

O godzinie 13.00 w dniu 25 lipca 1934 roku radio wiedeńskie mieszczące się w "Ravagu" przerwało nagle nadawanie walców i nadało zaskakujący komunikat: "Rząd Austrii podał się do dymisji. Poseł austriacki w Rzymie, von Rintelen, obejmuje agendy państwa."Po wygłoszeniu komunikatu w głośnikach zapadła złowroga cisza, bowiem rozgłośnia zamilkła a w różnych częściach Wiednia wybuchła strzelanina. Sprawcami likwidacji rozgłośni i nadania dziwnego komunikatu była jedna z owych grup, które krytymi wozami ciężarowymi wyjechały z Johannesgasse. Akcją opanowania rozgłośni dowodził Hans Domes. Napastnicy wdarli się do budynku wybijając szyby w drzwiach wejściowych przy okazji mordując strzałem z pistoletu zastępującego im drogę inspektora policji Flicka. Nadany komunikat był sygnałem do rozpoczęcia w mieście hitlerowskiego puczu. Tego samego dnia o gdodzinie 21.00 radio Berlin informuje że: "Cały naród niemiecki w Austrii powstał przeciwko dyktaturze Dollfussa. Wojsko związkowe stanęło po stronie ludu. Naród święci obecnie zwycięstwo."

W tym samym czasie w pałacu kanclerskim rozpoczynało się posiedzenie rządu pod przewodnictwem kanclerza Austrii dra Engelberta Dollfussa. Brakowało tylko ministra spraw wewnętrznych Emila Foya, który dołączył do obrad spoźniony, ale za to z hiobową wieścią, że na ulicach miasta zbierają grupy podejrzanych osobników, że są oni uzbrojeni i że wywołują zamieszki. Wobec takich nowin kanclerz przerywa posiedzenie do czasu wyjaśnienia sytuacji, tym bardziej że od pewnego czasu krążyła po Wiedniu plotka, że Dollfuss w niedługim czasie zostanie zamordowany. Ministrowie zaczynają opuszczać gabinet kanclerski, skąd Foy wydał polecenie dla sił porządkowych. Na ulice Wiednia wyjechały samochody pancerne. Zabezpieczono dodatkowymi wartami budynki administracji państwowej, wzmocniono patrole i rozstawiono silne posterunki uzbrojone w ciężką broń maszynową na ważniejszych skrzyżowaniach.

Tuż przed ogłoszeniem komunikatu radiowego z "Ravagu" pod pałac kanclerski przy Ballhausplatz podjeżdżają kryte ciężarówki wypełnione Deutschmeinsnerami. Do wartowników stojących przed pałacem podchodzi major w mundurze Heimwhery Paul Hudl i podaje hasło, następnie tłumaczy, że zostali tutaj przysłani na rozkaz dra Steinhausla, dyrektora departamentu bezpieczeństwa, po czym z pomocą swoich ludzi major nagle rozbraja zaskoczonych tym wartowników oraz agentów i wkracza do pałacu. Spiskowcy muszą być świetnie przygotowani, znają bowiem doskonale plan rozmieszczenia pomieszczeń pałacowych. Wszystko odbywa się w absolutnej ciszy bez jednego strzału, a pod drzwiami opanowywanych kolejno gabinetów stają na warcie ludzie majora. Nie dzwonią telefony. Do gabinetu kanclerskiego, w którym dopiero co skończyła się odprawa, i w którym przebywa jeszcze kanclerz w towarzystwie kamerdynera, wpada z rozwianym włosem minister policji i bezpieczeństwa publicznego, baron von Karwinsky krzycząc od progu, że "Spiskowcy są w pałacu! Niech pan natychmiast ucieka!". Po czym wybiega jak szalony z gabinetu.

Zdezorientowany zaistniałą sytuacją Dollfuss zamierza się początkowo ukryć w nieczynnej szatni, ale będący przy nim kamerdyner Hedwick doradza mu aby wspólnie wydostali się z pałacu tajemnym przejściem, ktore znajduje się w sali Kongresowej. Niestety, gdy tam obaj dotarli zamaskowane drzwi znane tylko niewielkiej liczbie wtajemniczonych były zamknięte. W tym momencie, ogromne drzwi Sali Kongresowej zostały wyważone i do jej wnętrza wtargneli zamachowcy. Biegnący na czele gromady Otto Panetta i Franz Holzweber oddają w kierunku oszołomionego, stojącego pośrodku pustej sali kanclerza kilka strzałów z pistoletów. Dwa z nich są celne, trafiają Dollfussa w szyję. Panetta podbiega do leżącego we krwi kanclerza i cynicznie pyta: "Jest pan trafiony?" Następnie krzyczy: "Proszę wstać!" Dollfuss w odpowiedzi szepce, że nie może.

W mieście wybucha strzelanina. Przebywający na wakacjach w Walden prezydent Austrii Wilhelm Miklas wydaje telefoniczne zarządzenie, aby nie wdawać się z zamachowcami w żadne układy polityczne i nie respektować żadnych poleceń kanclerskich. Miklas podejrzewa, że pałacu kanclerskim musiało się stać coś strasznego. Do uzdrowiska, w którym przebywa docierają wieści o walkach w Karyntii, Styrii i Salzburgu równolegle wywiad donosi o mobilizacji na terenie Włoch, tuż przy granicy z Austrią prohitlerowskiego Legionu Austriackiego.

Tymczasem w w Wiedniu w budynku Mnisterstwa Obrony Krajowej urzęduje już następca Dollfussa, dotychczasowy minister oświaty, bliski współpracownik kanclerza, dr Schusching. Wydał on polecenie aby sprowadzić do niego von Rintelena, który po przyjeździe z Rzymu przebywał w hotelu "Imperial", chociaż jako ambasador Austrii w Rzymie powinien być raczej tam a nie w Wiedniu.

W pałacu kanclerskim trwa gorączkowe oczekiwanie. Dr Engelbert Dollfuss leży nadal w miejscu w którym upadł, i tylko powiększająca sie wokół jego głowy i torsu kałuża krwi oznacza, że stan kanclerza Austrii jest beznadziejny. Zamachowcy godzą się wprawdzie aby ludzie ze straży kanclerskiej założyli Dollfussowi opatrunek, ale nie zgadzają się na odwiezienie rannego do szpitala. Odmawiają mu również prawa do pojednania się z Bogiem, lecz chcą aby oficjalnie uczynił swoim następcą von Rintelena. Dollfuss zbywa te nalegania milczeniem, prosi tylko będącego przy nim min. Foya o przekazanie prośby Mussoliniemu aby ten zajął się jego rodziną i wyznacza na swego następcę Schuschinga.

Pod pałac zajeżdża ciężarówkami wojsko postawione w stan alarmu przez prezydenta Miklasa. Sprawnie otaczają pałac. Dowodzący oddziałami ogłasza przez tubę: "Na rozkaz Pana Prezydenta Republiki żąda się od zamachowcow, aby w przeciągu kwadransa opuścili pałac kanclerski. Jeżeli po stronie uwięzionych członków rządu nie bedzie ofiar, wówczas rząd zapewnia spiskowcom wolny odwot i przejazd do granicy. Jeżeli wskazany czas minie bez skutku, zostaną podjęte środki przemocy."

Do pertraktacji ze strony spiskowców wystąpił...minister Foy. Domagał się on przybycia von Rintelena jako spadkobiercy wyznaczonego rzekomo przez Dollfussa. Dowódca przybyłych pod pałac oddziałów przerwał mu te wywody i powtórzył ultimatum. Foy starał się jeszcze przeciągać pertraktacje, kiedy na Ballhausplatz zajechał limuzyną ambasador III Rzeszy w Austrii dr Kurt Rieth. Ten zaś w ostrych słowach domagał się od dowodzącego gwarancji dla zamachowców w postaci swobodnego opuszczenia pałacu i przejazdu do granicy, co spotkało się z gwizdami zgromadzonych licznie za szpalerem wojska mieszkańców Wiednia. Dowodzący puścił mimo uszu żądania ambasadora i przez tubę ogłosił ponownie, że czas mija. Po tych słowach spiskowcy w liczbie stu czterdziestu czterech opuścili pałac zostawiając w nim trupa kanclerza Austrii Dollfussa.

Po zdławieniu rewolty przy wydajnej pomocy Mussoliniego, który zamknął granicę uniemożliwiając tym samym wkroczeniu na teren Austrii z terytorium Włoch Legionu Austiackiego nastąpił czas sądów doraźnych i aresztowań. Zabójcy kanclerza Otto Panetta i Franz Holzweber zostali skazani na śmierć. Sensacyjne zaś aresztowania wyższych urzędnikow państwowych, przemysłowców i dowodców wojskowych uświadomily prezydentowi Miklasowi jak kruche są podstawy bytu państwowego Austrii. Aresztowanie szefa departamentu bezpieczeństwa w prezydium policji Steinhausla oraz inspektora policji wiedeńskiej Seydla, czy samobojstwo inspektora Doblera - jawnie wskazywały jaką rolę w hitlerowskim puczu odegrała policja. Komisarz propagandy rzadu austriackiego Wilhelm Adam ujawnił dokument hitlerowskiej APA, który to wytyczał działanie narodowych socjalistów w Austrii. "Elsasse" gazeta wydawana w Starsburgu ujawniła serwis fotograficzny, jaki został przesłany austriackim dziennikom na trzy dni przed zamachem. Zdjęcia miały tytuły: "Powstanie ludowe w Austrii", ale dopiski pod nimi były już groźne: "Von Rintelen, poseł austriacki w Rzymie tworzy nowy rząd!" "Wysadzenie w powietrze gmachu rozgłośni radiowej!", "Pałac kanclerski obsadzony przez powstańców!", "Kanclerz Dollfuss zmarł z powodu ciężkich ran!".

Jednakże część inspiratorów zamachu stanu i jego przywódców zdążyła uciec do Niemiec. Wśrod nich byli polityczny i wojskowy mózg operacji dr Wachter, dowódca bojówek "89 SS Standarte" Fridolin Glass oraz "główny księgowy" przemysłowiec Weydemayer. Von Rintelen próbował popełnić samobójstwo. Po wyleczeniu został skazany w pokazowym procesie w roku 1935 na dożywotnie więzienie.

Pucz hitlerowski załamał się. Adolf Hitler odwołał niefortunnego Rietha ze stanowiska ambasadora, a nowemu powiedział, że jego zadaniem jest: "...w szczególności sprowadzenie od dawna już zmaconych stosunków niemiecko-austriackich na normalne i przyjazne tory." Równolegle w gronie najbardziej zaufanych mówił: "Czas pracuje dla nas. I my temu czasowi staramy się pomóc."








Odsłon: 454



O Maciejuniu i dawnych politykach.




Przeglądam salon i dowiaduję się, że Gabriel Maciejewski ( cóż za literackie nazwisko!) chwali się na swoim blogu własnymi urodzinami!!! I dobrze, pochwalić się przecież można a nawet trzeba, że dopiero teraz odpadły spod nosa solenizantowi grafomańskie smarki, że osiągnął to, co w miedzywojennej Polsce ludzie zdobywali w wieku ledwo lat dwudziestu, ale żeby od razu utwierdzać się z tego powodu w kretyńskim megalomaństwie bałwochciejstwie? Tego absolutnie nie rozumiem i nie zrozumiem, gdyż przed wojną takich Maciejuniów jak nasz Gabryiel było na pęczki, z tą tylko różnicą, że gdy przychodzili do wydawców, to kłaniali się grzecznie, dygali w pokorze jak szare myszki, a nie odgrywali z progu roli archanioła.

Codziennie do "Cyurlika", i nie tylko, ktoś w tych sprawach pukał. Ciekawe, jakby się zachował nasz narcystyczny Maciejunio, gdyby tak trafił na niesympatycznego, bo gburowatego Broniewskiego - zastępcę szefa "Wiadomości Literackich" Grydzewskiego? Pewnie by się zapłakał ze złości jak dzieciak, gdyby zobaczył, ze na jego widok znudzony Władzio dłubie sobie w nosie i prawie nie słucha tego co przyszły literat ma mu do przekazania; wreszcie że w "Wiadomościach" nikt jego cudownie prawdziwej niedźwiedziej bajki przyjąć do druku nie chce, że nawet prorządowe "ABC" wypięło się na jego literacki talent ostatnią stroną. Tymczasem pojawia się na tej scenie rozpaczy czarodziej Braun, i z literackiego grodziskiego plusa ujemnego robi fałszywy plus dodatni, czyniąc tym samym złą robotę, bo swoją osobą i zdaniem utwierdza potencjalnych czytelników, w tym i samego megalomana od skór niedźwiedzich, że narodził się niemal drugi Hłasko!

Świat literacki zszedł dawno na psy, i nie ma się co temu dziwić, bo wszystko co było piękne, cudownie satyryczne i mądre wymarło, ewentualnie wyemigrowało i tam umarło, zostawiając w kraju jedynie najgorsze z polskich cech: nieudolność stawrzającą pozór wprawy, chamstwo mieniące się kulturą, niezręczność towarzyską przekuwaną w savoir vivre, wreszcie kumoterstwo pokazywane szerszej publiczności jako samorodny talent.



"A teraz coś zupełnie z innej beczki", jak mówili chłopcy z Monty Pythona.



Mamy dzisiaj pierwszy marca. Od niedługiego czasu oficjalnie ustanowiony przez państwo polskie jako Dzień Podziemia Niepodległościowego zwanego także "Żołnierzami Wyklętymi" lub (ta nazwa jest zdecydowanie lepsza) "Żolnierzami Niezłomnymi". Na tę jakby nie było kolejną smutną rocznicę przytoczę taką kompilację - jakby wspomnienie złożone z dwóch wywiadów które to udzielili Wańkowiczowi w Rumunii tuż po zakończeniu kampanii wrześniowej minister spraw zagranicznych Józef Beck i marszałek były Naczelny Wódz Edward Rydz-Śmigły. Może na pierwszy rzut oka owe wywiady nie mają nic wspólnego z powojenną rzeczywistością walczących o przeżycie Żołnierzy Niezłomnych, ale niestety tak nie jest, bo to właśnie dzięki przedwojennej polityce zagranicznej i wojskowej obu panów wspominani dzisiaj przez naród żolnierze zostali tak srogo potraktowani przez tamten powojenny czas.

Wańkowicz i Józef Beck

"Z Beckiem rozmawiałem od piątej po poludniu do pół do drugiej w nocy z przerwą na obiad, w czasie którego zresztą kontynuowaliśmy rozmowę. Wyliczał sukcesy ostatniego miesiąca swego urzędowania: traktat sojuszu z Anglią z dnia 25 sierpnia 1939 r. (podkreślał, że odczasów napoleońskich Anglia nikomu takiego sojuszu nie ofiarowała); odmowa przez Węgry przepuszczenia wojsk niemieckich wsparta zagrożeniem wysadzenia tuneli; droit de residence uzyskane na rządzie rumunskim na podstawie precedensu belgijskiego z tamtej wojny ( a więc uzyskane podstawy dla przeniesienia funkcji państwa); droit de passage jeszcze na polskiej ziemi imieniem króla rumuńskiego ( a więc możność dla wojska przybycia i opuszczenia Rumunii. Beck wierzy w zwartą koalicję, w to, że zasiądziemy do stołu obrad jako kontrahenci, gdy np. Czesi stać będą za drzwiami; cóż stąd, że Lloyd George, kiedy jeszcze krew nie obeschła, miał czelność naszemu posłowi powiedzieć, że Polska nie zasłużyła na pomoc jako kraj reakcyjny; że Halifax, minister spraw zagranicznych, wyrzuca Polskę zza Bugu, wskrzeszając linię Cruzona? Ale Beck zwraca uwagę, że kiedy przez radio przemawiał król, grano tylko hymny angielski, francuski i polski.

Nie mogąc przebić tej konwencji optymizmu, schodzę na pozycję pytań formalnych. Przez parę godzin Beck mówi o propozycjach Rosji, o polskiej odmowie, o rozmowie z ambasadorem ZSRR Szaronowem, który jeszcze 11 września deklarował się udzieleniem benzyny. A jakaż była linia naszej polityki zagranicznej? Minister odpowiada, że na tej linii leżały cztery zadania: traktat mniejszościowy, który z rzucilismy; nawiązanie stosunków z Litwą, czego dokonaliśmy; odzyskanie Zaolzia, co osiągnęliśmy; nie oddanie Gdańska - o co toczy się wojna. Nie należy bowiem zapominać, że to walczy koalicja, że zasiądziemy przy stole itp. (...) Czy minister Beck liczył się z możliwością agresji niemieckiej? Odpowiedź jest - obfita. Beck mówi, jak przed Hitlerem Niemcy uważali Polskę nie za partnera, a za obrazę osobistą, i jak on postanowił przekonać swiat, ze w stosunku do Polski możliwa jest nie tylko staropruska polityka. Ale...czy oczekiwał agresji? Więc znowu o widzeniach z Hitlerem, o tym, że Hitler cofa się w dysksji, że daje sobie wytłumaczyć różne rzeczy. Że uległ w sprawie polskiej Ribbentropowi, który jest głupim człowiekiem. Sprawdziło się jego zapewnienie, że Europa nie ruszy się w sprawie Sudetów, Hitler mu wierzył, kiedy to samo zapewnienie dał w sprawie Polski [...] (...)

Ale...czy pan minister liczył się z agresją? Panie ministrze - pośpieszyłem stuszować natarczywość- rozumiem, że to łatwo mówić po fakcie. Ale czy zabranie Zaolzia było na czasie? (Nb. sam miałem fanfary na sumieniu z tego powodu)

- Byliśmy tylko konsekwentni, nie chcieliśmy otrzymywać mniej niż Niemcy. / - Jeden koń, jeden zając - mruknałem, ale znowu stuszowałem - czy właśnie przy konsekwentnej linii generalnej nieprzykładanie ręki do tego nie byłoby słuszniejsze? / - Co pan wciąż o tej linii? Gdyby w polityce zagranicznej można było raz na zawsze określić linię, nie byliby potrzebni ministrowie spraw zagranicznych. (...) Jeszcze w lutym 1939 r. sądziłem, że Hitler nie ma ostatecznej decyzji, że agresja niemiecka może pojść Dunajem na południowy wschód Europy."

Wańkowicz i Edward Rydz-Śmigły

"Marszałek mówił z właściwym sobie ujmującym uśmiechem, ale ten uśmiech nie miał ognia. Mówił, jak po śmierci Piłsudskiego zastał stan mobilizacji grożący katastrofą, oparty na fikcji 46 dywizji, kiedy 30 dywizji bylo marzeniem nie do spełnienia; nie było ani jednego działka przeciwlotniczego, ani jednego pepanca z wyjątkiem granatów z 1920 r. / - Jeszcze w czasie dni litewskich - mówił - skóra na mnie cierpła. Kosztorys najskormniejszych umocnień na zachodzie wynosił półtoraroczny calkowity budżet polski. A przecież fortyfikowaliśmy wschód. Skromny plan dozbrojenia, niechby choć 6 pepanców na pułk, puchł do trzech, czterech, wreszcie pięciu miliardów. Cóż miałem robić? - podniósł swoje wyraziste, pełne cierpienia oczy - nie jestem fachowcem ekonomistą. Kwiatkowski mówił, że dalej iść nie możemy. Zebrałem finansistów, orzekli, że nie nagrzebią więcej jak 180 milionów. Rzuciłem słowa, za które chcieli podawać się do dymisji...(...) Od wiosny częściowo mobilizowaliśmy, to jakże się burzono!...Jakie listy pisano do rodzin!...Trzeba znać nasz naród, niecierpliwy, niewytrwały. Z grupy śląskiej miałem ponad 1000 dezercji do Niemiec. Jak można było stale trzymać Polskę pod bronią? I za jakie środki? Przecież Niemcy mieli klucz sytuacji; własnie wówczas by czekali, aż nas zje mobilizacja.

/ - Ale ją wstrzymano na dwa dni przed wybuchem wojny. / - Bo sojusznicy drżeli, abyśmy nie robili czegokolwiek, co by mogło być przez Niemcy podane jako polska prowokacja. / - A ich pomoc? / - Mieli uderzyć całą siłą. / - Gdyby nawet. Czyż nie liczyliśmy się, że broń pancerna nas zgniecie? / - Muszę przyznać - mówi z rozbrajającą i przerażającą prostotą marszałek - że nie doceniłem aż tak dalece znaczenia broni pancernej. - Pomilczał - Gdyby to taka wojna jak w 1920 r., to moglibyśmy się opierać. / - Jaka więc była koncepcja? / - Jakąż koncepcję mieć można przy tym położeniu geopolitycznym? Ale czy można było sączyć wątpliwości w naród, który ma walczyć? / - To łudzenie spwodowało dziką ewakuację. / - Za ewakuacje odpowiadają władze cywilne. / - Oficerowie też ewakuowali się z żonami i betami. / - Oficerowie nie ewakuowali się z żonami i betami - mówi z rozdrażnieniem. / - Oficer też nie był szkolony na to, że pozostanie w linii bez rozkazów. / - Rozkazy były do końca wydawane hughesem i przez samoloty. / Zamilkłem skonsternowany.

- Mówią...że jestem...tchórzem...że...uciekłem... Mówią, że jestem tchórzem - Śmigły nabiera w siebie powietrza. Stanął mi przed oczami urzędnik konsulatu, natrząsający się do "petentów" ze Śmigłego-Zająca, dokładne wyliczanie w "Cafe Elizabeth", co było w ciężarówkach Rydzowej, plotki o tym, jakie słowo rzucił w Rolls-Royce jakiś kapitan przy przejeżdżaniu mostu z Kut, podśmiewanie się z żołnierzy, że znaleźli się w Rumunii "szlakiem marszałka", podśmiewanie się, że Rydz nosi spodnie na pasku, bo mu wszystkie guziki Niemcy oberwali (aluzja do mowy, w której zapowiedział, że nie oddamy ani guzika), fotomontaże w prasie niemieckiej, uśmiechniętego Śmigłego-Rydza na tle zmęczonych jeńców polskich z podpisem, że Feigling (tchórz) bawi w kurorcie, obficie czerpiąc ze złota, które wywiózł.

- Miałem trzy rzeczy do wyboru - marszałek opanował głos - to było: 1) walczyć 2) odebrać życie 3) pójść do niewoli. Walczyć, nie miałem więcej jak pół kompanii, to znaczy skierować z pistoletami na czołgi oficerów sztabowych, dorobek dwudziestolecia teraz tak potrzebny. Odebrać życie, to znaczy stwierdzić przegraną. Lecieć do Warszawy?... Wstrząsnął się: - Za nic w świecie nie chciałbym dostać się do niewoli. Sądziłem, że wojska przejdą do Francji. Były nawiązane kontakty. (...)

Marszałek wykazał się hartem ducha i...wrócił do okupacyjnej Warszawy, gdzie zmarł na serce.

Odsłon: 203



Żołnierze i stowarzyszenia.




Przeczytałem na portalu Karnowskiego, że w telewizji publicznej, w programie "Bliżej" Jana Pospieszalskiego zebrało się szacowne grono : sam Karnowski, Ziemkiewicz "Do rzeczy", Wildstein - ale Dawid "GPC" i Bosak z kwartalnika "Rzeczy wspólne". Burzliwa dyskusja dotyczyła Żolnierzy Wyklętych. W jej trakcie (w/g wpolityce.pl) stwierdzono przed kamerami autorytatywnie, że pamięci o polskim antykomunistycznym podziemiu prosowieckiej władzy nie udało się zabić; przy okazji po raz kolejny został udowodniony na ekranie antypolonizm Michnika i Blumsztajna. Oficjalnie mówiąc jezykiem młodzieżowym program był poprawny, bo "grał i buczał".

Oczywiście nie można odmawiać wzburzonym recenzentom historii, że głosili nieprawdę. Fakt jest faktem, komunistyczni zbrodniarze z UB, sędziowie na usługach PPRu (wielu z nich miało nie aryjskie pochodzenie) wymarli nie nękani, lub jeszcze żyją w spokoju i mają się świetnie, w przeciwieństwie do swoich ofiar.Temu faktowi nie da się zaprzeczyć. Mam jednak małą wątpliwość, czy sami żołnierze są tym wszystkim tak zainteresowani jak media w osobach dziennikarzy. Wielu z nich zmarło w zapomnieniu i w nędzy; ci co żyją (pewna ich część) nie chce nawet wracać do tamtych czasów, aby nie rozdrapywać w sobie zasklepionych ran. Spotkałem takich na swej drodze, mam takowych w rodzinie, a tutaj coraz cześciej się o nich mówi. Pamiętam, jak kiedyś w domu gorąco komentowano postawę pewnych osób, które mając w czasie wojny po niecałe dziesięć lat szukali na siłę wejść do ZBOWiDu aby dorobić sobie w ten sposób do pensji dodatkowe pieniądze. Podobnie było z różnymi takimi, co to chcieli, aby im poświadczać, że byli w AK, a nie byli z braku zaprzysiężenia.

Piszę o tym ze złością, bo słyszę, że obecnie powstało Stowarzyszenie Rodzin Żołnierzy Wyklętych. Nikomu nie odmawiam praw do stowarzyszania się, ale z całym szacunkiem, w tle tej nowo=powstałej planszy patriotycznej czuję i widzę jednak sprawę przyziemną - forsę. Może jest to i słuszne postępowanie, baa, nawet pewnie i potrzebne w dzisiejszych, okradanych ze wszystkiego przez Tuska i ferajnę czasach. Ale kiedy rozmawiałem, czy to z byłymi powstańcami warszawskimi, czy też z tymi co siedzieli po wojnie w lesie (ci byli zazwyczaj ze względów zrozumiałych mniej chętni do rozmów dotyczących ich przeszłości żołnierskiej) i pytałem ich, czy domagaliby się jakiegoś zadośćuczynienia od Polski, gdyby ta była wolna (rozmowy odbywały sie w czasach głębokiej komuny) za przelaną krew i wynikające potem z tego upokorzenia, odpowiadali zgodnie patriotycznym sloganem, że za pieniądze i dla pieniędzy się nie bili, walczyli tylko o wolną Polskę.

Odsłon: 82


Coś.




Sięgam pamięcią wstecz. Zamykam oczy i widzę jak siedzę przy niskim stoliku, i zaciskając język kaligrafuję stalówką nie całkiem okrągłe zdania, co i rusz przykrywając rozbryzgnięte kleksy bibułą. W drugim kącie salonu siedzą dorośli i grają w brydża, skąd dochodzi perlisty śmiech i tajemnicze "Dwa bez atu", "rekontra", "plaża". Przy moim stoliczku razem ze mną siedzi córka jednej z "cioć", pyzata Madzia uczesana w dwa mysie ogonki z kokardkami. Ona z kolei nie pisze jak ja, tylko rysuje jakiś pałac. Nagle od brydżystów odrywa się postać, starszy pan (znakomity przedwojenny humorysta i poeta) i kieruje swoje kroki tam, gdzie mężczyźni-brydżysci czasem idą gdy chcą, czyli do stolika na kółkach, który na swoim grzbiecie znosi z wielką cierpliwością masę różnokształtnych butelek z kolorowymi nalepkami. Starszy pan wybiera sobie jedną z nich, nalewa do szklaneczki złoty płyn, i podchodzi nieoczekiwanie do naszego stolika. Zagląda nam z góry ciekawie przez ramiona, po czym pyta: "No, co tam dzieci tworzycie?" "Pokaż chłopcze" zwraca się nieoczekiwanie do mnie, a ja ze wstydem i lekką niechęcią pokazuję mu swoje "dzieło". "Widzę, że bawisz się w pisarza" ( obiecałem sobie wówczas, że napiszę trzecią część przygód Tomka Sawyera. Zapisane miałem już trzy zeszyty, a że brydża nie lubiłem....) mówi starszy pan i klepie mnie przyjacielsko po plecach, po czym daje mi krótką notę: "Masz, widzę chłopcze, bystre pióro, ale sam warsztat w literaturze nie wystarcza, trzeba mieć jeszcze do tego to "coś".

Te słowa zapamiętałem sobie do dziś, dlatego gdy mam coś kupić w księgarni lub zamówić przez net staram się znaleźć w wydanej pozycji to zakodowane w pamięci "coś", gdyż mamy w Polsce wielu takich, co to chłopcami i dziewczynkami wprawdzie już nie są, bystre pióro i owszem posiadają, warsztat jak trzeba też u nich jest, lecz brakuje im właśnie tego "coś". A takie "coś" miał w ręku np. pan Tadzio-Tadzio zarabiający w młodości na klasycznym kiczu w Expressie Porannym" 25 złotych dziennie za odcinek. Takie "coś" miał też w sobie jowialny Fiszer komentujący ze swadą artystyczne dokonania kolegów, czy też wspaniały, niedościgły, choć wiecznie płuczący sobie gardło Karakuliambro, co zdrajcę poznawał na doległość nawet gdy był na rauszu, i wielu, wielu innych. Tego "dawnego "coś" nie mają już niestety dzisiejsi, współcześni antyPrusowie aspirujący zawzięcie do miana wielkich i znanych Faraonów reportażu i powieści.

Odsłon: 677

Ale tylko dlatego, że jakiś bloger dał koment pt: "super", to wystarczyło.
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Margarita
Gość






PostWysłany: Sob 16:40, 02 Mar 2013    Temat postu:

Wierszyk egzotyczny x dawien dawna do spółki za sprawą mh+n+sp.

Mieszkała na Samoa
Gdzie morze grzmi dokoła
i sama była goła
w samotni pędząc dnie.
Iaorana, iaorana he!

I przyszedł cudny Malaj,
Co rzekl jej: "Nie nawalaj,
Całować mi się dawaj,
Ja po malajsku chcę.
Iaorana, iaorana mala-ę!

Z mych objęć cię nie puszczę,
Gdyż ja się z tobą puszczę,
Chodź uciekniemy w puszczę,
Jak gekon, lampart, lew!
Iaorana, iaorana blef?

Lecz wkrótce w krzaki wsiąkli.
I zaraz byli w dżungli.
Gdzie indziej by nie mogli.
Tak dziki kraj, psiakrew!
Iaorana, iaorana ew!

Nie dbając o opinię,
Za dom obrali pinię,
I zanim szał nie minie,
Pragnęli mieszkać tam.
Iaorana, iaorana am!

Więc żyli jak żąn z mężem,
On walczył swym orężem,
Ona doiła węże,
Nim kładli się do snu.
Iaorana, iaorana muu!

A splatał ich w śnie tym trans,
Aż płakał gekon, szympans,
Na wszelki brak przy ich szans,
Gdyż wzrok mogł ledwie znieść.
Iaorana, Iaorana eść!

A słoń, King olbrzym samby,
Na końcu swojej trąby,
Wgrywał im jazzrumby,
Gdy doszła ku mu wieść.
Iaorana, iaorana.
Cześć.
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Margarita
Gość






PostWysłany: Sob 21:29, 02 Mar 2013    Temat postu:

Krótka piosenka francuska.

Se siiibą
Jak ten czas szybko mknie!
Czy utulisz dziś mnie?
Pokochasz z całych sił?

Ręka twa lawiruje jak łza,
Spływa po ciele mym,
I jest mi dobrze z tym...

Se siiibą, po prostu se siiibą.
Zawładnełeś już mną,
I nie mam wyjścia stąd!

A gdy ranek otworzy oczy swe,
To zobaczy na łóżku ciało twe,
pogrążone we śnie,
A przy tobie też mnie.
Po prostu se siiibą!

Teraz morał już czas opowiedzieć
Że putanę poznaje się w biedzie.
Se siiibą, to tylko słowa dwa,
Ale czar jeszcze twa i łączy ciała dwa!



i równie krótka, kubańska.

Quanta-na-mera
Szukam klienta frajera,
Może mi wybluli
Kilka dolarów do puli?

Dawniej bywały to czasy
Zjeżdżały się tu junajted masy,
A teraz Fidel kopany,
Zamknął nam wszystkie bary!

Quanta-na-mera,
Szukam klienta frajera
Może mi wybuli
Kilka dolarów do puli?

Dawniej bywały to czasy,
Zjeżdżały tu się gringo masy.
Dawniej bywały to czasy,
Pieścił mnie młody i stary!

A teraz Fidel kopany,
Zamknął nam domy i bary.
Ciekawa jestem czy w Moskwie,
Życie jest równie radosne?

Quanta-na-mera,
Szukam klienta frajera.
Może mi wybuli,
Kilka dolarów do puli....?
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Margarita
Gość






PostWysłany: Sob 22:01, 02 Mar 2013    Temat postu:

Wir Wollen Heim Ins Reich".




W roku 1921 powstała w Bielsku z incjatwywy tamtejszej mniejszości niemieckiej JDP (Jungdeutsche Partei in Polen) kierowana przez inż. Rudolfa Weisnera. Do roku 1933 była ledwie niewielką, nic nie znaczącą partyjką. Sytuacja ta zmieniła się diametralnie po dojściu do władzy Adolfa Hitlera, gdyż sprawa zamieszkującej Polskę mniejszości niemieckiej w liczbie 727 tyś. była dla polityki Berlina niezwykle istotną. Równolegle z drugiej strony, ze strony mniejszości, problem zamieszkania był problemem narastającym z racji tego, że mniejszość niemiecka w Polsce lat międzywojennych swój status uważała jedynie za chwilowy, bo siłą rzeczy ciążyła w stronę Vaterlandu, uznając ziemie przez siebie zamieszkiwane za tymczasowo odłączone-oderwane od wielkich Niemiec, traktując ten fakt jako wielką "niesprawiedliwość dziejową". Mniejszość ta stanowiła więc trwałe chociaż utajone zagrożenie dla interesów państwa polskiego.

Nastawienie to wzmagała intensywna propaganda niemiecka wyrażająca się również w działalności przeróżnych partii i organizacji oraz stowarzyszeń, które to dbały w sposób jawny, aby "zwiazek krwi" nie uległ zapomnieniu, by niemczyzna nie uległa polonizacji i asymilacji z młodą II RP. Mniejszość niemiecka obok wspomnianych partii politycznych, posiadała własnych przedstawicieli w sejmie i senacie, dysponowała także szeroko rozbudowanym zapleczem sportowo-kulturalno-gospodarczym. Na terenie Polski wydawano ponad 100 dziennikow i periodyków w języku niemieckim. W rękach mniejszości były duże zakłady przemysłowe, kopalnie, firmy handlowe, majątki ziemskie a na wschodzie Polski bogate gospodarstwa kolonistów. Ten ogromny wachlarz partii, stronnictw czy kół gospodarczych chociaż w terenie niezbyt często ze sobą współpracujących, a czasami z pomocą polskich władz wręcz rywalizujących, w polskim parlamencie stanowił zawsze zwartą i solidarną grupę.

Wkrótce po podpisaniu przez Polskę i Niemcy paktu o nieagresji, na terenie Rzeczpospolitej powstało na Pomorzu inspirowane przez hitlerowską AO "Zjednoczenie Niemieckie" (Deutsche Verenigung) w skrócie DtV. W którego skład weszły działające od dawna w Polsce mi.in.: "Blok Jedności" z poznańskiego oraz "Blok Młodoniemiecki" z Pomorza. Początkowo prezesem DtV był Eryk von Witzleben lecz prawdopodobnie nie pełnił on swej misji należycie, skoro prezesurę po nim przejął znany ze swoich narodowo-socjalistycznych poglądów oraz pełnego oddania Berlinowi dr Hans Kohnert. Jednocześnie o czym napisałem na początku, rozwijała się w tempie błyskawicznym nie mająca do tej pory większego znaczenia wspomniana partia Weisnera. Po roku 1930 JDP stała się za sprawą, prawdopodobnie także Warszawy, partią masową. Z biegiem krótkich lat międzywojennych zdołała ona objąć swoim zasięgiem cały Śląsk a następnie rozpoczęła partyjny marsz na północ. Powstanie DtV było więc niejako odpowiedzią tamtejszych organizacji na działania bielskiej JDP. Od tego momentu każda z partii starała się zdystansować przeciwnika. Sęk w tym, że JDP w odniesieniu do DtV pracującej milczkiem, była jakby "polską odmianą" niemieckiej NSDAP. Działania JDP charakteryzowały się bowiem niewybredną propagandą, bójkami z przeciwnikami politycznymi, kłótniami na zlotach partyjnych i w prasie mniejszościowej oraz i w tym, że młodzież ubierała się w mundury ze swastyką, organizowała mini pochody z ogniami, tworzyła wreszcie własne, brutalne oddziały SA, a swego wodza Rudolfa Weisnera partia ta uznawała wręcz za fuhrera wszystkich Niemcow w Polsce. Założenia takie wynikały z głębokiego zamysłu "Dwójki", która widząc agenturalność niemieckich parti i stowarzyszeń usiłowała je rozbić od wewnątrz ich własnymi pomysłami. Niestety, polityka Becka zakładająca "aby nie zadrażniać stosunków z wielkim sąsiadem" zlikwidowała na pniu plany polskiego wywiadu.

Ta ucieczka do przodu wykonana w polityce przez ministra spraw zagranicznych Polski doprowadziła jedynie do tego, że DtV zaczęło być także ruchem masowym głosząc "odnowę każdego Niemca w duchu narodowo-socjalistycznym", i co gorsza z tą różnicą od JDP, że swoją masową indoktrynację DtV przeprowadzało wewnątrz wchłoniętych przez siebie stowarzyszeń, usiłując także umieszczać swoich ludzi w polskich urzędach państwowych, samorządach, spółdzielniach, a wszystko to w poszanowaniu obowiązującego w Polsce prawa, które to na pozór tylko szanowano. Utrudnienie działań polskiego wywiadu w zakresie rozpracowywania niemieckich ruchów mniejszościowych, wielokrotne w poźnieszych latach "ukręcanie łba" sprawie w imię dobrych obopólnych stosunków doprowadziło w efekcie do tego, że JDP i DtV znalazły się pod ścisłym zarządem Volksdeutsche Mittelstelle i jej szefa (prowadził równocześnie Konrada Henleina i jego SDP) SS-gruppenfuhrera Wernera Lorenza działającego w ramach AO.

Jakby tego było mało w Warszawie w Alejach Ujazdowskich była filia, biuro NSDAP. Działało w niej blisko 3 tyś. obywateli polskich mających równolegle obywatelstwo niemieckie (Reichdeutsch). Ludzie ci byli kurierami pomiędzy Berlinem a wszystkimi organizacjami politycznymi w Polsce. Scalanie i zjednoczenie się pod herbem swastyki doprowadziło do zaniku lub wchłonięcia tych niemieckich organizacji mniejszosciowych, którym ani z JDP ani DtV nie było po drodze, mam tutaj na myśli stowarzyszenia katolickie i ewangelickie prowadzące działalność oświatową i dobroczynną. W maju 1933 roku Otto Ulitz przywódca śląskiego Volksbundu wyznał na zlocie w Katowicach: "My, Niemcy w Polsce, jestesmy wszyscy narodowymi socjalistami".

Brak reakcji ze strony władz polskich, częstokroć zmuszanych do takich działań przez zagraniczną politykę Józefa Becka, na ukrócanie zapędów hitlerowskich w Polsce doprowadziło do powstawania grup o charakterze czysto dywersyjnym, terrorystycznym jak: National Sozjalistiche Deutsche Arbeiterbewegung- NSDAB (Narodowo Socjalistyczny Niemiecki Ruch Robotniczy), Wanderbud (Związek Turystyczny), "Die Schwarze Hand", "Die Schwarze Schaar". Na murach polskich miasteczek i miast położonych w bliskości niemieckiej granicy, lub tam gdzie mniejszość niemiecka była sporą, pojawiały się malowane ręcznie swastyki. Ubliżano także publicznie przechodniom, Polakom na ulicach, jawnie także grożono słowami: "My, tu jeszcze będziemy rządzić, a wtedy dla was drzew zabraknie." Równlegle trwała propaganda za oderwaniem Górnego Śląska od Polski oraz przyłączenia Gdańska i Pomorza do Niemiec.

Działania te nagłośnione przez polską prasę wreszcie zmusiły polskie władze do reakcji i na przełomie lat 1936/1937 doszło do fali aresztowań twórców i likwidacji prohitlerowskich bojówek na terenie Polski. Była to jednak kropla w morzu potrzeb. Na miejscu zlikwidowanych pojawiały się nowe, zakładane i kierowane przez przysyłanych w tym celu z Niemiec instruktorów rodem z SS czy SA. Poza tym procesy wytaczane bojowkarzom ciągnęły się długo. Oskarżeni składali odwołania i apelacje, w czym wspierała ich prasa w Niemczech, wypisująca elaboraty, że strona polska podkopuje przyjaźń niemiecko-polską aresztując i skazując "niewinną młodzież". Wielokrotnie więc pod takim naciskiem, jak również ze strony władz polskich, polskie sądy w uzasadnieniach znajdowały niemal zawsze okoliczności łagodzące i ferowały bardzo łagodne wyroki.

Tymczasem niemieckie ośrodki kulturalne w Polsce, kluby sportowe, chóry śpiewacze, stowarzyszenia biblioteczne, religijne zrzeszające ludzi jednego zawodu prowadziły intensywaną działalność wywiadowczą na rzecz Niemiec. Wywiad ten dotyczył niemal wszystkiego co się w kraju działo: od naprawy mostów po lokalizację dróg gdzie akurat położono asfalt lub kostkę brukową. O ziemi kupowanej i o ziemi sprzedawanej. Informacje o zadłużeniu sąsiadów w bankach i topografii podwórek, informowano nawet o ilości chleba dostarczonego polskiemu wojsku stacjonującemu w koszarach. Dane te wysyłano pocztą dyplomatyczną lub drogą kurierską. Pozwalały one przyszłemu agresorowi na opracowanie bardzo dokładnych map, sporządzenie rzetelnych statystyk.

cdn.
Odsłon: 228 |
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Margarita
Gość






PostWysłany: Sob 22:02, 02 Mar 2013    Temat postu:

"Wir Wollen Heim Ins Reich." (2)




W roku 1938 szpiegostwo niemieckie sięgnęło niemal zenitu. Policja wykrywała już nie dziesiątki a wręcz setki większych lub mniejszych działań szpiegowskich ze stron mniejszości niemieckiej w Polsce, co spowodowało sugestie ze strony polskiego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, by ujawnić posiadane w tych sprawach dowody w stosunku do osób, organizacji i kierownictwa mniejszości niemieckiej. Wskutek nacisku ministra spraw zagranicznych Becka, który jak wiadomo obawiał się wszystkiego co mogłoby zepsuć realacje polsko-niemieckie, do takiej akcji nie doszło. Rok wcześniej rząd niemiecki wystąpił do Polski z propozycją dwustronnego układu "O wzajemnej ochronie mniejszości narodowych". Mimo, że układ ten ograniczał i tak skromną suwerenność Związku Polaków w Niemczech oraz w Wolnym Mieście Gdańsku, Józef Beck pod osobistym naciskiem Hitlera zgodził się na podpisanie tej deklaracji. Podpis ten złożył w listopadzie 1937 roku.

Nieco wcześniej szef AO Ernest Bohle dokonał ostatnich kroków, by zapewnić sobie kierownictwo nad całą mniejszością niemiecką w Polsce, którą w jego imieniu sprawował SS-gruppenfurher Lorenz. W dniu 5 listopada 1937 roku, tuż po podpisaniu przez stronę polską w osobie ministra Józefa Becka deklaracji "O wzajemnej ochronie mniejszości narodowych" w kancelarii Rzeszy odbyła się tajna narada. Tego dnia o godz. 16.30 w gabiecie Hitlera zasiadło obok niego sześć osób. Byli to: minister spraw wojskowych marszałek Werner von Blomberg, dowódca wojsk lądowych gen. Werner von Fritsch, dowódca marynarki wojennej admirał Erich Raeder, dowódca flot Luftwaffe Hermann Goring, minister spraw zagranicznych baron Konstantin von Neurath oraz adiutant i sekretarz Hitlera Friedrich Hossbach. W trakcie narady przedyskutowano najbliższe plany Niemiec jakimi były: anschluss Austrii, rozwiązanie kwestii sudeckiej i litewskiej oraz problem gdański.

Zgodnie z tymi planami powstały i zaczęły działać w Polsce tajne organizacje zbrojne, Selbstchutu w Wielkopolsce i na Pomorzu oraz Freikorpsu na Śląsku. W lesie niedaleko majątku obywatela polskiego, ziemianina Rodenackera z Celbowa w pomorskim znaleziono opaskę ze swastyką. Ta opaska naprowadziła policję na niezwykłe znalezisko. Oto w zabudowanich ziemianina odbywały się regularne ćwiszenia wojskowe w pelnym umundurowaniu. Obowiązywał regulamin wojskowy Wehrmachtu, a nadzór nad ćwiczeniami sprawował przybyły z Wolnego Miasta Gdańska instruktor. W trakcie przeszukania zabudowań znaleziono w nich broń i materiały wybuchowe. Rodenacker wyznał w trakcie śledztwa, że czas "wyzwolenia Pomorza" jest bliski.

'Wyzwolenie" polegało w pierwszej kolejności jednak na tym, że mniejszość miała na bieżąco informować władze niemieckie o sytuacji wojskowej i gospodarczej Polski. Miano wydawać "opinie" o poszczególnych swoich sąsiadach, znanych miejscowych funkcjonariuszach administracji państwowej czy działaczach społecznych. "Opinie" te trafiały potem do rąk gestapo, gdzie skrupulatnie konstruowano z podanych nazwisk obszerne listy osób przeznaczonych do likwidacji.

W październiku 1938 roku zarówno Austria jak i Sudety znalazły się w granicach Niemiec. Tuż po traktacie z Monachium minister Rzeszy Joachim Ribbentrop wzywa więc na rozmowę ambasadora Polski w Berlinie Józefa Lipskiego, by przedyskutować z nim "możliwość" przyłączenia WMG do Niemiec oraz zbudowania eksterytorialnej autostrady i linii kolejowej przez tzw. korytarz pomorski. Rozmowa ta oznaczała kres proniemieckiej polityki Becka. Być może spotkanie Lipski-Ribbentrop było też wyznacznikiem do dalszych działań wywrotowych prowadzonych na terytorium Polski przez mniejszość niemiecką. 10 września 1938 na zjeździe organizacji niemieckich w Bydgoszczy szef DtV dr Kohnert bez krępacji domaga się z mównicy specjalnych praw i przywilejów dla Niemców w Polsce, zapowiada walkę o ich "słuszne" prawa oraz apeluje o utworzenie ogólnoniemieckiej organizacji w Rzeczpospolitej. Jakby tych było oczywiście za mało. Na podobnym wiecu w Poznaniu podobne hasła głosi przywódca JPD Wiesner. Natomiast niemiecki "opiekun" polskich Niemcow Lorenz w imieniu podległej sobie Volksdeutsche Mittelstelle wysyła do niemieckiego MSZ memorandum, w którym uskarża się "na nieznośną sytuację mniejszości niemieckiej w Polsce i konieczności interwencji w tej sprawie ze strony Rzeszy", zaś gen. Haushofer dociera aż do samego Hitlera, by mu się poskarżyć na prześladowanie Niemców w Polsce i uzyskać zapewnienie, że fuhrer "nie zamierza dłużej znosić tego stanu rzeczy".

Te informacje nagłaśniane przez prasę hitlerowską a powielane w Polsce powodują, że lasy polskie których właścicielami są Niemcy wręcz kipia od przeprowadzanych w nich ćwiczeń z bronią. Majątki te wizytowane są przez insturktorów z Rzeszy. Takim instruktorem jest późniejszy szef Selbstschutzu na Pomorzu Ludolf Alvensleben. Rok 1938 upływa Niemcom w Polsce na skrupulatnym wyławianiu z polskości co niemieckie i łączeniu znalezisk w jedno, rzecz jasna oficjalnie. Nieoficjalnie prowadzone są pełną parą przygotowania do zbrojnego wystąpienia. Niemcy przestają się kryć. "Tutaj przyjdzie Hitler!"- krzyczą, i nie pomagają na te krzyki wyroki sądowe za obrazę i zniewagę państwa polskiego. Firmy będące w Polsce pod zarządem niemieckim zwalniają polskich robotników pod zarzutem...używania języka polskiego. Niemieccy koloniści dokonują gwałtownych remontów swoich domów i ogrodzeń. Drewniane płoty zamieniają na murowane z cegły i kamienia. Równolegle wzmaga się napływ "turystów". Terytorium Górnego Śląska i Pomorza dosłownie zalane jest "gośćmi" z Niemiec. Przeważnie są zmotoryzowani, jeżdżą swobodnie po regionach, do których przybyli z "odwiedzinami", łącząc je jednocześnie z wielką pasją fotografowania. W stosunku do polskiej ludności nastawieni są wrogo, zaś lokalne władze traktują pogardliwie i lekceważąco. Do wojewodów i starostów spływają meldunki o wzmożonej akcji szpiegowskiej. W związku z tym wojewodowie próbują temu przeciwdziałać, lecz ich zarządzenia są anulowane na skutek skarg przedstawicieli mniejszości i interwencji niemieckiego ambasadora.

W początkach 1939 roku szef JDP Wiesner nakazał swojej partii aby wyodrębniła się przez swych wyborców ze społeczeństwa polskiego. JDP winno bowiem podkreślać narodowość nie tylko przez używanie języka niemieckiego, głosi Wiesner, ale także przez styl życia. Stylem było: posyłanie dzieci tylko do szkół niemieckich oraz zatrudnianie w niemieckich firmach tylko Niemców, bojkot polskich sklepów i zakładów rzemieślniczych, lokowanie oszczędności tylko w polskich oddziałach Deutsche Banku, nienawiść do Żydów. Jedynie do prac gorszych można było zatrudniać Polaków pod warunkiem wydawania im poleceń po niemiecku.

cdn.







Odsłon: 238
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Margarita
Gość






PostWysłany: Sob 22:05, 02 Mar 2013    Temat postu:

"Wir Wollen Heim Ins Reich". (3)




W 1939 roku, w połowie marca Polska odrzuca żądania niemieckie w sprawie korytarza. Odpowiedzią jest słynna mowa kwietniowa (28 kwietnia) Hitlera i niemniej sławna majowa riposta Becka, w której odważył się wreszcie rzucić Niemcom w twarz słowa, że: "Polska od Bałtyku odepchnąć się nie da!" Zatem skoro nie da, należy stamtąd wyprowadzić atak przeciwko niej. I wyprowadzono. Centrum antypolskich demonstracji i incydentów staje się teraz Wolne Miasto. W mieście powstaje tzw. Legion Gdański złożony ze studentów Politechniki Gdańskiej oraz młodych uciekinierów z Pomorza. Legion ten jest drugim po założonym wcześniej w Prusach Wschodnich Legionie Pomorskim. Na terenie Prus władze niemieckie tworzą szereg korpusów, które mają współpracować z zakonspirowanymi w Polsce Selbstchutzami. Równolegle na Górnym Śląsku powstaje siatka grup dywersyjnych, doglądanych przez II Oddział Abwhery. Niezależnie od planów sabotaży i terroryzmu RSHA skierowała do Polski dużą grupę specjalnie przeszkolonych agentów gestapo, których zadaniem miało być dokonywanie prowokacji i kierowanie akcjami. Od maja nasilił się sabotaż linii telefonicznych. Przecinano druty, ścinano słupy. Rozpoczęły się także dezercje z WP, niemieccy dezerterzy przekraczali granicę w wyznaczonych punktach. Ludzie ci po szybkim przeszkoleniu mieli stanowić potem kadrę okupacyjnej władzy.

Od połowy lipca 1939 rozpoczęła się seria incydentów i prowokacji granicznych. Od połowy sierpnia akcje te nasiliły się. W ciągu dnia wprawdzie panował spokój, lecz noce robrzmiewały echami strzałów z obu stron. I tak nocą 12 sierpnia 1939 roku grupa dywersyjna pod dowództwem SA-hauptsturmfuhrera Willy'ego Pissarskiego dokonała napadu na urząd pocztowy w Nowym Bytomiu. Także nocą z 23 na 24 sierpnia silny oddział Freikorpsu pod wodzą Karla Rolle zaatakował stację kolejową i urząd celny w miejscowości Makoszowy oraz polską strażnicę KOP-u w Gierłatowicach. 25 sierpnia ostrzelano z broni maszynowej strażnicę w Krywaldzie, zaatakowano podobną w Dzwonowie oraz obrzucono granatami miejscowość Chwalęciny. Tej samej nocy, tyle że na północy w okolicach Ostrołęki silny patrol Wehrmachtu wtragnął na teren Polski z Prus Wschodnich i ostrzelał żołnierzy KOP-u. Napastników wyparł dopiero oddział ułanów. Następnego dnia w powiecie mławskim zamordowano skrytobójczo dwóch żołnierzy KOP-u.

Początkowo agresja na Polskę była planowana na dzień 26 sierpnia, rozkaz o zmianie planów nie dotarł na czas do specjalnej grupy szturmowej Alberta Herznera z 7 DP, stacjonującej na Słowacji. Niemcy z pomocą przebranych w polskie mundury i mówiących świetnie po polsku agentów opanowali zgodnie z rozkazami Przełęcz Jabłonkowską. Jednak szybka riposta ze strony polskiej 21 DP zaalarmowanej przez polskich kolejarzy, która zaczęła szybkim marszem otaczać przełęcz zmusiła Niemców do wycofania się. Tego dnia wyszedł ze strony Słowackiej kolejny atak, ostrzeliwano przez kilka godzin z ciężkiej broni maszynowej stację Czarne Beskidzkie. W dniu 26 sierpnia kilka samolotów Luftwaffe dokonywało zwiadowczo- prowokacyjnych lotów nad Gdynią i Helem. Dopiero ogień zaporowy polskiej artylerii przeciwlotniczej zmusił je do odwrotu. W nocy z 26 na 27 sierpnia radio niemieckie podało wiadomość o podpaleniu "przez polskich szowinistów" zabudowań gospodarczych dwu ziemian niemieckich na Pomorzu, barona von dem Goltza i Ramma. W kilka godzin po nadaniu komunikatu budynki te faktycznie spłonęły. Zawiodła jak widać niemiecka synchronizacja.

Na Śląsku 14 sierpnia w Piekarach Śląskich Niemiec Kaleta uwolnił prowadzonego do więzienia szpiega niemieckiego Adamczyka, zabijając polskiego policjanta. W połowie sierpnia polskie władze wpadły na trop dywersyjnej bandy kierowanej przez SS-hauptsturmfuhrera Nehringa, który rezydował w zakonspirowanym lokalu w Bytomiu. Aresztowano kilkudziesięciu niemieckich bandytów. Lokal, w którym znaleziono broń, amunicję, radiostacje polowe, ulotki, granaty i opaski ze swastyką został opieczetowany. Wojewoda śląski Michał Grażyński wydał wówczas rozkaz zamknięcia wszystkich lokali JDP i aresztowania szefa partii Rudolfa Weisnera. Ten jednak zdążył w porę zbiec do Niemiec. Jednocześnie na punkcie granicznym dokonano rewizji samochodu i aresztowania senatora RP Maxa Wambecka, działacza JDP. Auto okazało się bowiem małym magazynem broni, którą senator wiózł do Polski dla niemieckich grup dywersyjnych. Na interwencję ambasadora Hansa von Moltke, minister Beck nakazał uwolnić senatora oraz wszystkich aresztowanych przez wojewodę Grażyńskiego dywersantów. Z 500 aresztowanych w więzieniu pozostało ledwie 50.

24 sierpnia na punkcie granicznym zatrzymano samochod konsula niemieckiego w Katowicach, którym usiłował wyjechać do Rzeszy volksdeutsch Hans Thien legitumujący się fałszywym paszportem niemieckim. W prowadzonym szybkim tempie śledztwie Thien przyznał sie do działalności dywersyjnej. Grupa do której należał otrzymała za pośrednictwem konsula niemieckiego z Katowic 5 walizek podróżnych, w których były bomby zegarowe. Sygnał do podłożenia bomb miało nadać radio Wrocław. Policja udała się we skazane przez Thiena miejsce, ale odnaleziono ledwie trzy walizki. Pozostałe wraz ze wspólnikami zniknęły. 26 sierpnia około godziny pierwszej w nocy radio Wrocław podało wspomnianą przez Thiena zaszyfrowaną wiadomość "Doctor X soll seine Arbeit machen und dann sich melden" (Doktor X ma wykonać swoją pracę i zamledować się). Tuż po pierwszej Katowicami (ul. Młyńska) i Cieszynem (ul. Stawowa) wstrząsnęły eksplozje. Dywersantów w osobach Funka i Eichenholtza - wspólników Thiena ujęła ludność cywilna.

Podobne akcje dywersji planowano również na Pomorzu, gdzie do wysadzenia lub podpalenia w ramach prowokacji wyznaczono blisko 223 niemieckie obiekty, takie jak: most na Wiśle na terenie WMG, gdańskie radio, kościół ewangielicki w Świeciu, teatr w Bydgoszczy, zbezczeszczenie grobów żołnierzy niemieckich pod Innowrocławiem. W trakcie działań antydywersyjnych ujęto kilkunastoosobową bandę w Wielkopolsce. Zarekwirowano bandytom 5 erkaemów 15 karabinów, 30 pistoletów, amunicję, bomby zegarowe, materiały wybuchowe, radiostacje. Podobne bandy wykryto w okolicach Łodzi, w Nowosolnej, Konstantynowie, Aleksandrowie, Tomaszowie Maz. i w samej Łodzi. W Łomnicy Dolnej wykryto magazyn amunicji. W okolicy Nowego Sącza zlikwidowano bandę Maksa Jentera i Oswalda Deckera. W Siemianowicach aresztowano pastora Bollera, gdyż pod ołtarzem przechowywał znaczne ilości broni. W Sierakowie aresztowano niejakiego Karola Tchuschke, na terenie gospodarstwa miał ukryte 5 erkaemów, 15 pistoletów, 10 bomb zegarowych. Natomiast zabudowania Hermana Kornajeckiego w Zaroślu pod Grudziądzem dosłownie wyleciały w powietrze, gdy podczas przypadkowego pożaru eksplodowały schowane w budynkach materiały wybuchowe. W dniu 28 sierpnia o godz. 11.45 na dworcu kolejowym w Tarnowie wybuchła w przechowalni bagażu bomba zegarowa, zabijając 18 i ciężko raniąc 35 osob. Tego samego dnia podobną bombę podłożono pod tory kolejowe na linii Krakow-Kłaj.

31 sierpnia dokonano prowokacji gliwickiej zaś 3 września nastapił atak kilkuset dywersantów w Bydgoszczy na wycofujące się oddziały 15 DP oraz część rozbitych pod Koronowem 9 i 27 dywizji. Reakcja wojska była natychmiastowa. Major Albrycht dość szybko porozumiał się z dowodzącym 15DP gen. Przyjałkowskim. O godzinie 12.30 liczne i silne patrole wojskowe wsparte dodatkowo ochotnikami z OPL i Straży Obywatelskiej, wyszły na ulice Bydgoszczy. O godzinie 13.00 przyprowadzono pierwszych aresztowanych. W dużej większości miejscowych Niemców, ale nie brakowało także dywersantów z innych stron Pomorza, jak również spadochroniarzy, nie znających języka polskiego. Łapanych bandytów umieszczano w sali gimnastycznej koszar 62 pułku piechoty - zamienionej na więzienie. W kilka godzin stłumiono zadany wycofującym się wojskom polskim niemiecki cios w plecy. Pod wieczór dotarł do gen. Przyjałkowskiego rozkaz dowódcy armii "Pomorze" nakazujący bezwzględny odwrót. Podjęto decyzję, że Niemców złapanych w mundurach wojskowych i kolejowych odeśle się konwojem wojskowym do Torunia. Resztę tj. około 700 osób wypuszczono na wolność.

Wspomina major Albrycht: "Na moje pytanie: co zrobić z zatrzymanymi w 62 pp Niemcami generał odrzekł krótko: "Przed odmarszem wypuścić". O godzinie 21.10 udałem się do 62 pułku piechty i tam donośnym głosem rozkazałem Niemcom udać się spokojnie do domów. Takie było u nas poczucie prawa, że bez przesłuchania i udowodnienia winy nie można człowieka ukarać. Stwierdzam z całą sumiennością, że w niedzielę 3 września 1939 r. w Bydgoszczy z rozkazu Komendy Placu nie wykonano ani jednego wyroku, nie zabito z naszego rozkazu ani jednego Niemca."

W kilkanaście godzin później do Bydgoszczy wkroczyli Niemcy. Ci mieli inne zdanie co do udowodniania win. W masowych egzekucjach rozstrzelano 10.500 a 12.000 tyś. mieszkańców Bydgoszczy zmarło w więzieniach i obozach koncentracyjnych.



Odsłon: 743


Świrski/ Szczur biurowy obiecał mi linkowanie, i prosil o cykl dlatego taka ilość odsłon Wink
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Margarita
Gość






PostWysłany: Sob 22:07, 02 Mar 2013    Temat postu:

Wir Wollen Heim Ins Reich" (4)




Znaleziona w trakcie rewizji policyjnej w drugiej połowie sierpnia 1939 roku w domu Niemki Berty Jager kopia rozkazu szefa Sebstschutzu Ludolfa Alvenslebena, który nakazywał natychmiastową koncentrację dywersantów w Bydgoszczy została jak zawsze zlekceważona przez miejscowe władze (niektórych z nich jako tzw. uciekinierów z Rzeszy angażowano nawet bezmyślnie do pracy w lokalnych samorządach), co doprowadziło do ataku niemieckich dywersantów na 15DP oraz resztki 9 i 27. odchodzących spod Koronowa. Prawdopodobnie podobne rozkazy, polecenia musiały być także zignorowane i w innych częściach kraju, skoro w Lesznie Wielkopolskim 1 września silna, znakomicie uzbrojona banda pod wodzą miejscowego hitlerowskiego triumwiratu Muller-Veigt-Hansler zaatakowała bez pardonu tamtejszych KOP-wcow i cofający się wraz z nimi oddział WP. Podobnie jak w Bydgoszczy, tak i tutaj napastnicy ponieśli jednak spore straty w straciu z regularnym wojskiem, a niedoszli cezarowie stracili swe życie z rąk plutonu egzekucyjnego. Niestety w rejonie Ujścia Wielkopolskiego połączone silne bandy uzbrojonej mniejszości niemieckiej rozbiły cofające się w nieładzie luźne oddziały wojska polskiego i rozpoczęły na własną rękę dokonywanie masowych mordów na miejscowej ludności, chociaż ten fragment "zadań bojowych" należał do specjalnych jednostek SS idących tuż za posuwającym się w głąb Polski Wehrmachtem. Przy okazji bandyci niemieccy po wykonaniu nocnych zadań mogli wracać spokojnie do domu bez obaw, że zostaną zbombarodwani przez Luftwaffe, gdyż od kwietnia 1939 zgodnie z ogolnopolskimi zaleceniami przysyłanymi z Niemiec wraz z instruktorami malowali oni na ustalony z góry kolor kominy swoich domów, znakowali odpowiednio dachy, budowali także charakterystyczne ogrodzenia wokół swoich zbudowań w postaci murów z cegieł lub polnych kamieni, a w czasie kampanii informowali dodatkowo lotników za pomocą lusterek, rozkładanych prześcieradeł czy rac dymnych o położeniu interesujących samoloty celach. Wielu dywersantów mieszało się z tłumem uciekinierów, powodując panikę i zatory na drogach. Niektórzy przebrani w polskie mundury roznosili dodatkowo fałszywe meldunki, które kierowały zdezorientowane oddziały polskie pod ogień Luftwaffe. W tłumie dywersanci rozpoznawali się po charakterystycznych guzikach, wszywkach na swetrach, sposobie wiązania krawatów itp.

6 września koloniści niemieccy z okolic Turka i Dąbie będący conajmniej od roku pod nadzorem Abwhery do spółki ze zrzuconymi w tym rejonie spadochroniarzami zaatakowali wycofującą się 25 DP. Atak wsparty był dodatkowo siłami Luftwaffe. Dzięki temu, że jeden z samolotów został zestrzelony złapano dwóch niemieckich lotników, a wraz z nimi przejęto rozkaz, który informował że "Niemieckie grupy mniejszościowe w Polsce mają podtrzymywać działania niemieckich sił zbrojnych." Te i inne działania mocno się dały poznać szczególnie armii "Pomorze", która cofając się wzdłuż linii Wisły obok odgryzania się depczącym jej po piętach zagonom pancernym Wehrmachtu musiała jeszcze toczyć walki z atakującymi ją ze wszystkich stron kilkusetosobowymi bandami . Do podobnych zajść jakie dotknęły 3 września Bydgoszcz doszło także i w Inowrocławiu. Na trasie odwrotu armii "Pomorze" ciężar tych walk spoczął w całości na siłych 23 pułku piechoty i Pomorskiej Brygadzie Kawalerii jako formacjach osłonowych. Tego samego dnia podobne problemy przeżywała armia "Łódź" dowodzona przez gen. Rómmla. W okolicy Skierniewic musiała stoczyć bitwę sprokurowaną przez tamtejsze bandy niemieckie utworzone z członków miejscowej JDP. W związku z tym gen. Rómmel wydał rozkaz aby podległe mu jednostki rozpoczęły forsowny marsz ku Warszawie. Rozkaz ten nie dotarł jednak do żołnierzy gen. Thomme, gdyż oficer łącznikowy gen. Rómmla, mjr Makowiecki zginął w zasadzce zorganizowanej przez niemieckich bandytów. Mimo to wyczerpane i skrwawione w walce z lotnictwem niemieckim i bandami oddziały Thommego zdołały dotrzeć do twierdzy Modlin. Z 6 na 7 września 45 pułk piechoty należący również do armii "Łódź" stoczył całonocny bój z bandytami z pod znaku swastyki pod Tomaszowem Maz. Natomiast za dnia taką walkę musiały podjąć tabory. W okolicy Błonia koło Warszawy zostały one ostrzelane z broni maszynowej i obrzucone granatami.

Także i sama Warszawa naszpikowana były róznego rodzaju niemieckimi "sygnalistami lotniczymi" oraz siejącymi panikę wśród warszawiaków prowokatorami namawiającymi ich do ewakuacji. Także i ci nie brzydzili się w miarę swych skromnych możliwości nocną "mokrą robotą" na spotkanych przez nich samotnych żołnierzach w gruzowiskach oblężonego miasta. Szef Straży Obywatelskiej, Gebethner wspominał, że w przesłuchujących go gestapowcach rozpoznawał działających wówczas aktywnie w trakcie obronie Warszawy pracowników warszawskiego magistratu. Tymczasem 3 września zrzucono skoczków pod Falenicą koło Warszawy, ludzie ci prawdopodobnie mieli ująć lub zamordować przebywającego wtedy w tym miejscu prezydenta RP Ignacego Mościckiego. Inny desant wylądował w puszczy białowieskiej oraz na przedmieściach Hajnówki. Dzień 7 września to również atak band niemieckich z Krasnogolic i Stężycy na Centralną Składnicę Uzbrojenia Wojska Polskiego w Stawach pod Deblinem. 11 września w okolicy Biłgoraja zostały zaatakowane przez niemiecką bandę pod wodzą miejscowego nadleśniczego Mullera cofające się na północny wschód tabory armii "Kraków". W krótkiej walce banda została wprawdzie zlikwidowana wraz ze swoim leśnym wodzem, ale straty jakie uczyniła w taborach były poważne. Niemieccy bandyci atakowali mie tylko wojsko i tabory. Ostrzeliwali oni także polowe szpitalie i kolumny sanitarne Polskiego Czerwonego Krzyża, służyli również morderczą indywidualną "pomocą". Świadczy o tym wypadek rannego porucznika, który trafił do szpitala w Łucku z twarzą poparzoną iperytem, po tym jak obmył ją sobie w zatrutej wodzie podannej mu usłużnie przez niemiecką kolonistkę w okolicy Łucka. Dywersja była zresztą praktycznie wszędzie. Jeden z niemieckich agentów zdołał przeniknąć do rządowej kolumny ewakuacyjnej, a nastepnie w otoczenie samego naczelnego wodza Rydza-Śmigłego podając za ewakuującego się wójta Siemianowic Śląskich. Nim go rozpracowano i zlikwidowano zdołał kilka razy naprowadzić na cofających się samoloty Luftwaffe za pomocą znajdującej się w samochodzie marszałka... radiostacji.

Miejscem zażartych walk z niemiecką dywersją był ównież Górny Śląsk. Miejscowe Freikopsy z zaciekłością atakowały bronione przez Polaków kopalnie i huty. Do krwawych walk doszło w pierwszych dniach września na terenie kopalni "Maks" w Michałowicach zaatakowanej przez blisko 300 osobowy oddział Freikorpsu dowodzony przez Harguta. Na odsiecz oblężonym górnikom pospieszył kpt. Fojkis z oddziałem Obrony Narodowej, a tuż za nim regularne wojsko. W trakcie walk zginęło 40 volksdeutchów a 50 wzięto do niewoli. Reszta salwowała się paniczną ucieczką tunelem kopalnianym. Do identycznych zajść doszło na terenie huty "Hubert" w Łagiewnikach i kopalni "Orzeł Biały" w Brzezinach Ślaskich. Ciężkie walki ze śląskim Freikopsem stoczyła pierwszego września w okolicy Aleksandrowic cofająca się z okolic Cieszyna 21 DP przedzierająca się w kierunku otoczonego przez Niemcow Bielska. Walki z dywersantami w tym mieście (Bielsk) trwały aż do czasu wkroczenia tam jednostek Wehrmachtu. 2 września w Pszczynie oddziały polskiej samoobrony pod dowództwem powstańców śląskich Jana Świerkota i Józefa Szendry stoczyły zażarty bój z bandą niemiecką pod wodzą miejscowego rzeźnika Aleksandra Moritza. Samoobrona odeszła z pola bitwy z chwilą, gdy w sukurs Moritzowi i jego zbirom pospieszył wkraczający do Pszczyny Wehrmacht. 3 września to zacięte walki o Chorzów i Bytom. Walki w Chorzowie trwały jescze 4 września, mimo że włączyły się do nich regularne wojska niemieckie. Dzień wcześniej na przedmieściach Katowic pojawiła się szpica oddziałów gen. Neulinga. Na przeciw nim wyszły luźne formacje samoobrony dowodzone przez Franciszka Kruczka i Nikodema Renca. Mimo bohaterskiej obrony Polacy ulegli czołgom i sprawności żołnierza frontowego. Tego dnia bronili się jeszcze w Załężu w Domu Powstańca (tamtejszych polskich rannych i wziętych do niewoli natychmiast dobito lub roztrzelano). Długo broniła się również obsadzona przez harcerzy wieża spadochronowa oraz śląski drapacz chmur (14 pięter) w Katowicach, skąd rozwścieczeni napastnicy po ich zdobyciu zrzucali żywcem wziętych do niewoli obrońców na bruk.

Oblicza się, że w trakcie kampanii wrześniowej po stronie niemieckiej wzięło udział ostrożnie licząc 1500 uzbrojonych grup obywateli polskich. W archiwach II Oddziału Sztabu Głównego zachowało sie niemal 500 meldunków donoszących o atakach dywersantów na wojsko polskie, a ile było zajść o których z racji ustawicznie zmieniającej się sytuacji na froncie nie zdążono zamledować? Należy także wiedzieć, że większość dowódców niemieckich band jak np. bracia Herbert i Rudolf Mess, Oswald Kadach, Erwin Rudert, Heinrich Boltz, Kurt Brauer, Alfred Hermans, Kurt Rapke, Siegmund Puppe wraz z wkroczeniem wojsk hitlerowskich stali się z automatu szefami władz okupacyjnych oraz panami życia i smierci swoich dawnych sąsiadów.
Odsłon: 159

Napisałem zgodnie z prośbą, musiało być też linkowanie Laughing Laughing Laughing
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Margarita
Gość






PostWysłany: Sob 22:10, 02 Mar 2013    Temat postu:

Pierwszy żołnierz III wojny.




Ten felieton wyszedł spod pióra Krzysztofa Kąkolewskiego w połowie lat sześdziesiątych. Nic tu więc nie jest moje, ani tytuł notki, ani delikatna ironia w jaką autor ubrał wybraną przez siebie ludzką tragedię i człowieka, nie dając mu szansy na pełne zaistnienie. Felieton ten poddaję jednak waszej refleksji i zapytuję. Może ktoś wie, kogo opisał Kąkolewski? Czy może "Wierzbę" ujętego zimą w roku 1959 z bronią w ręku? (zachowane są w IPN zdjęcia robione przez ubeków z momentu zatrzymania "Wierzby"), tylko że "Wierzba" wyglądał inaczej....



"Andrzej K., od chwili gdy we wrześniu 1939 roku znalazł karabin, uważał się za żołnierza. Przeszedł przez różne ugrupowania pratyzanckie. W 1944 roku należał do oddziału, który lawirował na południu Lubelszczyzny między współpracą z Niemcami a udawaniem walki z nimi, a potem UPA, w ktorym były niedobitki Niemców, odcięte przez ofensywę Armii Czerwonej. W ten sposób Andrzej K. między lipcem 1944 a 8 maja 1945 roku znalazł sie poza systemem alianckim. W następnych latach należał do grupy "Garbatego", "Wołyniaka", "Kiełbasy", "Kuszy", rozbijanych kolejno i reorganizujących sie pod nowym dowodztwem. Z tzw. Drugiego Okrążenia udaje sie wyjść tylko kilku ludziom, wśród nich Andrzejowi K.

Po niedługim czasie Andrzej K. zaczyna rozumieć, że dawny system działania musi się skończyć. Baza społeczna bandy zaczyna się kurczyć, Andrzej K. z najwyższym trudem może znaleźć kwaterę. Postanawia, że nie złoży broni. Odziedziczył arsenał po wszystkich bandach, zmagazynowany w zamaskowanym bunkrze. Ogłasza wśród zaufanych, że jest emisariuszem wielkiej tajnej organizacji "Duchowa Europejska Organizacja Mobilizacji Obrony Narodu". Jego łącznikiem i zwierzchnikiem jest kapitan, podlegający z kolei sztabom DEMON. Postać kapitana otoczona jest tajemnicą; w bardzo niewiele cech wyposażył go w swoich opowiadaniach Andrzej K., głównie własciwie - w tajemniczość. Czasem pojawia się w towarzystwie kobiety adiutantki i kogoś o pseudonimie "Orzeł". Kapitan dostarcza ulotek, broni i dolarów, które przysyłają finansujące DEMON siły militarne Zachodu. Andrzej K. mówi o nich mgliście, ale wymieniał nazwisko Eisenhowera i Adenauera. Wybuchnie bowiem trzecia wojna światowa i dlatego nie warto przerywać walki zaczętej w czasie drugiej wojny. Konflikt jest nieunikniony, trzeba przetrwać okres tymczasowy.

Trzy wielkie kompleksy leśne na południu Polski łączą się, przechodzą jedne w drugie: Puszcza Solska, Lasy Janowskie, Puszcza Sandomierska. Klimat odznacza się tu ciepłymi latami i ostrymi zimami, przymrozki wiosenne wystepują w maju i w czerwcu, długość okresu wegetacji wynosi 200 dni. Przeważa sosna, świerk, buk, poszycie jest gęste: młode świerki, tarnina, maliniaki, ostrężyny. Obszar puszcz rozciąga się na terenach podmokłych: bagna, trzęsawiska, okna leśne, małe jeziorka; smugi, torfowiska - to znów piaszczystych: diuny, wydmy, miniaturowe pustynie.

W miejscu leżącym 12 km w głąb kompleksów lesnych, w środku drugiego, wewnetrznego kręgu boru, na stoku małego wzniesienia, Andrzej K. wybudował bunkier. Konstrukcja z bali świerkowych uszczelniona papą, od wewnątrz bunkier - dwa metry wysoki, tak że można w nim było wygodnie stać - wybity był deskami, a potem otrzymał boazerię z jasnego orzecha. Andrzej K. odkrył źródełko i przeprowadził rurą bieżącą wodę. Wbudowane w podłogę i pokryte pokrywą wiadro miało ujście na zewnątrz, w kierunku stoku, i służyło jako urządzenie kanalizacyjne. Dwa wywietrzniki, zamaskowane z zewnątrz, używane były jako system wentylacyjny. Wejście zamykane było szczelnie dopasowaną klapą, na bunkrze Andrzej K. zasadził kilka młodych świerków. Wewnatrz miał tapczan, koc, kożuch, dwa wieszaki z rogów jelenich, półki. Oświetlenie stanowiła lampa naftowa, ogrzewanie i urządzenia kuchenne - maszynka spirytusowa. Denaturat, naftę, bimber miał zawsze zmagazynowane w bańkach, topiony tłuszcz w słojach, cukier, sól suchary w puszkach i garnkach. Do żelaznej porcji należało 100 kg ziemniaków. Miał też pierwszorzędną oliwę do czyszczenia broni, wycior, kompas i brzytwę. Uzbrojenie osobiste: pistolet vis, pepesza, butelka amunicji kal. 9mm i granat obronny.

Andrzej K. zamieszkał w puszczy, nikomu nie zdradzając miejsca, gdzie jest jego bunkier. Spotkania z ludźmi odbywały się daleko, w umówionym miejscu, pod świerkiem koło bagna, sygnałem bylo zostawienie na umówionym miejscu, na polu wrzynającym się w puszczę, gałązki świerku zwróconej ku północy. Andrzej K. ufał tylko bratu i dwóm dawnym członkom swojej bandy. Dowiedział się, że władze bezpieczeństwa szukają go, i że w okolicy rośnie mit jego nieuchwytności. Zapowiedział kary dla tych, którzy udzieliliby pomocy władzom. Wydał wyrok na Jana P., na innego - w imieniu organizacji europejskiej - nałożył "grzywnę za pysk 2000 zł". U jednego z chłopow zjawil się, zasłaniając twarz płaszczem i świecąc mu w oczy latarką: "Mam rozkaz zabić was, ale wierzę w Boga". Ale raz zabił sekretarza partii w jednej wsi, którego podejrzewał o działanie przeciw sobie.

Jednym z ostatnich jego wyczynów była kradzież szafy na wysoki połysk z jasnego orzecha, pozostawionej przez chłopa w stodole. Tę szafę całą noc nieśli przez puszczę, a potem Andrzej K. rozebrał szafę i z jej fronirowych desek zrobił boazerię w bunkrze. Potem coraz rzadziej przekraczał granicę puszczy, a później już prawie nigdy. W zimie wychodził z bunkra tylko wtedy, gdy padał śnieg. Bał się, by nie zostawić - obok śladów saren, dzików i lisów - swoich śladów - śladów człowieka. Był coraz bardziej zależny od brata, który przynosił mu żywność, bimber, informacje. Brat uważał, że jest to forma spłaty ojcowizny.

Bardzo rzadko godził się na spotkanie z innymi ludźmi. Daniela S., której narzeczony zginął w Drugim Okrążeniu, chciała się dowiedzieć szczegółów jego śmierci. Po długich staraniach poszła do lasu na umówione spotkanie.

- Andrzeja K. wyobrażałam sobie jako człowieka innego niż wszyscy, kogoś niezwykłego, nadczłowieka, który dni i noce spędza z wilkami. Nie potrafię określić wrażenia, jakie na mnie zrobił. Patrzył na mnie pół zdziczałymi oczyma, był w brudnej, zniszczonej koszuli, mówił bardzo szybko, nerwowo, miał wytężony słuch, wyczulony był na każdy szelest. Pytał, czy wiemy, jakie jest życie w więzieniu. O śmierci narzeczonego nic nie powiedział. Więcej się z nim nie chciałam zobaczyć- opowiada Daniela S.

Ci dwaj ludzie, których widywał, zauważyli też nieco inny sposób mówienia, zaburzenia, jakby zanikanie mowy. Mówił im, że rozmawia ze sobą, ale coraz mniej do siebie mówi i rzadko sobie odpowiada: "Dzień dobry panu", "Dzień dobry panu". "Smacznego". "Smacznego". "Zdrowie"."Zdrowie". "Dobry wieczór". "Dobry wieczór". "Ale życie". "Ale życie". "Dobranoc panu". "Dobranoc panu"- cały dialog. Zrobił sobie karty, w które grał z sobą. Skarżył się, że często przegrywa. Zbliżył się do zwierząt: jego wzrok ciągle się polepszał, a słuch wychwytywał bardzo dalekie szmery i pozwalał je rozróżniać. Zabijał też zwierzeta, chwytając je przedtem, bo bał się strzelać. Jadał dużo dziczyzny. Jeden z ludzi, na którego polu zostawiał gałązkę świerku, był przezeń wzywany tylko po to, by z nim porozmawiać, ale Andrzej K. milczał i ciągle nasłuchiwał. Ten człowiek czasem golił go i przystrzygał włosy. Przynosił mu też czas. Według jego zegarka Andrzej K. regulował swój zegarek i dowiadywał się dokładnej daty. Czasem dziwił się, że to ciągle tamten stary rok, i niecierpliwił się, innym razem zadziwiał go nagły postęp czasu.

Mit ostatniego żołnierza drugiej wojny rósł: nieuchwytny Andrzej K. napawał zarazem podziwem i lękiem okolicę, choć teraz tylko - w chwilach odwagi, gdy wychodził na granicę puszczy - kradł kury, mleko ze studni, barany, które odbiły się od stada. Ale wielu złodziejaszków i bandytów podszywało się pod niego, powiększając legendę - wszystko, co działo się w okolicy, przypisywane jest jemu. Mówiono, że przez Puszczę Sandomierską przechodzi i działa w Lasach Świetokrzyskich. Andrzeja K. dochodziły wieści o jego rzekomych czynach, wyolbrzymionych przez plotki, o jego jednoczesnej obecności w dwu miejscach, z których w ani jednym - dobrze to wiedział - nie był. Ci, którzy mówili mu o świecie zewnętrznym - jednocześnie bali się Andrzeja K. i dostosowywali informacje do tego, czego on się spodziewał. Nie bardzo znając sytuację międzynarodową, tworzyli dla Andrzeja K. specjalną wersję historii najnowszej, wymyślali dla niego konflikt radziecko-japoński.

Kiedy zaczynał się konflikt berliński, przynieśli mu "Chłopską Drogę": egzemplarz tego pisma obok numeru "Bluszczu" z 1893 roku, który Andrzej K. czytał w kółko, były jego jedyną lekturą. "Chłopska Droga" donosiła:"Politycy zachodnioniemieccy, którzy przybyli z NRF do Berlina zachodniego, wzywają jawnie do agresji przeciwko miłującym pokój państwom ościennym."...Komunikat o naradzie ministrów obrony państw członków Układu Warszawskiego: "...państwa NATO...uciekają się nawet do gróźb rozpętania nowej wojny... biorąc pod uwagę kształtującą się sytuację...szefowie sztabów generalnych rozpatrzylikonkretne sprawy w dziedzinie wzmocnienia gotowości bojowej..."

Andrzej K. natychmiast rozsyła wici do dawnych członków band: zaczynamy trzecią wojnę! On, przedstawiciel europejskiej organizacji, będzie wydawał broń ukrytą w leśnym arsenale. Poleca jednemu z ludzi, z którymi zachował kontakt, żeby kupił mu na targu używany mundur polski, raportówkę i pas. Był gotowy do trzeciej wojny, nabrał nadziei, czekał na wielkie zmiany, które zajdą w świecie. Naoliwil visa i pepeszę, które miały uzupelnić atak atomowy. Niewiele wiedział pierwszy żołnierz trzeciej wojny, żyjący w puszczy, o strategii rakietowej. Uderzenie uprzedzające, masowy odwet, odstraszenie, wojna ograniczona - to były dla niego pojęcia niejasne, jak i sama sprawa bomby, o której mślał, że jest ogromna, zrzucona przez ogromny, większy niż sobie można wyobrazić, samolot. W owych egzemplarzach gazety, które dotarły do puszczy, wyczytuje: "niebezpieczeństwo wojny byłoby większe, gdyby nowoczesna broń nie była tak niszcząca". Nie rozumie tego zdania.

Na jego apel nikt się nie zgłasza, przeciwnie: chłopi alarmują władze. Zaczynają się przygotowania do ujęcia Andrzeja K. Założenie jest następujące: nie trzeba zabijać Andrzeja K. - mającego na sumieniu zabójstwo, ale w gruncie rzeczy od lat nieszkodliwego - mimo iż będzie chciał się bronić. Trzeba tak to rozegrać, żeby nikt nie zginął w tych ostatnich działaniach drugiej wojny, prawie 20 lat po jej zakończeniu. Okazuje się, że ustalenie położenia bunkra Andrzeja K. na obszarze wielkich lasów, tak dokładnie zamaskowanego, jest ogromnie trudne. Trwa miesiącami. Władze próbują dotrzeć do Andrzeja K. poprzez łańcuch różnych osób i prowadzić coś w rodzaju rokowań. Jeden z pośrednikow boi się Andrzeja K. i nie dociera do niego, tylko strzela do siebie, rani się i potem zeznaje, że został postrzelony przez Andrzeja K., w rezultacie obciążając go usiłowaniem zabójstwa. Inny posłaniec proponuje Andrzejowi K. wspólny napad, żeby wyciągnąć go z lasów, ale Andrzej K. wyjawia mu, że nie ma zamiaru napadać z bronią w ręku. Proponowano Andrzejowi K. fałszywy dowód i możność ucieczki na zachód kraju. Jego odpowiedź brzmiała: "Chętnie skorzystam, ale teraz czuję się bezpieczny".

Dopiero ogromna obława, wyposażona w łączność radiową, którą kierował specjalny sztab, uzbrojona w środki chemiczne, z psami, natrafiła na bunkier Andrzeja K. Milicjanci w hełmach i koszulkach pancernych zaczęli rozkopywać nieduży wzgorek w kwadracie oznaczonym na dokładnych mapach lesneych numerem 216. Nagle jeden ze świerków poruszył się. Rozległ się głos: "Polacy! Nie strzelajcie!" W sekundę potem zaczął błyskać flesz fotografa. Jedno ze zdjęć wklejono do akt sądowych: w bardzo ostrym świetle widać fragment puszczy, mężczyzna w mundurze sierżanta milicji w hełmie, półklęczący na śniegu zasłania sobie twarz przed obiektywem, widać nogi psa,grube kożuchy ludzi, których twarze znalazły się poza kadrem. Na kożuchach broń maszynowa. Stoją półkolem, w samym środku mężczyzna w grubym kaftanie, z rękami skrępowanymi do tyłu, jedyny, którego twarz jest widoczna: blada, pełna napięcia, długie włosy, obcięte równo nad brwiami w grzywkę, rozyspujące się w pukle za uszami. obok leżą jakieś deski, sprzęty, kilka młodych świerków - jakby z rozebranej dekoracji teatralnej.

Na drugi dzień tłumy z całej okolicy, mężczyźni z żonami i dziećmi, pieszo, konno, na wozach, samochodami dążyli do granicy puszczy i dalej - przetartą drogą do wzgórka. Wychodzono z bunkra, wyciagano deski, oglądano. Po kilku dniach wzgórze było stratowane, kryjówka ostatniego żołnierza drugiej wojny przestała istnieć. On sam, po procesach, siedzi w "polskim Spandau" - w Strzelcach Opolskich, liczy, że w więzieniu wyleczy się z chorób, nabytych w ciągu tamtego ćwierć wieku. Nie wie, że wzgórek nad stokiem jest teraz przezywany przez ludność jego nazwiskiem."



Krzysztof Kąkolewski "22 historie, które napisało życie" 1966


Odsłon: 596

Tyle odsłon wiąże się z tym, że gadaliśmy we trzech i zebralo się 15 komentarzy
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Margarita
Gość






PostWysłany: Sob 22:15, 02 Mar 2013    Temat postu:

Nie wiem co powiedzieć. W dzisiejszych, lajdackich czasach wszystko jest możliwe.



[link widoczny dla zalogowanych]
Odsłon: 259 |


I to tyle dla info. Nick Mikker nie istniej, zlikwidowałem na amen snobów z salonu w moim wirtualnym życiorysie, bo znalazłem po staraniach coś innego. Nowa skrzynka, nowy nick. Nisza, ale coś zawszeć jest. Pierwszy felieton złapał już 53 komenty i 400 odsłon. Nie bojta kameraden. Tutaj, też będę was zaszczycał Wink
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Margarita
Gość






PostWysłany: Pon 10:49, 04 Mar 2013    Temat postu:

Bajka o Morporku malującym....

Morpork malował dziewięć miesięcy.
Aż wymalował wózek dziecięcy.


Ostatnio zmieniony przez Margarita dnia Pon 10:50, 04 Mar 2013, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Margarita
Gość






PostWysłany: Pon 11:22, 04 Mar 2013    Temat postu:

Bajka góralska o polskiej babie

Przyszła baba do księdza
Przewielebnie strapiona.
"Powiedzcie dobrodzieju.
Będę ja zbawiona?

Zajrzał ci jej do paszczęki
Baba zębów nie miała,
"Fajnie babo, będziesz w niebie.
Czym byś w piekle zgrzytała?"

+++

Pewna panienka, z Konina
Pragnęła zostać gwiazdą kina.
Więc znalała się na płótnie,
W hoteliku w mieście Kutnie.



Nie ma to jak groch z kapustą.
Wtedy nie jest smutno, pusto.
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Margarita
Gość






PostWysłany: Pią 8:35, 15 Mar 2013    Temat postu:

Na salonie praktycznie nie piszę. Jakieś wierszyki stąd zamiesiłem i jeden przedruk z PAP. Ale czytam tamtejszych i to dużo.
Nawet tych co ich zwyczajnie nie lublu, np. Coryllusa.
I właśnie u niego, czytając jakiś wątek o papieżu natknałem się na świrka pachnącego paryskim, który zaatakował jakiegoś gościa biorąc go za mnie stąd.! Ale jaja! Myśle sobie i sprawdzam debila, bo wiem że na salonie jest jeden paryski i nazywa się Robert z Jamajki piszący o historii Templariuszy.
Ten to Miecz Pługa, na S24 stosunkowo od niedawna, zamiescił kilka notek o swoich zagranicznych doświadczeniach (bardzo paryskich) bąkając coś o francuskich arabach (jakie to paryskie hehe) i to własnie ten grozi, że będzie na Salonie opisywał nasze wspólne tutejsze doświadczenia w kreacjach, a konkretnie moje i Tauroga z czasów GP i dziennika - o autentycznosci mówi styl, niemal żywcem zdarty z Robertowych komentów .
Zawsze twierdziłem, że ten paryski jest stuknięty, i że jest jeden,
i że jest to dusza zadymiarza, dlatego nie mogę się więc oprzeć myśli, że i teraz będzie podobnie.
Tylko patrzeć jak mu skoczy liczba odsłonek.
Zapatrzył się dureń w Sikkum Ballalę vel Banknota i chce im doskoczyć, ale pisać jak Sikkum nie umi. Cóż poczekamy na te jego zmyślenia hehe.
Dziwię się tylko, że paryskiemu znudziło się poprawne życie salonowego historyka i zaczyna na boku popiardywać starym smrodem Siewcy bąków, szukając u saloniczan większego zainteresowania swoją osobą. Oczywiście ktoś powie, np. Gargangruel mający w ręku IP i wejścia, że francuskich było kilku a nie jeden.
Hmm, skoro było kilku, to dlaczego pisali tak samo, myśleli i mieli podobne doświadczenia? Tylko jeden trafiony w główkę mógł zmajstrować na Dzienniku i GP blisko 20 nicków logowanych!
Zresztą Ix też się przyznał na Salonie do dwóch nikców, dlaczego paryski cymbał nie mógłby mieć ich tam dwóch albo i więcej?
Powrót do góry
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum www.gargangruelandia.fora.pl Strona Główna -> Archiwum tutejsze / Archiwum Półcienia Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9, 10  Następny
Strona 6 z 10

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach

fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group
Regulamin