Forum www.gargangruelandia.fora.pl Strona Główna www.gargangruelandia.fora.pl
Strefa wolna od trolli
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

WySprzedaż po RENAMENCIE
Idź do strony 1, 2  Następny
 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum www.gargangruelandia.fora.pl Strona Główna -> Stary Hydepark
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Gargangruel
Administrator



Dołączył: 23 Mar 2011
Posty: 6439
Przeczytał: 0 tematów

Skąd: ZE SREBRNEGO NOWIU

PostWysłany: Pon 18:29, 29 Paź 2012    Temat postu: WySprzedaż po RENAMENCIE

Robię renament.
Trochę szpargałów się uzbierawszy.
Niektóre trzeba ocalić od zapomnienia.
Jak kto ma jakieś pamiątki to niech tu umieszcza.

To na dobry początek.

taka jedna mała Re: Opowiadania 2009-09-13 19:29

Dixie
Dixie nie może istnieć bez forum,
Bo musi błyszczeć, a nie ma gdzie.
Szuka więc w necie szarych kolorów,
By świecić jasno na innych tle.
Pomaga sobie płachtą na byka.
Taką czerwoną, kole nas w nos...
I nagle sztandar południa znika,
Bo on obrażon, ten tajny gość...
I potem znowu w czerni się zjawia,
Chociaż zaklinał, że nigdy, na mur...
Że woli słońce i deszcz...Tak mawiał...
Lecz hajd go wzywał...i L amour...
I tak to zabił nam Dixie ćwieka,
Nikt nie wie, kto on, kto jest to zacz?
Czy jest to cień jednego człowieka,
Czy paru ludzi: Szarlatan i wracz?
I teraz znowu czerwień powraca...
Południem znowu kole nas w twarz.
Jest że to Dixie tylko twa praca,
Czy raczej z nami w swe kulki grasz?
Dixie nie może istnieć bez Pixie,
I jak powietrza szuka jej wciąż.
Dixie to ten jest, co Pixie zmienia,
Jak rękawiczki, jak skórę wąż.
Morał z tych rymów płynie więc tuszę:
Pamiętaj Pixie, Dixie to mgła,
Co cię otuli wszechpłaszczem swym,
Wypije soki i zniszczy duszę,
I wnet się spasie cierpieniem twym...

bądż więc ostrożna...
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
pytanko
Gość






PostWysłany: Pon 19:07, 29 Paź 2012    Temat postu: Re: WySprzedaż po RENAMENCIE

Kto to napisał, Julka czy Morpork ?
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Gargangruel
Administrator



Dołączył: 23 Mar 2011
Posty: 6439
Przeczytał: 0 tematów

Skąd: ZE SREBRNEGO NOWIU

PostWysłany: Pon 20:37, 29 Paź 2012    Temat postu:

Trzeba()by()ich()zapytać.
Przestała()mi()działać()spacja.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Gargangruel
Administrator



Dołączył: 23 Mar 2011
Posty: 6439
Przeczytał: 0 tematów

Skąd: ZE SREBRNEGO NOWIU

PostWysłany: Pon 20:43, 29 Paź 2012    Temat postu:

Gargangruel Napisano 13 wrzesień 2009 - 06:01

Pewien Hiszpan, rodem z Malagi,
Pięknie śpiewał, kiedy był nagi.
Wszędzie go zapraszali,
Do Covent G., do La Scali,
Ale nie miał nigdy odwagi.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Gargangruel
Administrator



Dołączył: 23 Mar 2011
Posty: 6439
Przeczytał: 0 tematów

Skąd: ZE SREBRNEGO NOWIU

PostWysłany: Pon 20:44, 29 Paź 2012    Temat postu:

Gargangruel Napisano 13 wrzesień 2009 - 06:08

Bardzo mi się podoba zdyscyplinowanie Grupy Paryskiej. Jak się logują, to wszyscy jednocześnie. Jak biorą sobie ikonki, to wszyscy jednocześnie. Jak rezygnują z ikonek, to ... , no właśnie!
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Gargangruel
Administrator



Dołączył: 23 Mar 2011
Posty: 6439
Przeczytał: 0 tematów

Skąd: ZE SREBRNEGO NOWIU

PostWysłany: Pon 20:47, 29 Paź 2012    Temat postu:

Dixie
Napisano 13 wrzesień 2009 - 06:10

Pewien Garguś z absyntu oparow
Miał za ladą mnostwo darow
Nawet wystane, znaczy nienowe
Cieplutkie piwo, a jakże, Dębowe
Pomoże przepędzić z przeszłości marow?

Powinno być z przeszłości mary a nie marow, ale by mi się nie zdixowało, znaczy nie zrymowało.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Gargangruel
Administrator



Dołączył: 23 Mar 2011
Posty: 6439
Przeczytał: 0 tematów

Skąd: ZE SREBRNEGO NOWIU

PostWysłany: Pon 20:53, 29 Paź 2012    Temat postu:

Dixie
Napisano 15 wrzesień 2009 - 05:55

Skromny ty znawco, fałszywko z playbacku
Nie jesteś Sarna, ni Gargi człowieku
Garguś, by dodać sobie powagi
Wysłał mnie nago do miasta Malagi
Dał piwo i radził utopić się w ścieku

Dixie
Napisano 15 wrzesień 2009 - 06:12

Gargangruelu z Dzielnicy Praga
Decyduj! piwo albo malaga!
Napisz, że moj limeryk cacy
A poźniej się obacy
Inacej- znow z goralska –ceka Cie ciupaga.

PS Gargangruel. Nie ma błędu w malaga. I nie ma podtekstu.

Gość_skromny znawca
Napisano 15 wrzesień 2009 - 06:45

Dixie sądzisz żem z playbecku?
Nie dodawaj sobie wieku.
Chodżmy lepiej na jednego,
Bom ja twoje alter ego.
I nie biadolże człowieku.

Dixie
Napisano 15 wrzesień 2009 - 06:55

Skromny znawco z Dziennika spowolnionego
Czytam w natchnieniu, że stawiasz jednego
Proponujesz gorzałę, malagę czy piwo?
Zaraz znikam, odpowiedz więc żywo
No i jak alter ego?
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
pytanko
Gość






PostWysłany: Pon 21:15, 29 Paź 2012    Temat postu:

ix
»
Re: Tu też wklejam. 2008-09-23 21:09

Od wielu tygodni moja skromna osoba jest praktycznie nieobecna na forum.
Piszę incydentalnie. Czasem czytam.
Z niemałym zdziwieniem zauważam, iż jestem tematem wielu postów. Pisze o mnie Internauta morpork oraz jeden taki komunistyczny wieprz, do którego z przyczyn estetycznych odnosić się nie będę.
Internauta morpork tropi mnie nadal. Insynuuje kolejnym osobom, że są ixem. Wypowiada się na mój temat - już niejako tradycyjnie – ze znaną skądinąd wstrzemięźliwością, ciepłem i zmysłową nonszalancją..

Chciałbym skorzystać z okazji i odpowiedzieć Mu porównywalnie przyjaznym językiem.
Sposobność nadarzyła się sama. Na forum trwa istny festiwal poezji dedykowanej temu uroczemu Internaucie.
morpork stał się pozytywnym bohaterem erotycznych poematów i panegirycznych limeryków.

Z uwagi na to, że morpork podejrzewa, że jestem Anną, babąpl, Astrid, Belką, Gargangruelem, Anglosasem, Sokidaruchem, fafikiem, thorem i innymi bliskimi mi Internautami, proszę Tych internautów o wypowiedź, czy mój skromny wiersz się Im spodobał i czy może być traktowany jako napisany także w Ich imieniu

morporka zaś proszę, by sobie zbyt wiele nie wyobrażał i nie obiecywał oraz widoczną żarliwą sympatię pod jego adresem potraktował z należytym dystansem.


O ślicznym morporku i brzydkich klonach.

Posępny dręczyciel wychynął zza węgła
Nadzieja w sercach zgasła
Swój łeb podniosła gadzina zatęchła
Ta co się na cudzej krwi spasła

Szkaradna hydra wypełzła na forum
Złowieszczo pohukiwały sowy
Woń trupia znów przylgnie do thora
morpork wyrusza na łowy

Nie dane ujść z życiem nikomu
I nie jest azylem skryty zakątek
Niewinna sarenka nie wróci do domu
Po śladach zdeptanych pisklątek

Upiorny morpork penetruje zdania
Chłód przenika do kości szpiku
W morderczym uścisku cedzi pytania
Przyznaj się wreszcie! Gargan/ ixiku

Czeluść niebytu i widmo rzezi
Groza na forum, trwoga, panika
Dopadnę Cię, zmiażdżę, widziadło rzęzi
Ujawnij nicka! Ujawnij nicka!

Nie spocznie ta bestia i nie podaruje
Nieczuła na litość i prośby do ucha
Dopóki jej furia forum nie zrujnuje
A wszystko co dycha, nie wyzionie ducha

Zaćmiony rozum, oszalałe chuci
Przed tropicielem ratunek jest w niebie
morpork nie spocznie, nim wszystkich wyrzuci
Na koniec już tylko unicestwi siebie.
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Gargangruel
Administrator



Dołączył: 23 Mar 2011
Posty: 6439
Przeczytał: 0 tematów

Skąd: ZE SREBRNEGO NOWIU

PostWysłany: Pon 21:31, 29 Paź 2012    Temat postu:

Ja(bis) Rejestracja16-kwiecień 08
Napisano 18 styczeń 2009 - 15:30

»Re: thor 2009-01-18 12:58
"Bo wypowiedzi Ja(bisa) o jego "neutralności" ( także w świetle niedalekiej przeszłości ) traktuję z pewnym przymrużeniem oka."

Nie błaznuj. Aby nie zaśmiecać odpowiem ci na wątku solidaruch o "Solidarności" ... o której i tak nikt nie chce pisać.Ja(bis)NO ... to wklejam to ... o czym thor dobrze wie, ale udaje. Było na wątku anglosasa ale zniknęło razem z wątkiem:Ja(bis) demaskuje Ja(bis)aKoniec tej zabawy ze „szklaną rzeczywistością”Najchętniej napisałbym krótko (po swojemu). Nikodem Dyzma (jak Lenin) zawsze żywy. Ale taki wpis zrozumiałby thor i parę innych osób – pozostała: bezrozumna, bezrefleksyjna tłuszcza rzuciła by się na Lenina (jak np. na Bartoszewskiego) nic nie rozumiejąc z reszty. No to łopatologia. Jest to pierwsze (i jedyne) forum na którym piszę. Trafiłem tu zupełnie przypadkowo. Dotychczas komputer służył mi do spraw technicznych – jestem inż. elektrykiem. Do Internetu zaglądałem rzadko: k-to, informacje a najczęściej przepisy prawne. Po przeczytaniu Waszych wpisów zdumiał mnie ogrom: głupoty, grafomanii i nienawiści. Ponieważ zdecydowana większość wpisów (w powyższym stylu) waliła w: rząd, ministrów, Tuska – przyszła mi myśl aby zrobić z tego lustrzankę i poparodiować te wpisy. Łatwo nie było (pytać dzieci i wnuka wstyd) ale forum jest dość proste i komunikatywne więc metodą prób i błędów poszło – i tak to leciało. Dlaczego Ja(bis) ? Dwa, trzy wpisy poszły jako: Ja – ale później wypluwało, więc do logowania wpisałem Ja(bis). Rogatą duszę miałem od zawsze więc życie często dawało mi kopa – najdotkliwiej w grudniu 1981 roku. Dlatego Wasze pomówienia o agentach i -ekach nisko mi zwisały. Najczęściej piszą tak osoby – które na początku lat 80-tych były: oseskami, plemnikami i plemnikami plemników.Od dziś przestaję być Waszym lustrem. Kupcie sobie własne lusterka i przed pisaniem sprawdzajcie czy: gęba nie za bardzo wykrzywiona, nosek nie za długi, ślinotok nie za duży, itp. Od dziś Ja(bis) będzie pisał tylko to co myśli (i chce napisać) Andrzej Garczyński mieszkaniec Stargardu Szcz. nad rzeką Iną.  
P. S. Do wszystkich zawiedzionych, że nie jestem: komuchem, U(S)Bekiem, TW, KGB, GRU, Maleszką, ... Palikotem,. Piterą, Schetyną, Donaldem, (ale rozrzut) Młodzieżówką PO, itd., i itp. – macie na forum jeszcze dużo osób do rozszyfrowywania. Do roboty ! Do tego, co było: dopisuję to, co jest. Do K-K nie chodzę, bo nie lubię właścicieli ze słomą w butach. O tym, że Kaczyńskich rozróżniam nie tylko po fizjonomii nie będę się powtarzał. Jak masz wątpliwości, że nie przywalam PO to zapytaj fafika (mieliśmy kiedyś ścinkę), ale to porządny i b. pracowity człowiek. Droczenie się z katarzyną – to tylko forumowy folklor. Na tym wątku, w rozmowach z solidaruchem, jest sporo z mojego życiorysu.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Morp Expert Dictionary
Gość






PostWysłany: Pon 22:40, 29 Paź 2012    Temat postu: Re: WySprzedaż po RENAMENCIE

pytanko napisał:
Kto to napisał, Julka czy Morpork ?


Morpork !!
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Gargangruel
Administrator



Dołączył: 23 Mar 2011
Posty: 6439
Przeczytał: 0 tematów

Skąd: ZE SREBRNEGO NOWIU

PostWysłany: Pon 23:09, 29 Paź 2012    Temat postu:

2007-12-20 23:23
Gargangruel Re: ix
Atrocisapiens oszalał ze szczęścia. Zrobił analizę i wyszło mu, że PIS zniknie szybciej niż myślał dotychczas.
Forum: Polityka
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
ix
Bywalec



Dołączył: 07 Lut 2012
Posty: 719
Przeczytał: 0 tematów


PostWysłany: Wto 20:31, 16 Kwi 2013    Temat postu: Ha!

Ale numer! Trafiłem tu pierwszy raz. Naprawdę. I, jak widzę, to taki trochę mój wątek. Kiedyś Josh założył ixo... Kukułcze jaja, a tu proszę. Mały Dixieland.

Miłe.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
ix
Bywalec



Dołączył: 07 Lut 2012
Posty: 719
Przeczytał: 0 tematów


PostWysłany: Wto 20:33, 16 Kwi 2013    Temat postu:

Aha.
Bym zapomniał. Muszę się na jakiś czas wyanihilować. Z przyczyn niezwiązanych. No, to do Świąt.
Albo wcześniej.

Hej!
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
ix
Bywalec



Dołączył: 07 Lut 2012
Posty: 719
Przeczytał: 0 tematów


PostWysłany: Wto 21:40, 16 Kwi 2013    Temat postu:

Ja jeszcze na chwilę. Wypada przecież usiąść przed wyjściem.
Napiszę nieskromnie, ale miało się kiedyś drobną wenę. Ten mój limeryk, cudem ocalony, naprawdę się mi podoba. W ogóle go nie pamiętałem.
O oparach absyntu tak, o ciupadze też, a tego ani ani. Ani chybi pisałem w oparciu o atmosferę pierwszego wymienionego. I co tu się dziwić niektórym poetom, że też.
Pojęcia też oczywiście nie mam, o co i o kogo chodziło z tym "z playbacku". Kierowniku, Ty wiesz?

Dixie
Napisano 15 wrzesień 2009 - 05:55

Skromny ty znawco, fałszywko z playbacku
Nie jesteś Sarna, ni Gargi człowieku
Garguś, by dodać sobie powagi
Wysłał mnie nago do miasta Malagi
Dał piwo i radził utopić się w ścieku


Do All!
To tymczasem
M.


Ostatnio zmieniony przez ix dnia Wto 21:57, 16 Kwi 2013, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Gargangruel
Administrator



Dołączył: 23 Mar 2011
Posty: 6439
Przeczytał: 0 tematów

Skąd: ZE SREBRNEGO NOWIU

PostWysłany: Wto 21:55, 16 Kwi 2013    Temat postu:

ix napisał:

Pojęcia też oczywiście nie mam, o co i o kogo chodziło z tym "z playbacku". Kierowniku, Ty wiesz?


Nie mam bladego pojęcia.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
misiowilk
Gość






PostWysłany: Wto 22:09, 16 Kwi 2013    Temat postu:

Gargangruel napisał:
Ja(bis) Rejestracja16-kwiecień 08
Napisano 18 styczeń 2009 - 15:30

»Re: thor 2009-01-18 12:58
Ale taki wpis zrozumiałby thor i parę innych osób – pozostała: bezrozumna, bezrefleksyjna tłuszcza......


Piękny, nostalgiczny fragment dawno minionego okresu błędów i wypaczeń Jabisa, gdy jeszcze przejawiał ludzkie odczucia, gdy jeszcze był w stanie oddzielić ziarno od plew, gdy jeszcze mnie i kilkoro mi bliskich osób stawiał wyżej od tych, z którymi połączyła go zimna jak Prezydent wódka i rechot z zespołu Macierewicza.


Ostatnio zmieniony przez misiowilk dnia Wto 22:10, 16 Kwi 2013, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
kopista
Gość






PostWysłany: Śro 19:56, 17 Kwi 2013    Temat postu:

ballada o Garganie Re: Wczesne przedwiośnie 2009-03-14 15:14


Kulawy pies powłóczył łapą,
przewracał wszystko co po drodze,
spotkanym ludziom zęby szczerzył.

W toku wędrówki siły tracił,
z rozkoszą kładł się w każdej dziurze,
z kulawej nogi krew płynęła,
a pies wciąż szedł, choć sił już nie miał.

Jednemu tylko panu ogonem machnął pies.
Ten pan go dobił, wędrówce kładąc kres.
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
kopista
Gość






PostWysłany: Czw 10:31, 18 Kwi 2013    Temat postu:

morpork Re:przedwiośnie, czyli igraszki natury 2009-03-14 16:32

Z dedykacją dla M. Z okazji wiosny, morpork -tym razem przewrotnie ironicznym wieszczem. Sorry, wierszem.


Naplotkowała sosna,
że już się zbliża wiosna,
Thor skrzywił się ponuro:
-Przyjedzie pewno furą...
Gargan najeżył się srodze:
-raczej na Piternodze.
Ix syknął - Ja nie wierzę,
przyjedzie na rowerze.
Kla gwizdnął: Wiem coś o tym,
przyleci z Walikotem.
Skąd znowu - rzekła sroka-
ja jej nie spuszczam z oka
jakem baba nic nie wiecie
widziałam ją w onecie.
-Nieprawda! Wiosna w tym zgiełku
pojawia się tylko w szkiełku!
-A ja wam to udowodnię,
że właśnie samochodem,
-Nieprawda, bo w karecie!
-W karecie? Cóż pan plecie?
Oświadczyć mogę krótko,
że płynie Polmos Łódką.

A wiosna przyszła pieszo.
Sondaże za nią spieszą.

PiSklaki nie były radosne.
Wiedziały, że PO wiośnie.
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
kopistka
Gość






PostWysłany: Czw 13:55, 18 Kwi 2013    Temat postu:

Po cichu
po wielkiemu cichu
idu sobie ku miastu na zwiadu
idu i patrzu

Na ulicach cichosza
na chodnikach cichosza
nie ma juz ixika
tego tu Miłosza

Tu cichosza tam cicho
szaro brudno i zima
morporka tyż ni ma
tego tu Tuwima


Cichosza, wszędy cichosza
Pusto, głucho i zima
Umarła poezja
Bo Julii tyż ni ma


W sercach w głowach cichosza
w ustach w oczach cichosza
nie ma tu Poetów
wynieśli ich na noszach
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
kopistka
Gość






PostWysłany: Czw 13:57, 18 Kwi 2013    Temat postu:

Apel do Morporka. WRACAJ!!!

Każdy dzień jest szary, bury
Bez hiżpańskiej klawiatury
Bez Morporka więdną bzy
Hajdzik Gie Pe zszedł na psy
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
kopistka
Gość






PostWysłany: Czw 13:59, 18 Kwi 2013    Temat postu:

Zrozpaczona Klio napisał(a):
Z hiżpańskiej altany wybiegł Morpork zdyszany
Bieży na forum z wściekłością, bo najwyższa pora.
Przeczytał posty, gdzie został skopany
Pójrzał, zadrżał, i znalazł tam Thora.

Wzrok opuścił ku ziemi i rękami drżącemi
Gitarę stroi, czyta i duma.
Wzrok od Thora odwrócił, w tył wyloty zarzucił
I dojrzał posty Garguma.

"Hej, kozaku, Garganie, czemu posty sadzisz na mnie?
Masz przeca nocą swojego pachołka!
Weź klawiaturę, skrzyknij sekte hajduczą,
Ja swoją hiżpańską zdejmuję już z kołka".

Wzięli się GGG i Morporka znajoma, na foruma się wkradli,
Kędy szpaler wpisów portalik obrasta.
Na darniowym siedzeniu coś bieleje się w cieniu:
To siedziała w bieliźnie Beksa niewiasta.

Jedną ręką swe oczy kryła w puklach warkoczy
I pierś kryła pod rąbek bielizny;
Drugą ręką od łona odpychała ramiona
Klęczącego u kolan mężczyzny.

Ten, ściskając kolana, mówił do niej: "Kochana!
Więc już wszystko, jam wszystko utracił!
Nawet twoje westchnienia, nawet ręki ściśnienia
Gargangruel już z góry zapłacił.

Ja, choć z takim zapałem, tyle lat cię kochałem,
Będę kochał i jęczał daleki;
On nie kochał, nie jęczał, tylko trzosem zabrzęczał,
Tyś mu wszystko przedała na wieki.

Co wieczora on będzie, tonąc w puchy łabędzie,
Gargani stary łeb na twym łonie kołysał,
I z twych ustek różanych, i z twych liców rumianych
Mnie wzbronione słodycze wysysał.

Ja na wiernym koniku, przy księżyca promyku,
Biegę tutaj przez chłody i słoty,
Bym cię witał westchnieniem i pożegnał życzeniem
Dobrej nocy i długiej pieszczoty!"

Beksa jeszcze nie słucha, on jej szepce do ucha
Nowe skargi czy nowe zaklęcia:
Aż wzruszona, zemdlona, opuściła ramiona
I schyliła się w jego objęcia.

Gargangruel z tasakiem przyklęknęli za krzakiem
I dobyli zza pasa naboje,
I odcięli zębami, i przybili sztęflami
Prochu garść i grankulek we dwoje.

"Panie! – znajoma Morporka powiada - jakiś bies mię napada,
Ja nie mogę zastrzelić tej Beksy niewiasty;
Gdym półkurcze odwodził. zimny dreszcz mię przechodził
I stoczyła się łza na buty lśniące od Kiwi pasty".

"Ciszej, plemię hajducze, ja cię płakać nauczę!
Masz tu z prochem leszczyńskim sakiewkę;
Podsyp zapał, a żywo sczyść paznokciem krzesiwo,
Potem palnij w twój łeb lub w tę dziewkę.

Wyżej... w prawo... pomału, czekaj mego wystrzału,
Pierwej musi w łeb dostać Morpork młody".
Znajoma Morporka odwiodła i strzeliła załamana,
I ugodziła w sam łeb – stojącego w obok Gargana.
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
kopistka
Gość






PostWysłany: Czw 14:06, 18 Kwi 2013    Temat postu:

Stary Jabis trzech synów, mądrych jak sam Marchwinów
Przed oblicze swe wzywa i rzecze:
„Bierzcie się do roboty, ten dostanie Róg Złoty,
Który złego Gargana usiecze.

Bo mówiono w Szczecinie, że mnie kara nie minie
Jak zleconej nie zrobię roboty.
Wyście s…syny są moje, bierzcie konie i zbroje,
Noże w garść, a i weźcie też młoty.

Wyście krzepcy i zdrowi, jedzcie służyć ludowi,
Niech pomorskie prowadzą was Bogi;
Ja sam jechać nie mogę, lecz jadącym na drogę
Radę dam, podarunek ubogi.

Jeden z waszych biec musi chyżym krokiem ku Rusi,
Pędzić tak, jakby spieszył do tańca;
Tam sobole ogony i srebrzyste zasłony,
Tam kryjówka Gargana zaprzańca.

Niech zaciągnie się drugi w Palikotowe cugi,
Niechaj tępi Pisiory psubraty;
Tam bursztynów jak piasku, sukna cudnego blasku
Może tam siedzi Gargan bogaty.

No a Marchwin niech trzeci hen na Wołyń przeleci;
Biedna ziemia krwią naszą skąpana,
Ale coś tam wybierze - dobre szable, puklerze,
Bo tam leże krwawego Gargana.

Stamtąd ja przed półwiekiem, gdym był młodym człowiekiem,
Pannę sobie przywiozłem za żonę;
A choć ona już w grobie, jeszcze dotąd ją sobie
Przypominam, gdy spojrzę w tę stronę.

Taką dawszy przestrogę, błogosławił na drogę;
Oni wsiedli, broń wzięli, pobiegli.
Idzie jesień i zima, synów nié ma i nié ma,
Jabis myślał, że w boju polegli.

Po śnieżystej zamieci do wsi zbrojny mąż leci,
A pod burką rzecz jakaś schowana.
Co on skrzętnie tak chowa? „Czy Gargana to głowa?"
- "Nie, mój ojcze, to skrzynka szampana".

Po śnieżystej zamieci do wsi zbrojny mąż leci,
A spod burki ledwie sterczy zad konia.
Coś w Jabisie wybuchło. „Może thora to truchło?”
- "Nie, mój ojcze, to babka Sydonia".

Po śnieżystej zamieci do wsi jedzie mąż trzeci,
Wokół szyi ma łańcuch z bursztynów,
Lecz nim zdobycz pokazał, stary Jabis już kazał
Produkować następnych Marchwinów.
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Gargangruel
Administrator



Dołączył: 23 Mar 2011
Posty: 6439
Przeczytał: 0 tematów

Skąd: ZE SREBRNEGO NOWIU

PostWysłany: Wto 22:23, 10 Gru 2013    Temat postu: To chyba Gekon

Co mi tam kwarantanny. Na początku był i tak Gekon. I tylko on. Potem zlazły się różne warany heskie, świstaki ixowe i inne takie tam. A teraz ta beznadziejna krowa z fiutkiem i miłośnicy jej fiutocycoli. Panowie i Panie! Na początku był tu tylko Gekon. Nie kłamię! A nie! Zwracam gekoni szacuneczek. Na początku był astrosedes i jego pchły Algiersko- Francuskie. Znane w KK pod nazwą Francuzy ze Smrodliwej Śluzy. Teraz nasz astrosedes zwie się: A -To -Ci Saphiens. Ma laptopa, garnitur, furę, komórę... Nieee! Oborę ma! I ser Podlasky w skarpecie! Rozumiecie towarzysze, wiecie...
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Gargangruel
Administrator



Dołączył: 23 Mar 2011
Posty: 6439
Przeczytał: 0 tematów

Skąd: ZE SREBRNEGO NOWIU

PostWysłany: Wto 22:25, 10 Gru 2013    Temat postu: Thor

Szare, powykręcane w paroksyzmach beznadziei ulice. Zasikane, cuchnące uryną i kocimi odchodami bramy. Odarte z farby i tynku, zmurszałe sinobrunatnymi cegłami kamienice. Liche światła zapomnianych lamp. Daleki, rzadki odgłos tramwajowego dzwonka. Gdzieniegdzie ludzie, czy ich liche cienie. Czasem płacz głodnego dziecka, skowyt trafionego kamieniem psa. Nocny błysk sprzedawanej frajerowi kosy. Schnące na sznurach i drutach nigdy niedoprane pieluchy. Porozbijane szkło butelek po piwie i monopolce. To PRAGA. Tam dorastał Gargangruel. To był jego świat. A za wielką wodą, za niedostępnymi mostami, maleńki thor był przez najętą niańkę karmiony Pańską skórką. Białą, a w święta różową jak jego wiecznie uśmiechnięta dobrotliwa buzia...
GARGI OBJAT.....krzyknęła stara Strupielakowa, ta z sutereny,od flaków z Bazaru. Dawała Gargusiowi czasem posmakować tego pańskiego przysmaku, szczególnie gdy puchły. A puchły często, lato gorące było. Po drugiej stronie rzeki maleńki thor ssał kukułkie, przez niańkę do ust mu podaną. CDN...



Gargangruel dorastał w biedzie i chłodzie. Ale miał pęd...do nauki go ciągnęło. Skończył dwuklasowego powszechniaka, alfabet ślabizował, do trzech zliczyć potrafił...ale dumny był, chciał wiedzieć i umieć więcej, choć biedny był ci on sierota. Na pięknym niezwykle i kulturalnym Żoliborzu thor nie chodził do przedszkola. Nie przyjęli, nie mogli. Za mądry był i już właściwy sobie stosunek do odrażających, brudnych i złych prezentował. Nie chodził do szkoły, nie przyjęli...nie mogli. Za mądry był.....
Gargangruel na wiślanym brzegu rysował patykiem duże, nieporadne litery....samokształcił się.
Minęły lata, już nic nie było jak przedtem, tylko Wisła wciąż parła do morza. Na spauperyzowanym Żoliborzu stary thor wytrwale szlifował przedwojenny bruk swej ulicy, szukał butelek i starych gazet. Szkół nie skończył, mądry był nadal jednako. W swej suterenie przechowywał skarby z dzieciństwa - nadgryzione kukułkie i ułomek białoróżówej Pańskiej skórki. Tylko tyle mu pozostało. Teraz żył nogami przechodzącymi za zakopconymi od bieda-pieca szybkami jego nędzarni. Patrzył na ludzkie nogi i myślał, co by być mogło, gdyby się był tak mądry nie urodził. Może też by gdzieś szedł lub wracał...a może tak dla rozrywki przed siebie, do parku na spacer? Czasami szedł do parku...nocą, gdy pusto już było i nikt jego łachmanów nie widział...tylko czasem pies jakiś za nim szczeknął, zębem go złapać brzydziwszy.
A za Wisłą u państwa Gargangruelów służba podawała do stołu. Obiad zwyczajny....siedmiodaniowy, jakieś rybki, pieczyste, sałaty, zupa julienne, sztukamięs, pasztety, owoce i sery. Tak - Pan Gargangruel już flaków nie jadał.....
Pan Gargangruel przy stole popuścił pasa, na dalekim Żoliborzu thor ścigany przez niedowidzacego, bezpańskiego psa popuścił ze strachu w spodnie. Nie pierwszy raz tego pamiętnego dnia. I zapewne nie ostatni.
-Jeszcze miętowy opłatek....Panie Gargangruelu, stary pokojowiec Morpork trzymał przed ustami swego chlebodawcy srebrny talerzyk z Jego ulubionym przysmakiem.
-Spie...j, łagodnie odrzekł GGG, - już jestem pełny. Pełny obaw thor schował się w osiedlowym śmietniku. Z łakomstwem spoglądał na czarne torby wypełniające stojący kontener. Skarby, moje sssskarby.....- szeptał, oblizując wyschnięte, zarobaczone wargi. Łapczywie pożerając niedojedzone resztki pasztetu podlaskiego obmyślał swój plan. Praga.....PRAGA! Tam podobno przyszło nowe, tam MUSI być życie.
Nad żoliborskim śmietnikiem rozpętała się burza. Grzmoty serwowały strugi deszczu z blaszanym pojękiem spadające kaskadą na falisty daszek thorowego przytuliska. Kolejna błyskawica rozświetliła wnętrze śmietnika, a w nim pojękującą ze strachu bezkształtną kupkę łachmanów - mądrego thora.
Burza ucichła, rozśpiewało się okoliczne żoliborskie ptactwo. WIJU, WIJU - na sygnale przejechał policyjny radiowóz, skulenie thora spotęgowawszy. Ucichło....thor wypełzł ze śmietnika i aż rozdziawił swe bezzębne usta... Ca..ca...ca.....nad Pragą lśniła feerią cudownych barw TĘCZA.
Pan Gargangruel zakończył sjestę. Krótkim pstryknięciem pełnymi sygnetów palcy przywołał Morporka. - Daj mnie tu prasę dzisiejszą, analizować będę -, wierny sługa w mig podreptał przez pokoje po periodyki dla Pana swego.
Gargangruel wertował strony Gazety Prawnej. Nie, to był kolejny kamuflaż tego rekina praskiej finansjery. Pod tytułową stroną Prawnej schował swe ulubione tytuły - Filipinkie i Sportowca. W Filipince znalazł bardzo ciekawy artykuł o zachowaniu przy stole.

Z ukontentowaniem klepnął się po pełnym udzie - Kto by pomyślał, ze nóż po prawej stronie, no no no -..... edukował się nadal, tak jak na piaszczystym brzegu ukochanej rzeki tak odległego dzieciństwa.....
Wisłą, ku praskim brzegom płynął szary, bezkształtny w swym kształcie kształt. Ni korzeń, ni pień, ni topielec. To thor zajadle wiosłując swymi dłońmi, nogami uczepiony kawałka starej, spróchniałej deski płynął ku swemu przeznaczeniu.....Praga, PRAGA!
Dyszał ledwo. Wiślane fale obmywały jego mizerne ciało. Księżyc oświetlał jego wymokłą, niepozorną postać. Praga, PRAGA! Całował piach praskiego brzegu, ziemi obiecanej, po której obiecywał sobie tak wiele. Wylazł z wody, przycupnął w nadwiślańskim zastoiskowym łęgu. Obmyślał.....
Gargangruel zawołał psa. Ten na dźwięk głosu swego Pana zaskowytał radośnie i przywarł u Jego stóp, ogonem szaleńczo machając. Sąsiedzi Gargangruela mówili, że pies ma lat trzy, inni, że pięć, a ci z sąsiedniej willi twierdzili, że to suka. Ale nie uprzedzajmy wypadków. Gargangruel ubrał trzewiki i choinkę, bo Święta szły, a w tym roku on miał urządzić firmową Wigilię. Tak pod koniec grudnia, czy z początkiem stycznia - data nieważna, grunt, że u masarza zaufanego wyroby już dawno zamówił. Szynki, balerony, golonki, schaby, salcesony i różne, przeróżne kiełbasy. W zamrażalniku chłodził się już tuzin 'Potockiego" , a w spiżarni cieszyły oko dwa antałki Heinekena. Wigilia jak ta lala....

Mój sssskarb, mój ssssskarb powtarzał jak mantrę. Do piersi przyciskał butelkę po winie.
Przykryty tekturami, był niewidoczny.
Śmieciarko- zgniatarka wciągała w swe przepastne gardło wszystko, co złapały jej stalowe zęby.
thor był jednak odurzony szczęściem, miał swój skarb.
Poczuł silny ból, usłyszał trzask łamanych gnatów. Zrozumiał, że to już koniec, koniec Jego. Miał jeszcze tyle planów. Tyle złomu, tyle puszek, tyle butelek, a ja muszę odejść.
Gdy stalowe zęby rozrywały mu trzewia, mocniej przycisnął do cherlawej piersi swój skarb.
Śmieciarze mówili później, że słyszeli dziwny syk.
Mój sssskarb, mój ssssskarb powtarzały szczęśliwe usta .
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Gargangruel
Administrator



Dołączył: 23 Mar 2011
Posty: 6439
Przeczytał: 0 tematów

Skąd: ZE SREBRNEGO NOWIU

PostWysłany: Czw 0:50, 12 Gru 2013    Temat postu:

Nie wiem czy thor napisał to dla GP czy jeszcze w Hydeparku, ale umieszczam tu.


Był listopadowy wieczór, miałem 51 lat, w kieszeni ostatnie 3 zapałki (morporku, kojarzysz?), smętnie człapałem po kocich łbach jednej z centralnych ulic mojego Żuliborza. Z nieodległych domostw dobiegało wycie wygłodzonych psów, lub smętne porykiwanie niewydojonego bydła. Z kominów dolatywał toksyczny i dławiący smród spalonego NA PEWNO NIE WĘGLA ANI KOKSU, wszędzie cuchnęło oparami frytury i uryny. Jak to na moim Żuliborzu. Patrzyłem pod nogi, by nie trafić w koński pączek lub krowi placek. Czasami w psią lub ludzką kupę. W kieszeni roboczej ( z ostatniego miejsca pracy w Miejskim Przedsiębiorstwie Oczyszczania) koszuli (zielona drukowana flanela made in China) poczułem wibrację komórki. Rozchyliłem waciak i kufajkę...na wyświetlaczu złowrogo połyskiwały jasnym bursztynem trzy litery "GGG".
- Cześć Andrzejku, co u Ciebie?
Gargangruel opowiadał, jak miło spędza czas na raucie w ambasadzie Królestwa Holandii. Skąd ta Holandia? Może to w związku z moją wieczną, powstałą na bazie ciągłej frustracji, depresją....przeklęta, złośliwa, praska łajza! To ja mu też dam zagwozdkę....
- A ja, Andrzeju, właśnie udaję się na wieczór literacki do Kazimiery Szczuki, koło Filtrów - zaprosiła bliskich znajomych i parę ciekawych osób z bohemy.....Ku..a! (opowiadając bzdety niechcący podniosłem wzrok ku niebu i wlazłem w zdechłego, rozkładającego się szczura)....to nie do Ciebie Andrzejku, to w telewizji pewnie tak brzydko mówią.... Tak, zapowiada się bardzo ciekawy wieczór, a uświetni go micro recital Blechacza...co będzie grał, pytasz?... to co zwykle...., podobno ma nową gitarę. Nie gra na gitarze? Przestał??? No, to może będzie miał cymbałki...
Gargangruel z wyraźnym trudem przełknął moją intelektualną, wysublimowaną w swym artyzmie, prowokację. Zmienił temat - zaczął o ixie opowiadać, jaki to on niedobry, psuj i WOGLE.
Tu się z nim zgodziłem - ixik nigdy nie zaakceptował naszej wyższości, naszych manier, wiedzy i osobistej kultury. A nawet inteligencji naszej błyskotliwej nad wyraz! Nigdy nie chciał wespół zespół z nami rozwalić tego tak nam nienawistnego forum, zdyskredytować tych wstrętnych ludzi, którzy ...przejrzeli nas i mizerię naszego tak zakłamanego, okrutnego losu.
Gargangruel zakończył rozmowę plugawą inwektywą pod adresem ixa, chociaż bym nie dał głowy, czy to był głos GGG. Wyraźnie usłyszałem końcówkę zdania poprzedzonego i zakończonego słowem na "k"....le jeszcze czasu będziesz, k...a, szedł z z tego śmietnika stary matole, kaszanka ci k...a wystygnie....
Krzyknął, ze charge d' kultury na drink go zaprasza. I tyle go było.
Wstrętny ixik - pomyślałem, wydłubując z dziury w podeszwie resztki szczurzego ogona.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Gargangruel
Administrator



Dołączył: 23 Mar 2011
Posty: 6439
Przeczytał: 0 tematów

Skąd: ZE SREBRNEGO NOWIU

PostWysłany: Czw 8:51, 12 Gru 2013    Temat postu:

To ixa.

Szara podlaska dróżka wiła się po widnokrąg. Była kręta i wyboista, a mimo wszystko taka trochę bez wyrazu. Nijaka jak wszystkie ścieżki, po których od zarania kroczył Przedlesky. Nikt wowczas nie przypuszczał, że dla naszego bohatera ten dzień miał być szczególny. Po raz pierwszy w życiu, miałby być za.
Dotąd był zawsze przeciw. Rozglądał się smętnie po laskach, piaskach i karaskach, i zastanawiał melancholijnie, komu by tu przyłożyć. Z kniei wychyliła się zręczna sarna, thoporny skandynawski rekin, rubaszna żmija i sowa o pustym spojrzeniu. Pewnie ma coś wspólnego z pograniczem – odkrywczo zauważył Przedleski. Niestety nie wyjaśnił, ktorego fauna ma na myśli.


W tym momencie dostrzegł upragniony szpital. Wszedł. Pierwsza przy rejestracyjnym okienku stała panienka. Stanął za. Zaskoczył go dualizm stanu stania. Ale że nic nie stoi wiecznie, a nawet wszystko płynie, poczuł się nieswojo. Udał się do toalety. W toalecie były dwa wyrostki. Jak to w szpitalu – skonstatował Przedleski.

Chcesz w ucho? – rzeczowo zapytał dłuższy wyrostek. Lej – odparł Przedleski –jestem pacyfistą. Nie będę się bronić. Każda obrona jest niesprawiedliwa.
Obudził się zlany. Pewnie pot –myślał intensywnie. Wreszcie zrozumiał. Nie został oblany potem, lecz wcześniej.
Pożałował, że stanął za. Przeklęty szpital. Gdyby poszedł do filharmonii... Tam nie ma wyrostków. Są oboje. A to takie klawesyny.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Gargangruel
Administrator



Dołączył: 23 Mar 2011
Posty: 6439
Przeczytał: 0 tematów

Skąd: ZE SREBRNEGO NOWIU

PostWysłany: Czw 8:52, 12 Gru 2013    Temat postu:

To też ixa.

Tego samego dnia wczesnym rankiem....


Na południe od domku Myśliwego, o milę, góra dwie, dalej- thorozaurus całował się ze stadem saren. Jedna sarna była zdaje się dwujęzyczna. Miała czarno –czerwone -żółte kozaczki na wszystkich odnóżach, pickelhaubę - berecik na przeuroczych małych taurogach i gustowną apaszkę z Karlsruhe. Thorozaurus zaprzestał całowania stadka i skierował swoje kroki do w/w. Bez zbędnych ceregieli zaczął zdejmować sarnie buciki.
Wtem, znienacka, z gałęzi zeskoczył gargozaurus.
-telefon do ciebie thorozaurek – wyjaśnił rzeczowo
-Idę- odparł thorozaurus.
I rzeczywiście poszedł. Długo gonił go szyderczy śmiech wadery, lisicy i innych saren. Szczególnie serdecznie, choć z przekąsem śmiał się Myśliwy. Bo i nasz bohater znalazł się był mimochodem na tej polanie.
Rzekomy telefon okazał się bluffem. thorozaurus w te pędy zawrocił i pobiegł w kierunku zzutej oblubienicy. Niestety. Gdy wrócił na polanę, musiał nałożyć na głowę leżący nieopodal kociołek, aby nie zaczepiać o konary. Sarna dumnie wypinała pierś, na której widniały ślady praskich pazurów. Kozaczki walały się po polanie, gargozaurus chichotał spełniony, Myśliwy uśmiechał się dwuznacznie, a rogi thorozaurusa rosły, rosły, rosły.
Myśliwiec wiedział, że oto na jego oczach jego znajomi mogą się rzucić na siebie jak wilcy. Chciał uniknąć rozlewu krwi zaurobratymczej. Ale że krew tak czy owak musiała się polać, Myśliwy oddalił się na północ. W kierunku wiosku.
thorozaurus nawet nie probował ukryć wzburzenia.
- Co tu się działo garganzaur? Dlaczego ona podryp, podrrapapana taka? Spójrz mię w ślepia i gadaj! – wycedził niedoszły telefonista, niemiłosiernie przy tym lapsusując.
- Możelubi? – garganzaur potrafił być lapidarny.
- Nie odpowiadaj pytankiem na pytanko! – bas leśnego Otella potęgował nastroj grozy.
- Podrapana jest? Co ty powiesz? – złowrogi uśmieszek rozjaśnił blade oblicze imputowanego kochanka. Skupione oczy, z głębokich oczodołow patrzyły wyzywająco – A gdzie? Rymuje się?
thorozaurus poszedł sprawdzić. I rzeczywiście. Rymowało się. Jego wybranka była podrapana w wielu miejscach. Zwłaszcza w tych, w ktorych nie chroniła się pickelhaubą.
Zimny, przejmujący do szpiku kości lotny jak wicher przebłysk rozumu zerwał mu ostatnie łuski. Z narządu wzroku też.
- Sprawiłaś mi okropnie długi wzw.., tzn. długotrwały zawod- poprawił się odruchowo. Poprawiał się od dłuższego czasu. Impuls jak nic. Ewentualnie zła dieta.
- Jaki znowu długotrwały zawod? Jesteś wytworcą drutu?- podejrzewana samiczka odezwała się rozkosznie z wrodzoną sobie inteligencją.
-Jaki znowu drut?! – namyśle kontynuował thorozaurus.
-Nie ze mną te numery! -dodał
- A wiesz, zgadłeś... – nagłe westchnienie wstrząsnęło podrapanym sarnim ciałkiem...
- A podrapania tu? A głownie tam?! –nie dawał za wygraną.
- A... podrapania. To o to ci idzie? – bagienna damulka spojrzała miękko – No tak. Ktuś drapał...Ty zobacz te ule pod dębem. One też całe są w plastrach. Tu był ktoś jeszcze...



Raptem zrobiło się ciemno. Słońce skryło się za chmurami. Ostatni wypełzły promień prześwitywał przez grozę budzące gałęzie i konary drzew, rzucając upiorne cienie. I klony.
Z dala złowieszczo pohukiwały sowy...
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
morpork
Bywalec



Dołączył: 10 Mar 2013
Posty: 1935
Przeczytał: 0 tematów


PostWysłany: Pon 21:18, 30 Gru 2013
PRZENIESIONY
Pon 21:34, 30 Gru 2013    Temat postu:

Gargangruel napisał:

Zajrzałem ostatnio do archiwaliów i znalazłem tam mnóstwo staroci jeszcze z Hydeparku. Mam zamiar je sukcesywnie udostępniać w dziale Archiwalia, który zaraz utworzę.
Każdy, kto ma jakieś archiwalne wpisy z Hydeparku albo GP może je tam umieszczać, o ile zechce.


Znalazłem artefakt jeszcze ze starego Hajdu. Wykład o Napoleonie. Prawdopodobnie najsłynniejszy wielopost. A jeśli nie to, to już teraz tak. ;

ix
»
Re: Polesky. 2008-12-17 20:29


Panie Polesky. Przyznam, że trochę zirytował mnie Pański post. Napisał Pan o Napoleonie, że cyt.: "Z powodu prywatnych ambicji podpalił Europę".
Wie Pan. Można wybaczyć wiele. Ale nie wszystko. Są granice niewiedzy oraz bezkrytycznego wchłaniania podsuwanych treści.
Odpiszę Panu. Napiszę Panu, co wiem, a nie co myślę. Nie oczekuję odpowiedzi.

Z przyczyn technicznych rozbiję swoją odpowiedź na kilka postów. Długie posty czyta się źle i niechętnie.
Postaram się, aby styl także był zróżnicowany. Pan wie... Nikt nie lubi być poległym



ix
»
Re: Polesky. Post 2. 2008-12-17 20:34


Przyznaję, że Napoleon Bonaparte jest dla mnie jedną z najbardziej ulubionych i cenionych postaci historycznych. Przepraszam więc w tym miejscu za być może zbyt emocjonalny ton moich wypowiedzi,
Pana stwierdzenie, że Napoleon podpalił Europę jest kłamstwem, dowodem ignorancji lub bezkrytyczną akceptacją dorabianej czarnej legendy.
Bonaparte walczył z bardzo wieloma europejskimi państwami. Kraje te, w ciągu kilkunastu lat nieustannych wojen, stale z nim przegrywały. Najczęściej w sposób kompromitujący.
Nic dziwnego, że opinie o Napoleonie w takich krajach jak Anglia, Niemcy, Rosja, Austria i w wielu innych będą niekorzystne, często kłamliwe, nacechowane zrozumiałą skądinąd niechęcią. Opinie we Francji będą także zróżnicowane. Co ciekawe ze skrajnych pozycji.



Wrogo do Napoleona odnosi się historiografia lewicowa, a zwłaszcza lewacka będąca rezonansem ideologii jakobińskiej. Historycy o poglądach rojalistycznych, ze zrozumiałych względów formułowali i formułują opinie zawsze złe.



W czasach PRL, gdzie jak sam Pan przyznaje, uczył się Pan i zdobywał doświadczenia, większość polskich historyków pisała zgodnie z oceną radziecką (rosyjską). A więc wrogo. Pan te oszczercze opinie powiela



Aha. Duża część tych historyków ma się nadal w najlepsze.



ix
»
Re: Polesky. Post 3. 2008-12-17 20:37


Powtarzam. To nieprawda, że Napoleon podpalił Europę. Wojny jakie prowadził były obronne. To, że toczyły się na terytorium przeciwnika, niczego nie zmienia. Postaram się to wykazać.
Zacznijmy od początku. No prawie. Pominę Tulon (rojalistyczny bunt, Anglicy).
Na kampanię włoską wysłał Napoleona Dyrektoriat. Przeciw Austriakom.



Błyskotliwe zwycięstwa pod Castiglione, Lodi, Arcole i Rivoli. Zdobycie Mediolanu, neutralizacja Mantui. Austria prosi o pokój.



ix
»
Re: Polesky. Post 4. 2008-12-17 20:43


Pod koniec 1797 roku jedynym wrogiem pozostawali Anglicy. Zwycięski wódz, przedstawił Dyrektoriatowi sposób na zniszczenie angielskiej supremacji kolonialnej i zmuszenia Anglii do zawarcia pokoju.
Podbój Egiptu miał osłabić więzy wyspiarskiej Anglii z perłą korony brytyjskiej – Indiami. Zdobycie obszarów nad Nilem miało przygotować grunt do osłabienia dominacji angielskiej w basenie Morza Śródziemnego.



PS Polesky. A ponadto. Obiegowe opinie o Napoleonie powielają jakże jednostronny obraz "wodza" . A przecież młody wiekiem generał był wybitnym matematykiem) i historykiem. Był też zwyczajnie, po ludzku, pokorny wobec potęgi wiedzy.
W 1797 roku w liście do Dyrektoriatu napisał: "Powinniśmy wielbić uczonych i otaczać czcią nauki".
Na wyprawę wojenną do Egiptu zabrał kilkudziesięciu uczonych wszelkich specjalności. W Kairze założył Instytut Naukowy, którego zasługi w odkrywaniu "prehistorii " są ogromne. Wtedy właśnie znaleziono bazaltowy kamień z Rosetty. To dzięki niemu w przyszłości Champollion odczyta hieroglify.
Ilość znaczących wynalazków epoki napoleońskiej jest absolutnie rekordowa. Dzięki niej nauka francuska przeżyła okres rewolucyjnego wprost rozkwitu.
Powszechnie znane jest powiedzenie "...żołnierze czterdzieści wieków patrzy na was". A rozkaz wydany pod piramidami – "osły i uczeni do środka" to wyraz niespotykanej dotychczas troski w ekstremalnie trudnej sytuacji podczas bitwy.



ix
»
Re: Polesky. Post 5. 2008-12-17 20:59


Angielskie złoto, finansujące wrogów Francji, płynęło wartko nadal. Monarchowie europejscy, trzymający w okowach swoje ludy, czuli się zagrożeni wyniesieniem "generała wolności".



Napoleon uprzedził atak. Niebezpiecznym szlakiem przez Alpy, którym 2000 lat wcześniej maszerowali wojownicy i słonie kartagińskiego wodza Hannibala, przerzucił 60- tysięczną armię. Do starcia z Austriakami doszło pod maleńką, północnowłoską wsią Marengo.

Bitwę, toczącą się ze zmiennym szczęściem, wygrali Francuzi. To starcie stworzyło nową jakość na scenie politycznej.



ix
»
Re: Polesky. Post 6. 2008-12-17 21:04


W 1802 roku zostaje dożywotnim konsulem, 2 XII 1804 Cesarzem Francuzów. Drogą do tych wątpliwych, w przypadku Bonapartego, zaszczytów tytularnych, było uśmierzenie konfliktu religijnego oraz przywracający pokój religijny konkordat z Kościołem (1801).



Jak można ocenić ten, jakże istotny moment, epoki napoleońskiej ? Według mnie, Napoleon nadal uważał się za pierwszego urzędnika Republiki. Choć może jest to nieco karkołomna figura stylistyczna, cesarstwo było dla niego jej przedłużeniem, nowym jakościowo etapem. Udowodnił to swoim późniejszym postępowaniem.
To my, w dzisiejszych i zasadniczo innych uwarunkowaniach, wyczuleni na polityczną poprawność, dostrzegamy ograniczenie demokracji. Pamiętajmy jednak, podkreślam to z całą mocą, że w napoleońskiej epoce panowała inna mentalność, obowiązywały odrębne kryteria życia zbiorowego.
A ponadto. Pierwszy Żołnierz Republiki, odwołał się tu do najbardziej demokratycznego narzędzia – referendum (referendum panie Polesky!).
To w wyniku, zdecydowanie przecież wygranego plebiscytu, został – Cesarzem Francuzów. Aż chciałoby się sparafrazować starożytną sekwencję "w imieniu Senatu i ludu rzymskiego".


ix
»
Re: Polesky. Post 7 2008-12-17 21:08


Feudalna Europa, skuwająca w kajdany własne narody, nie mogła , nawet gdyby chciała, ocenić tego inaczej, aniżeli wrogo (Panie Polesky- patrz post 6). Dla niej było to, zagrażające jej interesom, ekspansjonistyczne cesarstwo, a młodzieńcza twarz Korsykanina obliczem uzurpatora.


ix
»
Re: Polesky. Post 8. 2008-12-17 21:11


Marynarka angielska zmusza Napoleona do podjęcia rękawicy. Okręty Floty Królewskiej zaatakowały statki francuskie paraliżując wymianę handlową.
Odpowiedzią Konsula był plan zbrojnego desantu i budowa obozu w Boulogne.
Przerażeni taką perspektywą Anglicy rozpoczęli montaż nowej (III ) koalicji: Wielkiej Brytanii, Rosji, Szwecji, Królestwa Neapolu i oczywiście pragnącej odwetu Austrii.

Szerokim strumieniem popłynęło "złoto Pitta"



W październiku 1805, admirał Nelson niszczy pod Trafalgarem połączoną flotę francusko-hiszpańską. Odsuwa tym samym plany inwazji w niebyt.



ix
»
Re: Polesky. Post 9 2008-12-17 21:14


Do zbrojnej rozgrywki miało więc dojść na lądzie. Występujący przeciw Napoleonowi monarchowie zgromadzili potężne siły. Opinia europejska zajęta była spekulacją dotyczącą szybkości klęski Korsykanina.



Bonaparte, tradycyjnie już, nie czekał. W październiku 1805 kolumny francuskie przekroczyły Dunaj. Napotkana pod Ulm, kilkudziesięciotysięczna armia austriacka została otoczona i pokonana.
2 XII doszło do jednej z najsłynniejszych bitew epoki napoleońskiej. Pod Austerlitz, 20 kilometrów na wschód od Brna, zmagania "trzech cesarzy " zakończyły się totalną klęską cara Rosji i cesarza Austrii Strategiczny kunszt Cesarza Francuzów sięgnął zenitu. Rozbijana w każdym miejscu i każdym czasie Austria miała dosyć.



ix
»
Re: Polesky. Post 10. 2008-12-17 21:24


Napoleon zakończył niniejszym żywot ośmiowiecznej, nienaruszalnej jak mogłoby się wydawać, I Rzeszy Niemieckiej. Powołał Związek Reński.



To wydarzenie było, moim zdaniem, bardzo brzemienne w skutkach. Odnoszę wrażenie, iż unifikacja niemieckich państewek w jeden organizm, łącznie z efektami wydarzeń, które niebawem nastąpiły ( wojna z Prusami), było istotnym krokiem, podobnie jak w przypadku Włoch, doprowadzającym do przyszłego zjednoczenia Niemiec.



ix
»
Re: Polesky. Post 11. 2008-12-17 21:26


Zaniepokojone zmianami geopolitycznymi w swoim najbliższym sąsiedztwie, do wojny z Francją przystąpiło Królestwo Prus.
Dufni w swoją siłę i przekonani o swej niezwyciężoności Prusacy, zostali w najszybszym trybie spośród wszystkich kampanii w epoce napoleońskiej, wyprowadzeni z błędu.



W tydzień po rozpoczęciu wojny, 14 października 1806, pod Jeną i Auerstaedt, armia Fryderyka Wilhelma III, przestała istnieć jako siła bojowa. Przepadła pruska buta i chełpliwość.
Klęska, obecność okupacyjnych wojsk na terenie całych Niemiec, nowe wolnościowe i ozdrowieńcze prądy wywołały nieznane zjawiska.
Wśród nich, kierujący się własną logiką proces narastania powszechnego patriotyzmu, przeradzający się w nacjonalizm, a także skrajny szowinizm. To również zarzewie przyszłego germańskiego zjednoczenia.



PS Polesky. Kampania pruska zakończyła się ostatecznie jednak po bitwie pod Frydlandem, naturalnie dla Napoleona zwycięskiej. Bonaparte mógł całkowicie unicestwić Prusy. Nie uczynił tego. Była to groźna zapowiedź. Dla Francji i Europy, dla świata, dla nas... .



ix
»
Re: Polesky. Post 12. 2008-12-17 21:32


Idźmy dalej Panie Polesky.
Traktat w Tylży to straty terytorialne Prus - na zachodzie po Łabę, na wschodzie ziemie polskie II i III rozbioru. Zajęcie części obszaru dawnej Rzeczypospolitej przez wojska francuskie stworzyło szereg nowych okoliczności.
Sympatia Cesarza Francuzów dla naszego narodu wydawała się oczywista. Polityk musi kierować się, niestety, innymi kryteriami.



Napoleon utworzył Księstwo Warszawskie -twór państwowy- o ograniczonej suwerenności. Było to rozwiązanie kompromisowe.
Bonaparte uważał, że w tym momencie nie może ryzykować generalnej rozprawy z rosyjskim samodzierżawcą. Problemy wystąpiłyby także z Austrią. J
a również mam tu duże zastrzeżenia, choć pamiętam, że w końcu Napoleon myślał przez własny pryzmat i nie był, niestety, etnicznym Polakiem. Dał nam Panie Polesky jednak namiastki niepodległego bytu(!).
To także dzięki niemu przetrwaliśmy jako naród następne sto lat.



To Korsykanin wprowadził w Księstwie swoje postępowe, ustrojowo – prawne zasady, czynił to wszędzie tam, gdzie dotarły jego złote orły i trójbarwne sztandary. Jednym pociągnięciem pióra przekreślił feudalne stosunki prawne, znosząc poddaństwo chłopów i ich przypisanie do ziemi. Wolność, Równość, Braterstwo "kiełkowały" nad Wisłą.
Tak po prostu było Panie Polesky. Nie tyle! Aż!



ix
»
Re: Polesky. Post 13 2008-12-17 21:38


Wybitnie pozytywną ocenę uzyskuje wprowadzenie obowiązujących we Francji i na wszystkich terenach przez nią kontrolowanych kodeksów cywilnego i handlowego.



Powszechne i niezawisłe od organów władzy państwowej sądy oraz powszechne ustawodawstwo dla ogółu, bez różnicy stanu, społecznego pochodzenia i posiadanego bogactwa, usunięcie przywilejów stanowych w administracji, organach przedstawicielskich i w wojsku wprowadzały przewrót w tak wielu dziedzinach, że trudno to sobie dziś uzmysłowić.
Chwalebną recenzję uzyskuje szybkość i bezkompromisowość cesarskich decyzji.



Dodam Panie Polesky: jednolitą administrację państwa na wszystkich szczeblach zarządzania, równorzędność zobowiązań materialnych między obywatelami, instytucjonalna gwarancja własności prywatnej, przełomowe zmiany w szkolnictwie (bezpłatne szkoły elementarne, reforma uniwersytetów, mecenat państwa wobec edukacji ).



Pytanie o ocenę tych reform jawi mi się w oczywisty sposób jako retoryczne. Myślę, że Pan to zauważa i pytać nie będzie, Panie Polesky.



ix
»
Re: Polesky. Post 14. 2008-12-17 21:44


Kodeks cywilny i kodeks handlowy to trudny do przecenienia dar Napoleona dla świata. Spuścizna Jego epoki obecna jest do dzisiaj w prawodawstwie wszystkich demokratycznych krajów. DEMOKRATYCZNYCH KRAJÓW Szanowny Panie Polesky.



Gwarancja równości prawnej wszystkich ludzi, prawa polityczne dla chłopów i żołnierzy, możliwość awansu socjalnego, likwidacja przymusu cechowego w rzemiośle, znoszenie ograniczeń i monopoli handlowych, neutralizacja wewnętrznych komór celnych, gwarancja wolności wykonywania zawodu, jednolity – metryczny system miar i wag: były czymś, co w przyszłości można było wyrugować ustawowo, lecz już nie ze świadomości.



Kodeks Napoleona i dzisiaj jest kluczową pozycją stojącą na honorowym miejscu u każdego szanującego się prawnika i nie tylko.
Zna Pan szanujących się prawników Panie Polesky? Wiem, że tak. Proszę popytać. Ja znam.



ix
»
Re: Polesky. Post 15. 2008-12-17 21:53


Po Tylży Rosja przyłączyła się do anty-angielskiej blokady handlowej. Blokada miała na celu doprowadzić do ruiny ekonomikę brytyjską i zmusić Londyn do zawarcia upragnionego pokoju.

Powszechny zakaz handlu z wyspami, trwający do końca epoki napoleońskiej, nie spełnił swej roli, powodował za to dalsze wojny. Panujący na morzach dumny Albion, nie przeżył załamania gospodarki. Intrygował natomiast skutecznie przeciw Francuzom. Pieniądze wspomagały starych wrogów Bonapartego, a także przysparzały nowych.
Jak Pan widzi Panie Polesky, nie dano Bonapartemu szansy na pokój i chwilę wytchnienia. Nie On stał za kontynuacją wojny.



ix
»
Re: Polesky. Post 16. 2008-12-17 21:59


Jak już odnotowałem Szanowny Panie Polesky, konsekwencją blokady było zabezpieczenie przed kontrabandą możliwie najdłuższej linii brzegowej i wynikająca stąd nieszczęsna, długotrwała i krwawa wojna na Półwyspie Pirenejskim (od 1807 w Portugalii, 1808 w Hiszpanii do praktycznie samego końca epoki napoleońskiej).



Niepoślednią rolę jak zwykle odegrało złoto Banku Anglii(sic!) (właśnie tak, Panie Polesky!) i brytyjskie oddziały wojskowe. Nie można jednak nie dostrzec, iż hasła wolnościowe o zrzucaniu jarzma obróciły się tutaj przeciwko ich nosicielom. Wojnie, w przeważającej mierze partyzanckiej ( tzw. Guerilla), towarzyszył masowy zryw miejscowej ludności.
Obok czynnika narodowego, wielką rolę odgrywał tu czynnik religijny.



ix
»
Re: Polesky. Post 17. 2008-12-17 22:06


Zaangażowanie przez Francję sił i środków na flance południowej, popchnęły Austrię(popchnęły Austrię Panie Polesky!) do kolejnej wojny (IV 1809).
Jak jednak można było oczekiwać, znając militarny geniusz Bonapartego, Napoleon dość szybko zajął Wiedeń.

6 czerwca, pod Wagram, pozbawił Austrię większej części armii i możliwości prowadzenia przez nią operacji zaczepnych, a traktatem w Schoenbrunn posiadłości nad Adriatykiem, czyniąc ze starej monarchii państwo śródlądowe. To nie tylko ironia Panie Polesky.


Utworzone w 1807 Księstwo Warszawskie wzbogaciło się o ziemie austriackiego III rozbioru (ok. 45 tyś. km2 ). W trakcie tejże kampanii, pewne problemy militarne sprawiły Francuzom warunki pogodowe.
Był to zły zwiastun. Wszyscy znamy warunki klimatyczne Rosji. A to właśnie tam, miały się udać niebawem napoleońskie czworoboki. Ale Panie Polesky, kto wtedy mógł tę ruską zimę przewidzieć? Była wyjątkowa. Rosjanie -przyzwyczajeni - takiej zimy nie pamiętali...



ix
»
Re: Polesky. Post 18. 2008-12-17 22:11


Bo widzi Pan Panie Polesky. Pozorny pokój Francji z Aleksandrem I zawierał w sobie wewnętrzną sprzeczność.
Rosja nie mogła utrzymywać w nieskończoność blokady, godzącej w jej najżywotniejsze interesy państwowe. Napoleon zaś uporczywie uchylał się od zobowiązania, że nie dopuści do odbudowy niezawisłego państwa polskiego( no i co Panie Polesky?!).



Kompleksu ponoszonych przez cara porażek w konfrontacji z Korsykaninem, jak i wpływu idei płynących do Moskwy, Petersburga i innych regionów, a które stanowiły credo epoki napoleońskiej, także bym nie lekceważył.



Oddziaływanie tchnących wolnością wyobrażeń, stanowiły śmiertelne zagrożenie dla skostniałego imperium.
Echa tych wpływów można doszukać się w "Wojnie i pokoju " (bardzo celnie zwrócił na to uwagę Internauta Jeleń z rykowiska).
Internautę Jelenia z rykowiska serdecznie z tego miejsca pozdrawiam.



ix
»
Re: Polesky. Post 19. 2008-12-17 22:17


Kampanię rosyjską z 1812/13 roku nazwał Bonaparte "drugą wojną polską" ( tak, tak Panie Polesky!), gdyż większość działań wojennych toczyła się na terenach tradycyjnie polskich (w rozumieniu przedrozbiorowym), a pozytywny ich rezultat oznaczał nieuniknione wskrzeszenie Rzeczypospolitej(sic!).



Car unikał rozstrzygającej bitwy. Narastały perturbacje komunikacyjne i zaopatrzeniowe. Rósł bunt ludności, której opór wzmagały nawoływania cerkwi prawosławnej do walki z "Antychrystem ".
Niestety Panie Polesky nadeszła rosyjska zima. (Internauta tor napisałby przewrotnie -nadejszła. Pozdrawiam thora serdecznie).



Napoleon Bonaparte zarządził odwrót. Ekstremalnie niskie temperatury, brak żywności – armia francuska wracała tym samym, ogołoconym z żywności szlakiem – dopełniły katastrofy.

ix
»
Re: Polesky. Post 20 2008-12-17 22:22


Panie Polesky. Powoli będę kończył. Nie będę opisywał, co było dalej.
To już wie ( a w zasadzie powinien) każdy, kto ukończył szkołę. Także w PRL, Panie Polesky.



No dobrze. Krótko. Totalna mobilizacja naszych zaborców (NASZYCH ZABORCÓW Panie Polesky!).



Skutek Panie Polesky?
Wespół z Anglikami pokonali Napoleona – mieli miażdżącą przewagę liczebną, zdrada generałów, tzw. zmęczenie materiału (ludzkiego, gospodarczego).



Ale uwaga Panie Polesky! W BEZPOŚREDNICH starciach z Napoleonem przegrywali ZAWSZE! Do Waterloo...



Panie Polesky.
W tym miejscu chciałbym przytoczyć pewien fakt, który mną wstrząsnął i być może spowodował nadwrażliwość w omawianym temacie. Byłem wtedy dzieckiem (wie Pan, w kolebce). Z prawdziwym zdumieniem dostrzegłem, że Napoleon jest przedstawiany gorzej car rosyjski.
Dziś Pana sformułowanie przypomniało mi tamten czas. No ja wiem. Napisał Pan to inaczej. Ale mnie Pan jednak rozdrażnił.



ix
»
Re: Polesky. Post 21 2008-12-17 22:37


No już kończę, kończę. Sam mam dosyć. Finalizuję Panie Polesky.



Wtedy (w kolebce) miałem 8, może 9 lat. Pomyślałem sobie tak – Bonaparte lał ich, kiedy chciał, i to lal ich, ile wlezie. Tych Ruskich, tych Prusaków, tych Austraiaków. (Przepraszam za kolokwialne słownictwo Panie Polesky. Dzieckiem byłem..., w kolebce polskiego romantyzmu).



Było dla mnie oczywiste, że wielu Go nie lubi. Że kłamią, że dyskredytują.
Pytanie jest dzisiaj takie. Dlaczego językiem rozlicznych wrogów Napoleona mówi Internauta Polesky? Dlaczego mówi językiem Rosjan, Prusaków i Austriaków??? Niech Pan nie odpisuje. Wiem.



Aha. Jeszcze coś. Też ważne. W tym momencie, na zakończenie serii moich postów( to już 21?) - nie ukrywam, iż jest to zabieg celowy - przypomnę, że to właśnie w czasie kampanii włoskiwej Napoleona odrodziły się, niczym legendarny Feniks z popiołów, polskie siły zbrojne.



Mimo pogmatwanych losów, Legiony Polskie we Włoszech stały się świadectwem, rzuconym w twarz zaborcom, że żyją i walczą obrońcy "Tej, co nie umarła".

I jeszcze. To preludium napoleońskiej epopei dało nam również - klejnot bezcenny - nasz hymn narodowy.



PS Polesky i życzliwi Forumowicze. Dziękuję serdecznie za (ewentualną) lekturę moich postów.
Jezusie Nazareński. Ale się utrudziłem.



ix
»
Re: Polesky. Post 22. Ostatni. 2008-12-17 22:48


Mam nadzieję, że ktoś poza Panem przeczyta moje posty. Zrozumie na czym polega twórcza modyfikacja historii.
Bo dziś dzieje się dokładnie to samo! Ktoś mówi milionom Polaków, jak NALEŻY myśleć. Ktoś de facto "MYŚLI" w imieniu Polaków. W Pana poście znajduję tę egzemplifikację!



Pozdrawiam Pana Panie Polesky. Myślę, że nie poległem stylistycznie. Jak nigdy zresztą.



Bo wie Pan Panie Polesky... Ja nigdy nie polegam. Nie polegam na złośliwych opiniach. Polegam na opinii Przyjaciół i - nieskromnie dodam- na swojej. Na tym właśnie buduję swoje poczucie wysokie wartości. Na przyjaźni, życzliwości, inteligencji i wiedzy.
I wiedzy Panie Polesky.



Ale się napracowałem. Uffff
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
morpork
Bywalec



Dołączył: 10 Mar 2013
Posty: 1935
Przeczytał: 0 tematów


PostWysłany: Pon 21:12, 30 Gru 2013
PRZENIESIONY
Pon 21:38, 30 Gru 2013    Temat postu:

Szukając notatek z książki Moralne zwierzę (nt. psychologii ewolucyjnej) znalazłem jakieś opowiadania Tauroga.
Nie wiem czy gdzieś się zachowały, wpisując coś w google nic nie widzę, więc wkleję.

Kiedy On, Ona i Ono przyjechali do Z. padał gęsty śnieg. Był wprawdzie listopad, ale pogoda wraz z końcem miesiąca zaczynała przypominać bardziej jeden z tych zimowych okresów tuż po Nowym Roku, niż środek jesieni.
Weszli do schroniska pełną trójką, a na ich twarzach malowała się ulga ludzi, którzy właśnie co wyszli cało z grożącego im niebezpieczeństwa. Ona, przystojna szatynka o zielonych oczach sprawiała wrażenie lekko zalęknionej. On, dobrze zbudowany brunet kipiał humorem. Dziecko ich, mała ubrana w kolorowy kombinezon narciarski dziewczynka rozglądała się wokół ciekawie błękitem swych zachwyconych oczu i głośno wciągała powietrze.
- Postaw plecak na ławce , Anitko - powiedziała Ona.
On tymczasem ustawiał bagaże po drugiej stronie. Następnie zameldowali się. Ich nazwisko miało coś wspólnego z tym miejscem, do którego przybyli. Brzmiało po górsku.
On wpisał swe dane do księgi zamaszystym ruchem mężczyzny za wszystko odpowiedzialnego, a jego żona przekrzywiając głowę patrzyła na jego rękę bez żadnego zainteresowania. Następnie zaprowadzono ich do małego pokoiku na pierwszym piętrze i życząc udanego wypoczynku zostawiono ich samych sobie. I w pewnym sensie tak ich zostawiono. Ona, gdy tylko się rozpakowała a zrobiła to szybko, udała się do toalety, gdzie natychmiast usiadłszy wcześniej na rogu sedesu poczęła pisać:
"Sobota 15 listopada.
Dzisiaj przyjechaliśmy do Z. Pogoda okropna. Takim samym jest mój nastrój. Po co tu przyjechałam nie wiem. Od roku próbujemy wspólnie ratować nasz związek. A próbowaliśmy wszystkiego. Od rozmowy po modlitwę.
Mamy córkę, którą on kocha ale czy to wszystko? Dlaczego nie pozwala mi żyć własnym życiem? Może przez okres tej separacji stałam się bardziej egoistyczna i samowystarczalna? Dlaczego nie może pojąć, że mając Anitkę, naszą córkę przy sobie czuję się bardziej szczęśliwa? Dlaczego znowu chce wszystko zaczynać od nowa? Po co i dlaczego?
W czasie pisania na drobnym maczkiem zapisany notes zaczęły jej kapać łzy. Szybko je otarła z policzków i poprawiła nieudolnie makijaż. On w tym czasie stał na balkonie i paląc papierosa obserwował na granatowym niebie bielejące szczyty gór. On również nie czuł się szczęśliwy. Przez te kilka miesięcy jego życie nabrało zupełnie innych, nowych treści. A teraz musiał się korzyć, by coś zmienić, co dawno w jego pojęciu już umarło.
Dziecko akurat układało lalkę do snu i bardzo się smuciło, że lalka nie potrafi zamknąć oczu. Później zjedli kolację i mówiąc sobie lakoniczne komplementy udali się na spoczynek.

Następnego popołudnia byli w barze. Ona piła alkohol pierwszy raz od przyjazdu do Z., ale jej nie smakował. Anita, jej córka, bawiła się z innymi dziećmi w recepcji. Na chwilę przed obiadem On poszedł do recepcji i zapytał właściciela, pan E., czy mogliby dostać obiad na górze w swoim pokoju. Pan E. odpowiedział, ze to się da załatwić. Po gongu On i Ona poszli na górę, gdzie pokojówka zaniosła im obiad na tacy.
Po obiedzie Anita wróciła na dół do przerwanej zabawy z dziećmi, i gdy posprzątano jadalnię, pokojówka poszła po tacę do ich pokoju. Drzwi nie były domknięte, więc już z daleka słyszała Jej głos, tak nieopanowany, zdławiony i pełen cierpienia, że zatrzymała się pod drzwiami i zaczęła nasłuchiwać, jak gdyby w obawie, że życiu tej biednej kobiety zagraża niebezpieczeństwo.
- Po co tutaj wróciliśmy? - szlochała Ona. - Powiedz mi, po co... Dlaczego jeździmy do miejsc, gdzie nam się wydawało, że byliśmy szczęśliwi? Czy to nam pomoże? Czy nam kiedykolwiek pomogło? Przeglądamy książki telefoniczne i szukamy nazwisk ludzi, których kiedyś znaliśmy, po czym zapraszamy ich na obiady i kolacje. I na co to wszystko? Chodzimy do tych samych restauracji co kiedyś, jeździmy w góry i nad morze do tych samych miejsc... ... wałęsamy się po jakichś dziurach z nadzieją, że będziemy szczęśliwi. Ale to wszystko na próżno. Po co, na litość boską, było to wszystko zaczynać od nowa? Przecież tak jak było, było lepiej, również dla Anitki... nie, nie mów, nie chcę słuchać tego, co mówisz... dla niej też było lepiej. Zabiorę Anitkę na wieś do matki, a ty zostań i żyj w mieście!
Przerażona pokojówka zawróciła i poszła na dół do jadalni. Kiedy schodziła po schodach, Anita siedziała na krześle i czytała coś młodszym dzieciom. W tym momencie pokojówka określiła jej wiek na około dziesięć lat.
W ciągu nocy wypogodziło się i wziął się do pracy mróz. Natomiast po południu była już piękna, typowo zimowo-górska pogoda. Po niebie pełzały śniegowe chmury, ale spoza nich przezierało wesołe słoneczko. Patrzącym ze szczytu cała okolica wydawała się czarno-biała. Jedynymi barwnymi plamami urozmaicającymi krajobraz były sylwetki zjeżdżających miłośników białego szaleństwa.
Narciarze rozmawiali pomiędzy sobą, zjeżdżając i czekając na swoją kolejkę przy wyciągu, ale prawie nie było słychać ich głosów.
Stary wyciąg z uporem wciągał na szczyt. Silnik warczał głośno i trzeszczało żelazne koło, na które nawijała się stalowa lina, ale narciarze wydawali się niemi, porwani rytmem jazdy w górę i w dół. Tego popołudnia całe zbocze roiło się od ludzkich sylwetek w kolorowych kombinezonach, poruszających się jednostajnym, cyklicznym ruchem. Wśród nich znajdował się On z córką. Wjechawszy na szczyt, odrywali się od niego, by znów zjechać w dół.
Nagle w panującej ciszy rozległ się ostry krzyk dziecka. Ręka Anity zaplątała się w linę wyciągu. Upadła twarzą w śnieg, a kołowrót z nieubłaganą siłą wlókł ją w stronę trzeszczącego, żelaznego koła.
- Zatrzymać wyciąg! - ryknął jej ojciec. - Zatrzymać wyciąg!
Wszyscy na stoku również zaczęli krzyczeć: Zatrzymać wyciąg... ale nikt nie potrafił tego zrobić.
Dziecko krzyczało ochrypłym, przeraźliwym głosem i im bardziej walczyło, żeby wyzwolić rękę z liny z tym większą siłą odrzucała ją ona na śnieg.
Mroźna, niezmierzona przestrzeń głuszyła głosy ludzkie - zdawała się nawet tłumić tętniące rozpaczą nawoływania, aby zatrzymać wyciąg, ale krzyk dziecka słychać było przeraźliwie wyraźnie, póki żelazne kolo nie zmiażdżyło mu głowy.
On i ona wyjechali do domu tego samego wieczoru. Jazda za wynajętym na miejscu karawanem miała trwać całą noc. Nie chcieli od nikogo żadnej pomocy, chociaż taką im proponowano. Dotknięci straszliwym ciosem wyszli przed schronisko i patrzyli pustym wzrokiem na oszałamiające piękno górskiej nocy. Potem On pomógł jej wsiąść do auta i rozpoczęli jakże długą drogę powrotną do domu.

II

Obudziłem się zlany potem. Za oknem panował niczym nie zmącony mrok letniej nocy. Do świtu brakowało raptem kilku spokojnie przespanych godzin. Ale dla mnie dalsze spanie nie miało już kompletnie żadnego znaczenia. Wstałem z łóżka i podszedłem do otwartego okna. Firanka nawet nie drgnęła od ruchu. Zwisała smętnie jedną krawędzią zaczepiona o parapet niczym samobójca szykujący się do skoku. Podszedłem do stolika i sięgnąłem po papierosa, i chociaż nocą nie palę poczułem nagłą potrzebę obcowania z duszącym dymem. W mętnym mroku łóżko jawiło się jako brudny barłóg. Odwróciłem się do okna plecami. Za mną martwa cisza. Głowa mi pęka po niedzielnej Zofii. Urodziny. Wielki tort. Brzęk szkła. Roześmiane od trawiącego je alkoholu twarze gości. Ale to nie Zofia była powodem przebudzenia.
Kim była ta kobieta o zielonych oczach? I ten duszny, obezwładniający aromat kwiatowy. Otarłem zroszone potem czoło rękawem pidżamy. Ten zapach znam. Mam go nawet na końcu języka, ale zmęczony mózg spragniony jest teraz wody, wódy, kawy czegokolwiek tylko nie pracy! Sapię i ciężko siadam na łóżku. Nie przypomnę sobie. Ale jej twarz pamiętam. Skąd? Za dużo piłem tego wieczora to pewne. A może to Zofia...? Nie. Cholerne marzenia senne. Stwórca dał je ludziom aby przez moment byli tymi którymi nigdy być nie będą. Żeby zaznali smak sytuacji, w których nigdy się nie znajdą. Takie przeszkolenie do wieczności. Papieros sparzył mi usta i wypluty gwałtownie potoczył się po podłodze. Drobne iskierki znaczyły trasę jego upadku. Zgasiłem go z grymasem bólu gołą stopą.
A może to była zmieniona senną scenografią pani Krysia, która słynie z dużego biustu? To właśnie ten biust powoduje, że kiedy jak co rano pijemy w biurze herbatę patrzę chciwie w jego wąską, zgrabną otchłań. Więc kiedy się tak gapię bezwstydnie, pani Krysia korpulentna kobieta lat ileś tam zgodnie z tradycją mówi do mnie słodko-przyjaznym głosikiem - "Panie Tadziu, niech pan będzie tak dobry i kupi wszystkim nam tu obecnym w biurze ciasteczek". Patrzę wtedy w jej pulchną pokrytą delikatnym makijażem twarz i czuję się niezwykle dowartościowany. Łapię w pośpiechu płaszcz, kapelusz i biegnę na ulicę Wąską do cukierni pana Belsnera. Krzyczą za mną przez spirale schodów biurowych: "Pieniądze! Zapomniał pan wziąć pieniądze!" Ale ja już jestem na dole. Wiatr rozwiewa poły płaszcza. Biegnę starając się nie słuchać nawoływań.
Właściciel pakuje do fikuśnego pudełeczka słodki towar i mówi:
"A pan, panie Tadeuszu jak zwykle, rurki z kremem. Może na odmianę jednak pączki?" Macham ostentacyjnie ręką i sięgam do płaszcza po prywatną gotówkę i biegnę z powrotem do biura, bo tam czeka tęsknie pani Krysia i Anka, Boguś i Joasia i....
Że też mi się to przyśniło. Dlaczego? Kim ona jest? Czego chciała? Duch? Wodziłbym palcem po jej smagłym czole tajemnym placu wylęgarni myśli. Kosiłbym jej usta moimi ustami. Tylko jak ona miała na imię? Jak ten zapach co wypadł mi z głowy? Het na horyzoncie usianym kominami kamienic błysnęła tymczasem nieśmiało odziana swą szatą Eos Różanopalca....
Zapaliłem kolejnego papierosa. Za oknem robi się co raz widniej. Wyraźnie świta, co miejscowe wróble oznajmiają już od dłuższego czasu. Zarys podwórka studni staje się wyraźniejszy i poczyna płoszyć wzrok brzydotą odpadających tynków. Siedzę na łóżku beznamiętnie patrząc między pełne brudu szpary w deskach podłogi.
- Panie Tadeuszu! Panie Tadeuszu! - ktoś głęboko ukryty na dnie podwórka studni wykrzykuje w sposób charakterystyczny me imię. Ha, znam ten akcencik, znam, chociaż nie widzę postaci. Wstaję niemrawo z łóżka i podchodzę do okna. Odciągam sflaczałą samobójczynię firankę i przechylam się przez parapet - A co tam? - moja odpowiedź pikuje w dół rynien.
Na środku podwórka stoi dozorca, pan Lucjan. Przykłada dłoń do daszka zeszmaconej czapki i zadziera głowę do góry. Słońce bije mu przez to prosto w kosmate wąsy.
- Ano, pukałem do pana. Waliłem pięścią. Ale pan głuchy jak pień.
"Kiedy pukał?" Nie śpię pół nocy.
- Oj pochlałeś pan, panie Tadeuszu wczoraj, pochlałeś - jego głos brzmi perlistym tonem dzwonka i odbija się zwielokrotnionym echem od ścian oficyn. - Ledwo pan wlazłeś na górę. No i kazałeś pan budzić o szóstej rano.
- Ja bardzo przepraszam. To chyba pomyłka.
- Pomyłkę to ja znam - dozorca pogmerał miotłą wokół zardzewiałych pojemników - jakiem się napił przez pomyłkę dynksu, co to mój szwagier... A pan taki pan inteligent, a pijany na umór jak....
W odpowiedzi zamknąłem z trzaskiem okno. Nie miałem odwagi słuchać wersji dozorcy o świniach i bydlakach. Powoli uspakajałem się, chociaż w gruncie rzeczy nie było powodu do złości. Nie. On nie mógł pukać ani walić. Nie mógł. To niemożliwe. Usiadłem ciężko na krześle i spojrzałem na zegarek. Pokazywał szóstą dziesięć. I znów te szalone wspomnienie. Kim ona była? Ta piękna szatynka o zielonych oczach? I ten tajemny szept znany tylko i wyłącznie zakochanym. I ten duszny, porywający zapach?
Wstałem ospale z krzesła i wcisnąłem się w przestrzeń mającą w wyobraźni projektanta nazwę - kuchnia. Zwykły aneks, wnęka bez okna przepierzona starą zasłoną na kablu telegraficznym. Szukam grzałki i szperam w kredensie za "Ulungiem". W tym momencie przypomniał mi się Belsner. Mawiali, że czajnika używał jako nocnika, co mu nie przeszkadzało parzyć potem w nim wybornej herbaty. Woda w garnuszku tymczasem zabulgotała. Znalazłem szklankę, nieco brudną w smugi. Wlałem wrzątek. Wsypałem doń herbatę i delikatnie ostukałem łyżeczką ścianki naczynia, aby swobodnie opadła na dno. Szklankę nakryłem spodkiem. Tak robił podobno Belsner i wszyscy go za ten sposób chwalili.
Ale moja świętej pamięci matka już nie. Pamiętam byłem małym chłopcem, gdy Belsner przyszedł do nas z wizytą. Chciał kupić naszą starą, dobrą szafę gdańską. Pamiętam jak usiadł ciężko, z mlaśnięciem na podstawionym chyżo z rozkazu matki przez mnie podanym krzesełku. Jego ciało nabrało wtedy natychmiast kształtu gruszki. Spłynęło majestatycznie w dół. Rozmowa z początku nijaka nabrała z biegiem czasu co raz ostrzejszych kolorów. Matka ma katoliczka z urodzenia i wychowania niczego nigdy nikomu w życiu nie odmawiała. Ty razem zmieniła jednak zdanie. Pamiętam ten jej podniosły, skrzekliwy głos i gwałtowną gestykulację.
"Panie Belsner - mówiła - po tym coście nam zrobili w 1939 roku na Kresach, i po 1945 tutaj, ja na pana miejscu na tę szafę zbytnio bym nie liczyła."
Herbata była mocna, aromatyczna (tak mi się zdawało odnośnie aromatu tego siana). Sparzyłem wnet wargi i równocześnie język. Poczułem ukrop na tylnej ścianie gardła i w żołądku. "Niech to szlag!" Podbiegłem do zlewu, odkręciłem kran. "Totalny idiota. Oto nowy, ekscentryczny popis picia herbaty" - myślałem gdy zalewałem sparzoną gardziel . Wycieram twarz ręcznikiem. Patrzę na zegarek. Tak, tak. Już dochodzi siódma. Jak ten czas biegnie. Podchodzę do wieszaka. Nakładam kapelusz, biorę płaszcz. "Boże, ubranie! Na golasa chcesz iść do pracy człowieku? Do czego prowadzi brak krwi w alkoholu". Wreszcie jestem gotów. Ostatnie przymiarki. Sprawdzam kieszenie i idę do pracy. Praca. Wielkie mi słowo. Osobiście praca mnie nie hańbi, lecz za nią nie przepadam i pracować nie lubię. Mówią: do pracy to cham i traktor. Coś w tym jest. Przekręcam klucz w zardzewiałym zamku i schodzę po schodach w dół. W bramie mijam dozorcę. Coś do mnie mówi. Nie chcę go słuchać i grzecznie wymawiam się brakiem czasu.
Wychodzę na ulicę. Ciepło. Moja ulica ma w nazwie ryby. Taka miejscowa Rybna Street. Podobno kiedyś gromada tłustych handlarek wołała tutaj pomiędzy krawężnikami: "Płoooocie, szczuuupaki, maaaakreleee.
Obecnie od czasu do czasu: "Szmaaaty, buuutelki!"
Idę więc tą ulicą niemrawo, niemiłosiernie wykrzywiając stopy na nierównym trotuarze i dochodzę po chwili do skwerku, co ma w sobie obraz tajemniczej wyspy. Pośród gęstwy traw i zeszłorocznych badyli, w samym środku gęstwy, stoi sfatygowana od upływu czasu kamionkowa donica, a w niej rozłożysta palma pokojowa.
Te oto drzewko było własnością pana Ryjkiewicza. Okazało się również powodem do rozstania z żoną, miłą memu sercu osobą, panią Jadzią. Patronat nad palmą przejął ratusz. Pan Ryjkiewicz zaś dokończył żywota za kutymi z żelaza kratami Tworek. Co się stało z żoną? Nie wiem. W jakiś czas potem wyjechała z miasta. Została tylko palma, spontaniczny gest ożywienia miasteczka.
A oto i moja praca. Prostokątne, szare pudło budynku bez wdzięku architektonicznego zerka ponuro oczodołami okien w kierunku jezdni martwym okiem brudnych szyb. Za matowymi, spranymi firankami szczerzą zęby stada paprotek, kaktusy od wieków nie kwitnące i sflaczałe bluszcze, o których człowiek dość łatwo zapomina wkrótce po zakupie. Usychają więc w samotności doniczek z pragnienia, dręczone kłębami dymu papierosowego, stadami pająków szklarzy i much.
Moja praca. bezsens istnienia. Szczęście w nieszczęściu. Chwyciłem się jej z nudów i strachu przed przyszłością. W drzwiach biura pracuje Honorka nasza od siedmiu boleści sprzątaczka. Wsparta na szczotce owiniętą w brudną ścierkę, wymazuje niezidentyfikowane esy-floresy po zgniłozielonym linoleum.
- Dzień dobry panie Tadeuszu. Znowu się pan spóźnił.
Odpowiadam " dzień dobry" i wymijam ją w przejściu i nie komentuję złośliwości z jej strony. Tak... Honorka to nie Jadzia Ryjkiewicz. Tamta jak stała na balkonie, i wiał przy tym wiatr, ostry wiatr, to napełniała zapachem swego ciała całą ulicę... Chwileczkę, czy zapach lawendy był tym, który czai się w mym mózgu?
Spoglądam uważniej. Ktoś do tej pory niewidoczny, bo schowany za stertą papierzysk prostuje swe plecy. Ależ to pani Krysia. Jak pięknie dzisiaj wygląda! Zaróżowione policzki. Wdzięczne powietrzu piersi napinają się łagodnym łukiem. Zbliżam się do niej aby przywitać. Zmrużone oczy ocienione rzęsą zaszczycają mnie uśmiechem. Tak oczy potrafią się uśmiechać. Szarmancko całuję dłoń, starając się nie zatoczyć. Za moimi plecami wchodzą kolejni pracownicy. A więc się jednak nie spóźniłem
Z sąsiedniego pokoiku wychodzi elegancki mężczyzna. Nienagannie skrojony szary garnitur, muszka zamiast prostackiego krawata. Podaje mi na przywitanie delikatną dłoń. Dobre markowe perfumy. Szare oczy patrzą uważnie. To nasz kierownik pan Bogusław, za plecami zwany potocznie Bogusiem.
- Jak tam po urodzinach panie Tadeuszu? - pyta, gdy ja zawieszam swój skacowany wzrok na piersiach pani Krysi.
- Halo, panie Tadeuszu?
Odwracam spojrzenie od koleżanki i umykam wzrokiem ku podłodze - Aaa, dziękuję jakoś przeżyłem, panie kierowniku.
Nasze biuro jako pomieszczenie nie jest duże. Pomalowane na jasno żółty kolor na samym początku sprawiało pewnie korzystne wrażenie. Obecnie, po latach farba tu i ówdzie poodłaziła dyskretnymi płatami, a w rogach sufitu trzęsły się od złowionych much pajęczyny. Środek zajmowały tandetne, zasypane aktami biurka. W zasadzie każde z nich było szkaradne, ale tylko na moim był niewyobrażalny bałagan i brud.
Pan kierownik przegląda się w lusterku.
- Pani Anno, czas na mnie - kiwa głową - Jadę do zjednoczenia. Pracujcie uczciwie kochani.
- Tak jest! - odpowiadamy chórem i zaczyna się ruch.
Oto pani Anna pomaga szefowi nałożyć płaszcz, a Joasia uniżenie podaje kapelusz. W drzwiach miga uniform szofera, pana Józia. Kierownik wychodzi. W biurze zapanowała cisza. Wszyscy czekają chciwie na chwilę dopóki nie usłyszą motoru oddalającego się auta. Słychać warkot. Na korytarzu pogwizduje Honorka.
- Ech - rozmarza się Joasia - Zobaczą trochę świata. Zobaczą las. Teraz w lesie jest tyle wspaniałości. Kwitną kwiaty...
- O czy pan myśli panie Tadeuszu? - to pani Krysia.
Wstrząsnąłem się. Kiedy Joasia mówiła o lesie, ja go właśnie przemierzałem. Ogarnięty mrokiem drzew i ten cholerny zapach!
- Przepraszam, co pachnie mdło, wręcz upajająco?
- Maciejka, rzecz jasna - odpowiada Joasia, która mieszka po za miasteczkiem i ma tam niezgorszy ogródek kwiatowy.
- Nie - kręci głową pani Ania - Konwalia. To jest dopiero zapach.
Patrzę na Joasię, na jej podrygujące ramiona podlotka, na delikatny meszek pokrywający różowe od zdrowia policzki i robi mi się smutno. Jej oczy błyszczą barwą morza południowego. Pani Krysia delikatnie ujmuje mnie pod rękę. - Nie przeszedłby się pan do cukierni? Dam panu pieniądze - podaje mi zwitek banknotów.
- Do Belsnera czy do Oazy?
- Do Belsnera.
- Rurki z kremem?
- Jak zawsze.
- Tak, wiem dwanaście sztuk w swym marnym nie dopieczonym życiu.
- Pan tadeusz po urodzinach coś nie w sosie - wtrąca pani Ania.
Rzeczywiście byłem w "nie sosie". Usiadłem za biurkiem i ukryłem skacowaną twarz w dłoniach. Kapelusz położyłem obok. Wyglądał niczym zwłoki rzucone z dwunastego piętra. Przechylam na bok głowę. Strasznie mi w niej huczy. Niewprawnie układam ulizane od potu włosy. Nie chcę nawet myśleć w tym momencie o czerni kołnierzyka, ale luzuję krawat i jest mi jakby ciut lżej.
Patrzą na mnie w milczeniu. Czuję to. Czekają. Mam się im pewnie tłumaczyć. Z czego? Przecież nawet nie zrozumieją. Mam je instruować? O czym? Że zamierzam wziąć urlop, bo będę szedł po śladach za obcą mi osobą, kierując się jedynie jej zapachem i mglistym wyobrażeniem ciała? Trzeba im jednak koniecznie powiedzieć o mym urlopie i przerwać to nieszczęsne milczenie.
Potrzebuję kilku dni urlopu - mówię cichym, zmęczonym głosem.
Pani Ania unosi ze zdziwieniem brwi - Teraz? W maju?
Staram się uciąć wszelkie dociekania. Nie chcę się tłumaczyć.
- Tak teraz. Właśnie w maju.
Z za okna dobiega stukot końskich kopyt przeplatanych turkotem kół.
- Dobrze - pani Ania splata palce - Napisze pan podanie panie Tadeuszu, ale nim pan pójdzie na ten urlop proszę, niech pan chociaż przyniesie nam tych ciastek od Belsnera.
Na zewnątrz zrobiło się tymczasem wręcz upalnie i zapachniało zbliżającym się rychłymi krokami latem. Delikatny, ciepły południowy wiatr rozdwajał mi rozpięty płaszcz na kształt ptasich skrzydeł. Gdyby nie rytmiczne pulsowanie w czaszce frunąłbym a nie szedł ku cukierni Belsnera. Uliczka Wąska znajdowała się na tyłach skweru "Pod Palmą". Nie co w bok po lewej, na łagodnym zakolu tworzonym przez skwerek i uliczkę Kukułczą znajdowała się restauracja"Oaza", lokal z wyszynkiem kategorii III. Przechodząc w poprzek asfalt spojrzałem tęsknie w tamtą stronę. Ileż to razy wypijając tradycyjny kufelek jasnego pełnego stawałem tam słuchałem dźwięcznego głosu pani Jadzi Ryjkiewicz, jak śpiewała lub jak plotkowała z sąsiadkami. Ileż to razy tak było? Przecież tuż obok, nieomal na przeciwko knajpy znajdował się balkon od jej mieszkania, na którym dość często wieszała pranie. Ale kobieta, która przyśniła mi się tej nocy nie była Jadzią Ryjkiewicz. To był zupełnie ktoś inny, chociaż logika wsparta przez mętny, skacowany mózg usiłowała za wszelką cenę przekonać mnie, że jest odwrotnie
Do samej cukierni towarzyszyły mi wewnętrzne słowa i twarze różnych kobiet, które nieopatrznie poznałem w swym jakże jałowym życiu. "Człowiek przypomina sobie coś przyjemnego. Robi to wielokrotnie - sapię, myślę i staram się iść prosto, gdyż z naprzeciwka idzie w mym kierunku milicjant - bo sprawia mu to radość, staje się mądrzejszy, dowartościowany - pan władza widać jest na służbie, bo ma pasek pod brodą. Mijając mnie gapi się z ukosa ciekawie - pewniejszy siebie - myślę dalej i staram się iść swobodnie i w miarę prosto - że coś tam przeżył - o, cholera, potknąłem się - ale czy cieszyłby się jak dziecko, i opowiadał innym swe przeżycia, gdyby wiedział, że te radosne wspomnienia są zwykłą nieprawdą?" Z tym bezsensownym, pseudofilozoficznym traktatem w pustej głowie wszedłem po kamiennych schodkach do cukierni.
W środku było równie gorąco co na zewnątrz. "Pewnie mu się znowu zepsuły wiatraki". Spojrzałem w górę. Rzeczywiście nie kręciły się. Zwisały groźnie rozcapierzone przez co przypominały sępy czekające na potencjalną ofiarę. Przy małym stoliczku, tuż obok wejścia po prawej ręce siedziało dwóch urwisów jedzących jakieś czekoladowe specjały. Pośród chichotów i szeptów brudne od słodyczy palce chłopców barwiły na brąz śnieżnobiałą serwetę, kryjącą marmurowy blacik stolika. Za ladą nie było nikogo.
- Dzień dobry - powiedziałem głośno, chociaż i tak zdradził me wejście mały metalowy dzwoneczek zawieszony u rantu futryny oszklonych drzwi. Z bocznych drzwiczek wytoczyła się szybko i niepostrzeżenie tłusta postać właściciela. Pan Belsner odpowiedział mi grzecznie powitaniem, i gnąc się przy tym w ukłonach stanął wyczekująco za ladą. Od strony stoliczka okupowanego przez chłopców ponownie powiało zduszonym śmiechem.
Spojrzenie cukiernika błyskawicznie skierowało się w tamtą stronę i stężało.
- Taki obrusik! - szepnął - Taki obrus! - wrzasnął - A niech was gnoje jasna krew zaleje! Precz mi stąd! Precz! - Belsner się zrobił się na twarzy wręcz purpurowy. Przestraszone dzieciaki wybiegły z lokalu szalonym pędem, na łeb i szyję. Przez dłuższą jeszcze chwilę dzwonił pislkiwie rozdygotany ich ucieczką dzwoneczek u drzwi. Belsner powoli się opanowywał. Krew odpływała mu z twarzy. Wyraźnie bladł. Kraciastą chustką, wyjętą jeszcze drżącą ręką spod kitla, wytarł spocone czoło i szeroki w nasadzie nos.
- Pan wybaczy panie Tadeuszu, że to się stało w pana obecności, ale wie pan, zepsuła mi się ostatnio pralka i trzeba ręcznie prać na tarze.
"A co to mnie obchodzi?" - pomyślałem zsuwając na tył głowy kapelusz. - Pan mi da z piętnaście rurek z kremem, panie Belsner.
- Piętnaście - przytaknął bezwiednie wgapiony w wyplamioną czekoladą serwetę. Potem szybko zapakował towar chwytając go przedtem sprawnie srebrnymi łapkami. Podał sumę. Zapłaciłem i mówiąc "do widzenia" wyszedłem na zewnątrz dostrzegając kątem oka smutek w zalanej tłuszczem twarzy właściciela.
Po opuszczeniu cukierni stoję chwilkę na chodniku i upajam się chciwie ciepłym, aromatycznym od bzów powietrzem, które rosną wzdłuż pobliskiego parkanu, .Lewa ma dłoń trzyma niedbale małe, białe tekturowe pudełeczko, wiązane w charakterystyczny sklepowy krzyżyk i jest jej z tym dobrze, lecz druga, prawa schowana w głębi kieszeni płaszcza podsuwa natarczywie spragnionej duszy prowokacyjne plany na resztę dnia, ściskając wymownie spotniałymi palcami zwitek banknotów....
Na przeciw wejścia do cukierni znajduje się urząd pocztowy z krzywo zawieszoną czerwoną skrzynką na listy. Patrzę w tym kierunku i uśmiecham się czule pod nosem, gdy widzę, że wypędzeni z cukierni przez Belsnera dwaj chłopcy, resztką czekolady, która im została na rękach, smarują rzetelnie oszkloną budkę telefoniczną, w której widać wyraźną przeszkodę, nie do pokonania dla korzystających z niej klientów - brak aparatu telefonicznego.
Droga powrotna do miejsca pracy zajmuje mi, jak na moje zdolności do maszerowania, dość sporo czasu. Jest na tyle wydłużona, że kiedy staję wreszcie w drzwiach biura przed obliczem koleżanek, muszę wyglądać na siedem grzechów głównych, i to w niedzielę. Przepocona, śmierdząca koszula, brudny kapelusz i pot spływający strużkami po skroniach na nie wygoloną z rana, przepitą twarz. Wymiętolony i od dość dawna nie widzący pralni chemicznej płaszcz.... Pani Ania odbiera z miejsca od mnie białe pudełeczko. Po jej twarzy biegnie źle skrywana odraza. "Pewnie czuje ten mój charakterystyczny męski swąd" - myślę i chciwie ruszam grdyką na widok, kobiecych paluszków zręcznie opróżniających białe pudełeczko Belsnera. Spozieram z wyraźnym łakomstwem w oczach, bo od rana jestem na głodniaka, i liczę naiwnie, że się ze mną podzielą. Patrzę więc jak Joasia przy pomocy najmniejszego paluszka, dystyngowanym ruchem usuwa kropelkę kremu, która nieopatrznie uchwyciła się kącika jej ust jak ostentacyjnie przeżuwa słodkość. Patrzę na to wszystko i czuję, że grdyka lata mi z dołu do góry jak szczur w klatce.... Oszaleję!
- Dlaczego chce pan wziąć urlop, panie Tadeuszu? - pani Ania nie zwraca się do mnie osobiście, bardziej przez kontekst smakowania rurek. Oblizuję chciwie usta - Nie wiem.
- Jak to nie wiem?
"Boże mój, litości, dajcie mi chociaż jedno ciastko, a nie dręczcie tymi swoimi babskimi pytaniami!" - A czy pani, pani Aniu wszystko wie?
Wzruszyła w odpowiedzi ramionami - Nie, nie wszystko. Może się pan poczęstuje?
Złapałem piorunem parę sztuk i wpakowałem po chamsku do ust. W chwilę potem zaczęło mi burczeć w żołądku. Zaczynam udawać więc kaszel, aby zakamuflować chociaż w drobnym stopniu dźwięki trawienia. Pani Krysia przełyka tymczasem ostatni kęs, i na polecenie pani Ani podaje mi arkusik A4. Joasia podsuwa atrament i pióro.
- Było tak mówić od razu, że pan jest chory, i że chce pan trochę odpocząć, niekoniecznie na zwolnieniu - to pani Ania.
- Przeziębił się pan na tych imieninach. Noce jeszcze są zdradliwe. Wystarczy żeby człowieka zawiało i angina gotowa. - to pani Krysia
Nic nie mówię tylko potakuję głową. Rozdygotana dłoń - ciekawe dlaczego teraz tak idiotycznie drży? Z emocji, że to już, teraz, zaraz? - bazgrze klasyczne podanie o urlop.
Podpisuję podanie. Odsuwam od siebie kartkę i spoglądam w okno, gdzie majowe słońce rzuca wesołe błyski po nie domytych szybach.
- Niech pan zdejmie ten nieszczęsny płaszcz, przecież zaraz się pan w nim ugotuje - radzi pani Krysia. Tyle jest w tych słowach udawanej matczynej dobroci i mdłego zainteresowania, że odczuwam do niej, mimo piękna jej kształtów i twarzy, niechęć.
- Nie, dziękuję. Płaszcza zdjąć nie mogę, bo są to moje skrzydła do raju.
Pani Krysia rozkłada jakieś papiery na biurku. Widać jak usiłuje zająć się czymkolwiek, aby odwrócić uwagę od moich dziwacznych słów.
- Oto podanie - staram się wysławiać jak najbardziej naturalnie, chociaż wewnątrz aż kipię z emocji. Pani Ania wyciera palce w chusteczkę i bierze je do ręki.
- Od dziś? Myślałam, że pobędzie pan z nami do tej szesnastej, poczeka na kierownika.
- Tak. Już od dziś. A co do pana kierownika, to przecież pani go zastępuje.
Pani Ania kiwa głową w odpowiedzi, i z pewnym szacunkiem, a może i wyższością składa podpis akceptacji pod moim. Biorę do ręki kapelusz. Mówię grzecznie "do widzenia" i wychodzę z biura bez zbędnych ceregieli. Już na schodach zaczynam czuć się wolny. Ale pęta biurowe jeszcze ze mnie od końca nie opadły. Jeszcze dławią utartym rytmem zachowań, na które nie mam żadnej ochoty. Opadną później, kiedy wrócę do domu, legnę na łóżku i przemyślę wszystko ponownie, od początku do końca.
Po wyjściu na ulicę zatrzymałem się na moment i ukradkiem zerknąłem w okna biura, jakby z nadzieją, że będą za mną wyglądać. Nic z tego. Nikt mnie nie żegnał. Idę więc w kierunku mej kamienicy. Szybko, nawet za szybko, i nagle po minięciu kilku znanych mi miejsc, nieoczekiwanie zmieniam trasę powrotu, skręcam w prawo i podchodzę do witryny sklepu monopolowego. Kusi ta witryna. Oj, kusi. Tak kusi, jak pamiętna dłoń po wyjściu od Belsnera. Wszystko jest teraz jasne, wchodzę do środka. Znudzona wczesnym, gorącym przedpołudniem i brakiem klientów ekspedientka czyta gazetę. Leniwie podnosi się z za lady. Jest gruba, pyzata, i widać, że w trakcie poczęcia Bóg miał z nią dylemat w sprawie określenia jej płci.
- Pani da czystej - poleciłem.
- Nie ma pan Boga w sercu i sumienia, żeby tak z rana katować swoje zdrowie. - zaczęła w stylu bardzo mi skądinąd znanym.
- Pani tutaj sprzedaje, czy reklamuje treści biblijne? - odparłem.
- Odbiło panu? - podała mi butelkę czystej w pełni zaskoczona moją odpowiedzią. Wyraźnie oczekiwała czegoś innego, jakiegoś kajania alkoholika. Tłumaczenia, mętnego szambonura. A tu klops. Spojrzałem na butelkę. Źle przyklejona etykieta sprawiała wrażenie powiewającego na wietrze czerwonego sztandaru.
- Co to panią obchodzi czy mam sumienie i Boga w sobie czy nie - mówię - Czy ja się pani pytam czego się pani nie goli przed wyjściem do kościoła? Nie. No... Więc, jak chcę to piję. Nie chcę, to nie piję. W odpowiedzi spochmurniała. Odebrała gotówkę po czym bardzo
szybkim ruchem wydała mi resztę. Jej tłuste ciało aż falowało od wstrętu nad moim sumieniem, moim piciem i moim Bogiem. Zdjąłem kapelusz, powiedziałem grzecznie "Bóg zapłać" i wsadziwszy flaszkę do kieszeni płaszcza opuściłem sklep.
Niebo do tej pory niewinnie niebieskie poczęło z lekka podejrzanie granatowieć. Minąłem zegarmistrza i wszedłem do najbliższej, zrujnowanej bramy, gdzie chłód i ponury półmrok zmieszany z pozostawianym tu przez koty natrętnym odorem gwarantował pijacką intymność. Odszpuntowałem butelkę i przytknąłem do ust. Klin był ciepły i drażnił przełyk. Resztę niedopitej w butelce wódki utknąłem w załomie muru i spiesznym krokiem podążyłem do domu, by uciec przed zbliżającym się już teraz widocznie deszczem. Pod drodze zdążył mnie jeszcze zaczepić jeden z miejscowych parasoli z nadzieją na wsparcie, ale nie dałem mu na to szans, by się dać wmanewrować w kolejną libację. Do bramy kamienicy zdążyłem w ostatniej chwili. Samotne, z początku ospałe grube krople, z biegiem minut, a może i sekund wyraźnie chudły, i z co raz większą intensywnością nabierały ochoty do łapania się za swe wodne ręce. Zrobiło się ciemno. Podwórze rozświetlił króciutki błysk, po którym niebo wydało pomruk niezadowolenia. Kiedy wchodziłem do mieszkania lało już na dobre. A grzmot za grzmotem serwował drżenie szyb. Zdjąłem płaszcz i niedbale machnąłem go na oparcie krzesła. Kapelusz już tam nie trafił padając z głuchym stukiem filcu na podłogę. Łóżko zatrzeszczało sprężynami. "Trzeba mi stąd wyjechać". Rozrzuciłem ręce, kilka razy głęboko westchnąłem i zatopiłem się we śnie. We śnie? Wolne żarty. To spała wódka.
Przekręciłem się ciężko na bok. W głowie szum wodospadu. Zsunąłem machinalnie nogi z łóżka, i w tej nienaturalnej pozycji dość długo wisiałem. Za oknem trwała w najlepsze burza. Ile czasu spałem? Godzinę, dwie? Szyba zalana deszczem. Patrzę w okno na spływające krople. Osuwają się szybko w dół, poganiane burzowym wiatrem. Czasem prosto, czasem krętym ściegiem, czasem w bok, ale jednostajnie, miarowo, w dół, w rozregulowanych szeregach, bez wyraźnego celu.
Z daleka wyglądają na tajemnicze drogi, które łącząc się w powyginane nowe trakty zmierzają dalej, bez sensu, donikąd. Próbuję wstać, chcę się napić. Wewnętrznie ja gorę. Wykonuję ruch, jednak zbyt pewnie, zbyt gwałtownie i ... nieoczekiwanie lecę, na zbity pysk, w dół. Szczęka tajemniczo wrzyna się zapewne w porażającym bólu w rant krzesła. Zapewne. Dla postronnego widza zapewne tak, bo ja w takich momentach jestem jak zawsze, gdzieś, daleko, obok. Ostatnie falowanie upadającego ciała, i leżę już płasko na brzuchu.
Twarz silnie przybita uchem do podłogi. W ustach czuję wyraźnie posmak krwi. Niedospane oczy badają nierówność desek. Oczy? Jedno na pewno nie nadaje się do użytku. Przekazywany przez nie obraz wyraźnie mi zanika. "A gdybym tak zmalał nieoczekiwanie - myślę głupio - do wielkości tego małego srebrnego guzika, co leży przy nodze stołu? Kim bym był w tym przypodłogowym świecie?". Nagle coś gdzieś brzęczy. Męczy słuch. Jest namolne. Natarczywe. Co to? Aaaa...dzwonek. Do drzwi? Nie, to telefon. Nie, nie odbiorę. Nie teraz. Nie w tym momencie. Jestem zajęty. Leżę.
Nie mogę oderwać twarzy od podłogi. Bardzo się staram ale moje wysiłki spełzają na niczym. Widzę jak matka krząta się przy kuchni, uśmiecha się, wyciąga obrus i nakrywa do stołu. Chyba zasypiam, bo przecież od pięciu lat nie żyje. Matka tymczasem nachyla się nad mną i z rozmachem policzkuje. Ból. Czuję ból. Ból wyrywa mnie ku rzeczywistości. Nie ma matki jest za to ból, taki charakterystyczny jak po wizycie u dentysty. Jest też ciemno. Noc? Za oknem słychać kapanie resztek deszczu.
Staram się poruszyć ręką. Mam na niej zegarek. Ale ręka jest jakoś nienaturalnie wykręcona do tyłu. Złamana? Nie, rusza się. To dobrze, i przy ruchu nawet nie boli, to znaczy że zdrowa. Fosforyzująca tarcza czasomierza jest rozmazana. Usilnie staram się ustawić ostrość. Co z drugim okiem? Cholera! Co z drugim! Delikatnie dotykam tego miejsca gdzie ma być. Straszne, ale go tam nie wyczuwam. jest tylko wielka nabrzmiała, bolesna gula.
Szczęka też rwie jak diabli. Z trudem dostrzegam wreszcie wskazówki zegarka. Jest dwudziesta. Spałem więc po upadku kolejne ładne kilka godzin. Podkurczam nogi i próbuję wstać prężąc grzbiet. Brak wody napełnia mnie szaleństwem. Stękam z wysiłku, by po kilku nieudanych próbach wreszcie spocząć na laurach, czyli czworakach.Jest więc sukces.Teraz kolejny cel - zlew i kran z wodą. Ruszam mozolnie. na przemian prawe kolano do lewej ręki i na odwrót. Stękam żałośnie. Z ust kapie mi ślina pomieszana z krwią, co stwierdzę następnego dnia, gdy będę sprzątał podłogę. Z wielkim trudem osiągam upragniony zlew i chwytam się go łapczywie ruchem rozbitka. Teraz wstaję. Ból kręgosłupa oszołamia. Opieram się ciężko na żeliwnej muszli i odkręcam kran. Chciwie zanurzam spuchniętą twarz pod zimnym strumieniem wody.
Chłód cieczy orzeźwiał.Woda spływała mi po brodzie i za uszami. Nawet się nie wycierałem. Puściłem się muszli i podszedłem chwiejnym krokiem do kuchenki. Stał tam na niej stary, pamiętający dobre czasy aluminiowy garnek. "Może bym co zjadł?" - pomyślałem. Uniosłem pokrywkę, ale to, co było w środku nie przypominało w niczym czegokolwiek do jedzenia, śmierdziało za to zgniłą kapustą. Przetarłem brudnym rękawem marynarki zdrowe oko. Nad kuchenką wisi kalendarz. Patrzę weń długo i cierpliwie. Kiedy to gotowałem? Jest. Data 30 kwietnia. Dwa tygodnie temu? Eee... niemożliwe. Kapuśniak z z młodej kapusty? Zapisuję terminy, mam takie skrzywienie, bo odżywiam się nieregularnie. Nieprawidłowo za to korzystam bez dwóch zdań z używania używek. Nie trzeba daleko szukać. Chociażby parę godzin wcześniej, mogłem kupić ćwierć, a kupiłem całe pół litra gorzałki. Mogłem wypić setkę, a wytrąbiłem ponad wspomniane ćwierć i rozbiłem w efekcie twarz. W milczeniu, zataczając się podszedłem do szafy. Spod niedbale skotłowanych rzeczy wyciągnąłem szarą kopertę. Otworzyła się szybko pod niewprawnymi palcami i cała zawartość sfrunęła w dół na podłogę. Z grymasem niezadowolenia przykucnąłem aby pozbierać rozrzucone podmuchem oszczędności.
Po pozbieraniu podniosłem się do góry nieudolnie czepiając się występów w szafie. Gmeram w niej dalej. Za stertą bielizny leży książeczka PKO. Dorobek mego życia. Niecałe trzy tysiące. Wziąłem ją do ręki i długo ważyłem. Istota zbliżającej się podróży pociągała. "Muszę stąd wyjechać" Słowa te nie były już stwierdzeniem, okazały się rozkazem. W dalszej części działań znalazłem dowód osobisty. Podniosłem płaszcz i kapelusz. Rozejrzałem się smutno. Wziąłem ścierkę i zahaczywszy ją na szczotce zmyłem czerwone plamy widniejące obok łóżka. Kiedy na nim usiadłem sprężyny zaśpiewały tęsknym głosem odpoczynku. "Tak - pomyślałem masując szczękę - Jeden się rodzi dla radości, drugi dla cierpienia, a trzeci aby nie wyjść z grzechu cienia". Z taką twarzą po nocy się nigdzie nie ruszę. najpierw trzeba wytrzeźwieć. S.33
Następny dzień upłynął mi pod znakiem niepewności jutra i zwykłych czynności. Wczesnym południem poszedłem do "Oazy" na skromny obiad, gdzie zabijałem czas ze stałymi bywalcami lokalu. Przy czym każda dyskusja zaczynała się od słów, co zrozumiałe: "kto cię tak urządził i za co?" Nie pomagały tłumaczenia, że to był wypadek, nikt nie chciał wierzyć, tym bardziej, że nastąpiło to po kilku głębszych. Po południu udałem się na dworzec PKP bez żadnego planu. Biały, wyraźnie odbiegający architektonicznie budynek, kryty czerwienią dachówki, kusił podcienionymi arkadami i drogą w nieznane Dookoła wiało pustką nierzeczywistą, bo przecież ludzie od wieków podróżują, i w takich miejscach jak dworce być powinni, a nie byli. Szumiały tylko topole posadzone szpalerem wzdłuż torów.
Wolnym, niespiesznym krokiem wszedłem po obstukiwanych przez czas stopniach do środka. Pchnąłem wahadłowe, skrzypiące jękliwie drzwi i owionął mnie z miejsca chłodny półmrok dworcowej poczekalni przesycony zapachem niesprzątanych pomieszczeń. Podszedłem do małego zakratowanego okienka. Obok na ścianie wisiały nadszarpnięte plakaty. Pierwszy wydany w trakcie miejscowej epidemii tłumaczył jak zachować się po ukąszeniu wściekłego zwierzęcia, drugi reklamował cyrk. Oba były już dawno nieaktualne. Miła z wyglądu na pierwszy rzut oka (zdrowego oka) pani po drugiej stronie okienka podniosła się nieznacznie na mój widok.
..............


... z pogrzebaczem w ręku wybiegam na dwór i słyszę klapnięcie
furtki, która się właśnie za kimś zatrzaskuje. "Stój ty, taki owaki - klnę" i widzę wysokiego mężczyznę, który wydaje mi się zatrzymywać, aby pomachać mi ręką i zniknąć w bocznym zaułku...
Niecierpliwie gnam za draniem, zdaje mi się go już dopędzać, ale ten znowu przystaje, wabi mnie swoją osobą i znika za kolejnym rogiem ulicy. W ten prosty sposób biegnę niezłomnie za nim, z ulicy na ulicę, z zaułka na zaułek, by wreszcie widzieć, że tkwię w zaspie śnieżnej po kolana...
Hej tam! Poczekajcie! - wołam i idę ku nim zapadając się w śniegu. Na saniach siedzi pleczysty od kożucha chłop. Białe konie okryte obłokiem pary...
... Wieźcie mnie dobry człowieku na Szeroką pod numer siódmy, nie poskąpię grosza - gadam gramoląc się na sanie. Chłop kiwa głową, podcina batem konie, zaczynają brzęczeć dzwonki, ruszamy....
... Posłuszny mej prośbie woźnica wiezie mnie Bóg jeden wie po jakich wertepach, śnieg skrzypi pod płozami, księżyc w stylu Witkacego słabo oświetla drogę poprzez płynące obłoki. Jedziemy dość długo i ani śladu znajomych mi miejsc....
...Po czasie przychodzą mi do głowy wszystkie straszne opowiadania o martwych ciałach znajdowanych na polach Pod Szubienicą, o dorożkarzach podrzynających gardła swym pasażerom itp."Dokąd mnie wieziesz?" - pytam pozornie twardym głosem, bo w środku kipię od strachu...
... Okutany w kożuch chłop nie słyszy odpowiedzi. Więc przy słabym świetle księżyca pragnę obejrzeć (jeśli ma) numer dorożkarski i ku swemu zdziwieniu widzę, ze na blasze nie ma numeru, nazwiska, tylko dużymi cyframi liczba 666. Utwierdziwszy się w przekonaniu, że wpadłem w złe ręce, jeszcze głośniej ponowiłem pytanie...
...a nie otrzymawszy odpowiedzi z całym rozmachem dźgam go w plecy trzymanym w ręce pogrzebaczem. Ale jakie ogarnia mnie przerażenie, gdy pogrzebacz przenika przez kożuch woźnicy jak przez mgłę i daje się słychać zgrzytnięcie kości....
... i kiedy domniemany dorożkarz odwróciwszy głowę ukazał mi twarz kościotrupa ze straszliwie wyszczerzonymi zębami. ledwie zdążyłem nakreślić znak krzyża, od którego odwykły dawno moje ręce...
..a wtedy sanie wywróciły się... .. rozległ się dziki śmiech... ..zerwał gwałtowny wiatr... ...sanie, konie, dorożkarz, wszystko zrównało się ze śniegiem... ... zostałem sam ledwie żywy pod własną bramą... ...która nagle okazała się w miarę otwierania oczu własnym łóżkiem, pierzyna śniegiem... tylko strach przed diabłem okazał się prawdziwy. Koniec.



Opowiadanie stylizowane na prozę rosyjska pt. Snopek



Radca Prawny Bałujew wstał od stołu przy którym grano w bezika i podszedł do okna skąd widoczny był sad. Wieczór był chłodny i całkiem jesienny. Ponad przerzedzonymi drzewami owocowymi jasno świecił księżyc. Błyszczał blado niebiesko w jego świetle dach ażurowej altany. Radca patrzył w milczeniu na wymarły sad, chochoły, na ziemię dającą wrażenie opuszczonej, zapomnianej. Coś tam dostrzegał, coś widział, coś co napawało go niemiłym uczuciem. Wzdrygnął się, wyraźny dreszcz przeszedł mu po ramionach, odsunął się od okna.
- Zobaczyliście tam ducha Fiodorze Fiodorowiczu? - zapytał jeden z grających. Radca odwrócił wzrok w stronę idącego ku niemu pytania. Był człowiekiem w sile wieku o silnie zarysowanym podbródku, który zdradzał wytrwałość i upór. Szare oczy Bałujewa zmrużyły się. Podszedł do grających. Zadający pytanie porucznik gwardii Niekrasow nie wnikał w jego sens. Ot, rzucił je od niechcenia widząc radcę zapatrzonego w ciemny jesienny sad. Bałujew w milczeniu usiadł przy stoliku, lecz nie wziął do ręki podanych na ten czas mu kart.
- Pyta pan o duchy poruczniku? Nigdy w nie nie wierzyłem, i specjalnie nie wierzę...
- Ale coś tam pan zobaczył, prawda? - przerwał mu sędzia śledczy Wierow.
- Tak. - pokiwał głową radca - Ale nie ducha, lecz rzecz nieodgadnioną, niby zapomnianą, ale nie dającą zapomnieć. Czy chcecie panowie o tym posłuchać? Niekrasow złożył karty w stosik.Gra od pewnego czasu już się nie kleiła, więc uczestnicy z przyjemnością przystali na propozycję radcy Bałujewa.
Zdarzenie miało miejsce wiele lat temu. Byłem wtedy z wizytą u mego dobrego przyjaciela w jego majątku w okolicach Tuły. Była połowa grudnia. Pola zaśnieżone po horyzont. Lasy tamtejsze tajemne, przepastne, aż proszące się do wizyty ze sztucerem w ręku. Wybraliśmy się więc pewnego dnia po za granicę mająteczku na polowanie. Pogoda mimo że z mroźnym wiatrem, pochmurna, z lekko padającym śniegiem, nie odstręczała. W dobrych humorach pojechaliśmy we czwórkę. Ja, mój przyjaciel, jego znajomy kupiec Barbasow, i syn kupca Stiepan. Na skradaniu po lesie po tropach za zwierzakami zszedł nam calutki dzień, Polowanie nie było mimo to hojne, chociaż przyniosło wiele emocji okraszonych dla osłody kilkoma głuszcami i jednym zającem. Późnym popołudniem wymrożeni do szpiku kości przebywaniem na zimowym powietrzu zatrzymaliśmy się, by się ogrzać przydrożnym zajeździe. Kupiec Barbasow koniecznie chciał nocować, tym bardziej, że koń zgubił podkowę, a kowala na lekarstwo. Ale mój przyjaciel znający okolicę na wylot napierał na niego i zachęcał do wycieczki pieszej argumentując, że do majątku jest ledwo dwie wiorsty dobrą drogą. Niechętnie bo niechętnie Barbasow się zgodził. Łupy, sanie i konia zostawiliśmy więc w zajeździe.
Wyruszyliśmy w drogę dobrze po zmroku, który witał nas swym łagodnym tchnieniem już wcześniej, gdy stawaliśmy z wizytą u bramy zajazdu. Granatowe niebo zasypane świetlistymi gwiazdami, które co i rusz przysłaniał żwawo płynący mleczno szary obłoczek, zdawało obejmować nas, otulać swą tajemniczą bezkresnością.. Szparkim krokiem, bo mróz wzbierał na sile, w zupełnym milczeniu, doszliśmy do mostku za zajazdem na nieznanej mi z nazwy rzeczce. Tutaj mój przyjaciel przewodnik skręcił nagle w bok, i poprowadził nas innym, wydeptanym od kopyt końskich i sań gościńcem; wijącym się het za horyzont po lekkim zboczu zamykanym na górze krawędzią czarnego jak smoła lasu. Przyspieszyliśmy kroku jeszcze bardziej. Słychać było tylko chrzęst śniegu pod butami i stłumione przez szaliki oddechy, które zamienione w przytłumione materiałem obłoczki pary zastygały natychmiast na rzęsach i policzkach. Gdzieś daleko, z mrocznej, lesistej otchłani ozwało się nagle ponure, przejmujące wycie. Za chwilę odpowiedziało mu drugie, a potem kolejne. Niebawem jeden wielki chorał niósł się po krystalicznym powietrzu, w nieprzeniknionej ludzkim okiem czerni lasu.
- Ot, wilki - zaśmiał się mój przyjaciel tak niedbale, jakby zawsze z wilkami w jednym pokoju pomieszkiwał - Ale nie bójcie się tak, Andrieju Maksymowiczu- dodał widząc jak wystraszony kupiec mocniej w ręku ścisnął swą flintę. - Nie ruszą, bo nie głodne. Jeszcze im matuszka kostucha w wygłodniałe ślepia nie zajrzała. One tylko tak tęsknie śpiewają...
Droga po której szliśmy poganiani łkającym wyciem wilków poczęła groźnie zbliżać się do skraju lasu. Skostniałe bryły śniegu zalegały drogę,na której znać było mozolny chód zwierząt i ludzi. Pokrzywione młode sosny i odarte z liści brzozy sterczały spod śniegu jak maszty zatopionych okrętów. Las patrzył na nas w milczeniu niczym zaskoczony gospodarz nagłym najściem nieznanego gościa. Zamykając swoją osobą krótką naszą karawanę niepewnie oglądałem się za siebie, a wyobraźnia, ilekroć się nie odwróciłem pokazywała mi różne straszne widoki z wilkiem atakującym me plecy.
- O, tutaj za tymi świerkami, las zostawimy za sobą i droga opadnie w dół - pocieszał nas mój przyjaciel.
Przeszliśmy jeszcze kawałeczek do tych świerczków, i rzeczywiście oczom naszym ukazała się śnieżna bezkresna połać będąca z pewnością latem upojnymi łąkami lub polami, a teraz pogrążona w ciszy i zapomnieniu sprawiała wrażenie śmiertelnej pustyni. Droga oświetlona słabowitym księżycem i gwiazdami opadała łagodnie w dół po to, by jeśliby się wytężyło wzrok wspięła się ponownie na przeciwległe zbocze.
- Tam, za górką, jest już Ponaszówka - objaśnił nasz przewodnik.- Tam, w dolince drogi przecinają się. Jedna idzie do Bierezówki...
I wtedy panowie stało się.
- A to co to do czarta? powiedział mój przyjaciel i zatrzymał się tak nagle i gwałtownie, że wspólnie na siebie powpadaliśmy. Teraz i my spojrzeliśmy w dół drogi. Na środku rozstaju stał człowiek...
•To pewnie Behemot - szeptał zduszonym przez szalik glosem Stiepan. - Jak nic ma on kocią czarną gębę i wstrętne ślepia, krzywe pazury...



◦Daj spokój Stiopka i nie strasz- mój przyjaciel przerwał mu wpół słowa. Stoi człowiek na rozstaju dróg? Stoi. Może potrzebuje pomocy, a ty tam od razu z Behemotem wyskakujesz. - i idzie do przodu, choć widać, że jednak niepewnie.
Podchodzimy za nim i my, reszta naszej gromadki, dzierżąc flinty w pogotowiu. Ale człowiek czy też zjawa nie zwracała na całą naszą grupkę najmniejszej nawet uwagi; Stała wyprostowana jak dyszel, niema. Zdawało się nawet, że się kiwa z lekka, lub chce też poruszyć a nie może. Blady księżyc zaszedł akuratnie za chmury i zrobiło się ciemno. Wołamy razem mego przyjaciela, który wysunął się zdecydowanie na przód ku postaci; nie podchodź za blisko Mikołaj! Czekaj! A stamtąd jak nie gruchnie nagle szyderczym śmiechem i złośliwościami.
◦Ot, bohatery my od siedmiu boleści - to głos mego przyjaciela - Wielcy odkrywcy i myśliwi nieustraszeni. Podejdźcie no bliżej. Podejdźcie i popatrzcie sobie. Toć to chochoł stoi na środku gościńca i człowieka udaje!
Rzeczywiście, ktoś, pewnie jakieś chłopskie wyrostki zrobiły nam figla i napędziły niezłego stracha stawiając ową słomianą zjawę na rozstaju dróg. Strach odszedł od nas tak nagle jak nagle ogarnął . Po bliższym badaniu okazał się chochoł wielgachnym snopem żyta, którego aby się nie rozłożył po postawieniu jak płatki kwiatu na boki, spętano silnie w "w pasie" i "pod brodą" grubym powrósłem. Na grzbiet narzucono mu stary szynel a na słomiany łeb wciśnięto dziurawy kapelusz z wielkim rondem.
Bałujew zapalił fajkę. - Reszta drogi do majątku upłynęła w wesołej atmosferze.
◦I to wszystko? - zapytał z lekkim niedowierzaniem porucznik Niekrasow - Nie widzę w tym żadnego strachu czy tajemnicy. Żarcik dziecinny i tyle. Na te słowa podniósł się gwar wśród obecnych przy stole graczy, podzielili się oni na dwa obozy. Jedni popierali radcę, a drudzy Niekrasowa, przez co powstał mały harmider. Bałujew uniósł do góry dłoń na znak, że chce jeszcze coś powiedzieć, więc się uciszono.
◦To nie wszystko, moi panowie. Następnego dnia rano zaprzężono sanki aby sprowadzić to, co zostało zeszłego wieczora w zajeździe.
Do miejsca nocnego spotkania chochołem dojechaliśmy w miarę szybko. Ale chochoła już na rozstaju dróg nie znaleźliśmy. Nie znaleźliśmy zresztą niczego co by wskazywało na jego wcześniejszą tam obecność. Nawet źdźbła słomy,strzępka materiału nie było. Nic nie było. Kompletnie nic. Jedynie nasze ślady z lekka przyprószone śniegiem krążące to w tę to w tamtą stronę wokoło czystej, nienaruszonej śnieżnej bieli. Jak go stamtąd zabrano? Nie wiem i nie jestem w stanie zrozumieć do tej pory. Chochoł był przecież potężny. Aby go unieść i przeskoczyć gdzieś w bok trzeba było być wołem i panterą w jednym, a nie człowiekiem. A tu wokół puściutko, czysty śnieg i ani cienia śladu. Ot, i wszystko - zakończył Bałujew.
- Sprytna sztuczka - przerwał powstałe po zakończeniu opowieści milczenie jeden ze słuchaczy, przez co wywiązała się wartka rozmowa między nim a resztą, nad technicznym sposobem usunięcia chochoła z drogi bez pozostawienia tropu. Bałujew tymczasem ponownie podszedł do okna i w skupieniu długo wpatrywał się w obumarły, jesienny sad. KONIEC
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
sierotka-poetka
Gość






PostWysłany: Pon 22:52, 30 Gru 2013    Temat postu:

ix napisał:
Ja jeszcze na chwilę. Wypada przecież usiąść przed wyjściem.
Napiszę nieskromnie, ale miało się kiedyś drobną wenę. Ten mój limeryk, cudem ocalony, naprawdę się mi podoba. W ogóle go nie pamiętałem.
O oparach absyntu tak, o ciupadze też, a tego ani ani. Ani chybi pisałem w oparciu o atmosferę pierwszego wymienionego. I co tu się dziwić niektórym poetom, że też.
Pojęcia też oczywiście nie mam, o co i o kogo chodziło z tym "z playbacku". Kierowniku, Ty wiesz?

Dixie
Napisano 15 wrzesień 2009 - 05:55

Skromny ty znawco, fałszywko z playbacku
Nie jesteś Sarna, ni Gargi człowieku
Garguś, by dodać sobie powagi
Wysłał mnie nago do miasta Malagi
Dał piwo i radził utopić się w ścieku



Do All!
To tymczasem
M.


Ten limeryk wcale nie jest twój, tylko mój, sklerotyku!
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Gość







PostWysłany: Wto 12:39, 14 Sty 2014    Temat postu:

Do m****(orporka)

Cudaczne dziecię ruszyło w cug
nie miało gorzały ani trochę
przelazło se przez rzekę Bug
Kupiło se za darmochę

Cudaczne dziecię kupiło litra
Zagryzało se badylem
Dostało wielkiego pietra
okazało się, że struło się metylem

Przyjechało pogotowie ratunkowe
zabrało cudaczne dziecię
Rodzice musza spłodzić dziecię nowe
stare jest w trumnie sami wiecie.

Lekarze gorzały ciekawi byli
wcale się nie bali
zobaczyli butelkę, wypilii
też wykorkowali

Przychodzili ludziska
Bardzo się dziwowali
Brali gorzałę do pyska
Wszystkie poumierali.

Blady strach padł na kraj cały
Szukali jak zatkać butelkę korkiem
Co zrobić żeby nie pić tej gorzały?
Eureka!!! Zatkali morporkiem.

14.03.2009 ix
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Gość







PostWysłany: Wto 14:59, 14 Sty 2014    Temat postu:

Wiersz ixa dla Julii Osiemnastolatki 10.03.2009

Część pierwsza

Wczesne przedwiośnie, miasteczko, ulica
Forumowicz ix, żadna Izolda i nie klon thora
Spojrzał na ekran swego monitora
I Kogoś napotkał. To nasto- dziewica
Przemiłe dziewczę, osiemnastoletnie
Czeka na ixa z wierszem przeuroczym
Tak słodkim, że roziskrza oczy
Zawistny cenzor musiał zakląć szpetnie.
Choć mrok padół spowija, moderator czyha
Nie da ixu odpisać: co za ix? I po co?
Zaskoczony? Czego tutaj szuka nocą?
Wygram ja, mój knebel i cenzorska pycha
Pragniesz Jej odpisać ixie? Julii Twej poetce?
Wirtualnie trzasnę drzwiami
Nie chcę sprawy mieć z ixami
Nie odpowiesz, bo ja nie chcę

Część druga

Wtem w sieci, spoza komów
Piorun straszny iskrą błysnął
Moderata żarem ścisnął
Echo niosło huk stu gromów
Daj odpisać na post miły!
Głos się na cenzora wzmagał
Jam twój pan, nie będę błagał
Puść wiersz, bo użyję siły!
Zahuczało, zaszumiało
Kury piały, deszcze lały
Ślad cenzora zamazały
Coś się tajemnego stało
Z wątku wyszły jakieś dziwy
Potem jęki i zgrzytania
Długi szloch, cenzorskie łkania
Stał się wreszcie cud prawdziwy
Osiemnastka wiersz przeczyta!
W blasku monitora światła
Co to ludzkie losy gmatwa
To Jej prawo, koniec, kwita
Z wiersza słowa prawdy płyną
I dla Julii lubej szczerze
Nikt Jej tego nie odbierze
Bo w eterze nie zaginą
Pozna Julia poetka – sierotka
Cienie wirtualne liczne
Cienie dzikie i magiczne
Lecz i PRZYJACIELA spotka
Gdy na świecie poszarzało
Cenzor znowu się obudził
Posty wyciął, ręce zbrudził
Nikt nie wiedział, co się stało.

Dla Julii od ixa.
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Gość







PostWysłany: Wto 20:06, 14 Sty 2014    Temat postu:

do Julii
»
Re: Wczesne przedwiosnie 2009-08-24 21:05

Płaczesz, oskarżasz, obwiniasz
Fałszywie oceniasz.
Nie myśląc,
Przyjaciół w wrogów zamienisz.
Pomyśl przez chwilę,
Wsparcie trwać wieczność nie może,
Pomoc chwilowa tak.
Gdyby było inaczej,
Nie fruwał by żaden ptak.
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Gargangruel
Administrator



Dołączył: 23 Mar 2011
Posty: 6439
Przeczytał: 0 tematów

Skąd: ZE SREBRNEGO NOWIU

PostWysłany: Wto 21:03, 14 Sty 2014    Temat postu:

Co tak skromnie "Gościu"?
Nie chcesz się przyznać... Wink
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Ja, on, mój
Gość






PostWysłany: Pon 20:59, 20 Sty 2014    Temat postu:

sierotka-poetka napisał:
ix napisał:
Ja jeszcze na chwilę. Wypada przecież usiąść przed wyjściem.
Napiszę nieskromnie, ale miało się kiedyś drobną wenę. Ten mój limeryk, cudem ocalony, naprawdę się mi podoba. W ogóle go nie pamiętałem.
O oparach absyntu tak, o ciupadze też, a tego ani ani. Ani chybi pisałem w oparciu o atmosferę pierwszego wymienionego. I co tu się dziwić niektórym poetom, że też.
Pojęcia też oczywiście nie mam, o co i o kogo chodziło z tym "z playbacku". Kierowniku, Ty wiesz?

Dixie
Napisano 15 wrzesień 2009 - 05:55

Skromny ty znawco, fałszywko z playbacku
Nie jesteś Sarna, ni Gargi człowieku
Garguś, by dodać sobie powagi
Wysłał mnie nago do miasta Malagi
Dał piwo i radził utopić się w ścieku



Do All!
To tymczasem
M.


Ten limeryk wcale nie jest twój, tylko mój, sklerotyku!


Mój ci on! Mój!
Sobie nie uzurpuj!
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
kopisttka kopistki
Gość






PostWysłany: Nie 13:00, 02 Lut 2014    Temat postu:

kopistka
»
Re: PROZA-C 2009-08-21 00:02

ix

Re: Anno. Najbliższa mi na forum. Za prawość, szczerość i patriotyzm 2008-02-15 22:04

Powtorzę to, co już kiedyś pisałem. Zauważył to także Gargangruel.
Oraz... niestety oponenci/wrogowie.
Anno! Dlaczego Ty, właśnie Ty stałaś się obiektem tak zmasowanego ataku?
To nie jest Anno powod do smutku i zniechęcenia. To powod do dumy.
Wrogowie wybierają!
Zazwyczaj lekceważą np. ixa z Bogdańca.
Oni mierzą w Jagiełłę. Bo wiedzą, że należy ugodzić w serce by zatrzymać pulsującą w żyłach krew.
Na szczęście oni nie wiedzą, że Anna jest rożna i zawsze lepsza od tych drani.
Że Annie nie chodzi o Annę.
Dla Ciebie Anno ważne jest to samo co dla mnie.
Ktoś powie. ixie zdradzasz wrogom tajemnice. Nie ma obawy. Tak nie jest.
Nie da się ( przy całym szacunku) wytłumaczyć daltoniście jak wygląda czerwone światło na tle zielonego lasu.
Wrogowie Polski będą kpić. Zapytają. Zielone? W zimie?
Niech im będzie.- Na tle sosnowego lasu.
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
kopisttka kopisttki
Gość






PostWysłany: Nie 21:57, 02 Mar 2014    Temat postu:

Ningiszzida
>>Re: Wczesne przedwiosnie 2009-04-16 20:25

A może on myśli co u Niej?
Na mury nie bacząc i kraty,
Swobodna myśl przyfrunie,
Jak ta litania od dziatek do taty.

Spogląda i widzi słowa przyjazne,
Niezmienne w swej trwałości,
Wspomina uczucia własne,
I afekt co w sercu zagościł.

Wspomniane jabłko w liryce,
Co stoi złym ludziom ością,
Mówiąc precz zawistnej krytyce,
Dla niego wciąż jest całością.

I nie wie jak podziękować,
Nie dano mu daru Erato,
Nie umie jak Julia rymować,
Odpowie, jak potrafi więc na to:

Jak ten w oddali żagiel biały,
W myślach Poetkę utuli,
Wręczając naręcze Jej chwały,
Z okazji imienin Julii.
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Gość







PostWysłany: Pon 23:46, 03 Mar 2014    Temat postu:

Julia Nova
>>Re:Wczesne przedwiosnie 2009-04-21 20:19

Jęk duszy

Nic nie pomogły moje wyznania...
Ty dalej jesteś wyklęty...
Na cóż, ach na cóż mój Boże święty,
Te wszystkie moje starania...?

Komuś to wszystko wręcz przeszkadzało...
Pozazdrościli samotnej...
I bratnią duszę, jej radość całą,
Zabili, z woli pochopnej...

Nikt na mój wątek już nie zawitał...
Mijają mnie jak zadżumioną...
Za cóż, ach za cóż to ja się pytam,
Tą nienawiścią zioną...?

I ja tak dumam w tej mej udręce...
Świat nie chce cudzej radości...
Woli, by ktoś miał rozdarte serce,
I konał...w swej samotności...

A może dla mnie lepiej byłoby,
By głośno przekrzykując ból,
Wołać, jak pragmatyczne chcą tego snoby:
O ! Umarł król. Niech żyje król !?
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
kopistka
Gość






PostWysłany: Czw 13:36, 06 Mar 2014    Temat postu: Wczesne przedwiośnie

XYZ.
>>Re: Julia Nova 2009-04-25 21:59

Osobo spod nika Julia Nova.
Czy ty nie widzisz, że jesteś już męcząca dla innych? Namolna i irytująca?
Jak chcesz pisać, to pisz sobie po prostu, ale nie molestuj już internautów swoimi żalami i skamlaniem o wszystko i wszystkich.
Zamiast wnosić coś na to forum, wywołujesz niesmak i angażujesz pozostałe osoby w jakieś swoje chore jęki.
Jeśli coś cię irytuje, omiń to po prostu, rób co chcesz, zresztą TYLKO PRZESTAŃ JUŻ BYĆ NAMOLNA, bo to już nie jest strawialne.
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Borewicz Morp Bednarski
Gość






PostWysłany: Nie 16:54, 09 Mar 2014    Temat postu: Re: Wczesne przedwiośnie

kopistka napisał:
XYZ.
>>Re: Julia Nova 2009-04-25 21:59

Osobo spod nika Julia Nova.
Czy ty nie widzisz, że jesteś już męcząca dla innych? Namolna i irytująca?
Jak chcesz pisać, to pisz sobie po prostu, ale nie molestuj już internautów swoimi żalami i skamlaniem o wszystko i wszystkich.
Zamiast wnosić coś na to forum, wywołujesz niesmak i angażujesz pozostałe osoby w jakieś swoje chore jęki.
Jeśli coś cię irytuje, omiń to po prostu, rób co chcesz, zresztą TYLKO PRZESTAŃ JUŻ BYĆ NAMOLNA, bo to już nie jest strawialne.


XYZ to Kreacja Margo !!
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Gość







PostWysłany: Pon 11:30, 10 Mar 2014    Temat postu:

thor
>>Re:Wczesne przedwiośnie 2009-03-15 10:19

Na poduszce odbicie Twej twarzy
pełne pragnień, emocji i snu
cóż mi się jeszcze zamarzy
w płatkach róż i gałęziach bzu

za oknem coś miło świergoli
nieśmiało zieleniąc się budzi
to budząc się wiosna powoli
życzliwie nastraja do ludzi.

Wow! Dopiero co wstałem i jeszcze nie wiem o co chodzi. Ale wiosna jest autentycznie radosna. A z kiczu nie śmiać się proszę.
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
kopista
Gość






PostWysłany: Pon 22:26, 10 Mar 2014    Temat postu:

ix
Re:thor 2009-03-15 10:55

No, no. Mamy prawdziwy wysyp talentu.Osiemnastolatka, morpork a teraz Ty. Twój wiersz jest taki radosny, jak wiosna, którą wywołałeś. Poprawiłeś mi nastrój, a myślę, że także wielu innym czytelnikom.

Mój nastrój i wcześniej nie był oczywiście zły, ale im więcej uśmiechu i zniewalającej urokiem kontemplacji Twojego utworu, tym lepiej dla serca i duszy.





z jabisa
>>Re:Wczesne przedwiosnie 2009-03-15 20:07

RANDKA THORKA
W sobotę, późnym wieczorem
na inne fora pofrunął thorek.
Nakombinował się, nakluczył
i bardzo szybko do nas powrócił.
Bo jego miłość - to morporek.





ix
>>Re:Wczesne przedwiosnie 2009-03-15 20:17

Zagadkowy Ja(bis) z bajek krainy
Czyni różne fochy i zdegustowane miny
Zaczepił niedawno ixika
Więc ixik przed nim umyka
A przy tym jest ixik całkiem bez winy





Ja(bis)
>>Re:Wczesne przedwiosnie 2009-03-15 20:41

IX bez paniki,
Z Salonem żertowałem
Takie wiosenne wybryki.
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
kopista
Gość






PostWysłany: Pon 23:40, 10 Mar 2014    Temat postu:

Wczesne przedwiosnie
>>2009-02-08 20:08 Autor: bavardage

Duch Baczynskiego

Bylo wiele drog przebytych
Bylo wiele sciezek waskich
Wiele deszczow, wiele sniegow
Wiszacych nad okapami dachow

Wiele listow, wiele rozstan
Ciemnych godzin w miastach wielu
Teraz upor, zeby powstac
pobiec, pojsc bez celu

Liczyc w trudzie nieustannym
Nasze cele i dazenia
Filizanki kaw porannych
Pocalunki od niechcenia

Wiele czasu nad strofami
Wiele wrzasku w telewizji
Czasu brak na Beethovena
Ciagle walczac w zycia misji

Ratuje mnie blask twych oczu
Serce budzi z odretwienia
Wiec chowam cie na jego dnie
Bo to na dobre wszystko zmienia

Do Poety
>>Re:Wczesne przedwiosnie

Piękne

bavardage
>>Re:Wczesne przedwiosnie 2009-02-08 21:29

Czasem kocham czule Jej wszystkie aspekty
Czasem nienawidze, gdy czyni despekty
Jestem niestabilny, jak z tego wynika
a pomimo tego ona jest, nie znika

I tak z przerwami trwa to lat cztery
Tak szczerze mowiac, dosc mam Cholery
Teraz nawet glaszcze ja czule
Jednak juz czas na nowa klawiature
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
kopista
Gość






PostWysłany: Wto 19:55, 11 Mar 2014    Temat postu:

re IX
>>Re: Wczesne przedwiosnie 2009-03-11 00:23

Napisz wiersz dla Morporka. !!

_____________

Izolda
>>Re: Ix 2009-03-11 00:32

Napisz dla mnie wiersz, tobie i gargamelowi napisałam Mr. Green

_____________

atrocipa
>>Re: Wczesne przedwiosnie 2009-03-11 01:45

Zmądrzałem. Przepraszam Polaków dedykuje wam wiersz.

Tusk, Palikot, Niesioł stary
To są trąby i fujary
Nawiedzona Julcia P.
Także samo g...uzik wie
Darmo zgarnia ciężką kasę
One wszystkie na nią łase
I Sawickie i Nowaki
Wszystkie z jednej są kloaki
Aby zły ten czar już prysł
Krzyczmy razem - tylko PIS
Tylko PIS, tylko PIS !
Foreveeeeeeeeeer

pokorny atrocipa

_____________

re IX
>>Re: Wczesne przedwiosnie 2009-03-11 15:10

Masz talent chłopie!!

______________

Osiemnastolatka
>>Re: Wiersze wlasne i innych autorow. Wczesne przedwiosnie 2009-03-11 21:00

Gwiazdy zdwoily prace:

Gwiazdy zdwoily prace,
Szepczac ziemi:
Nie boj sie, nie boj
I ziemia sie na wznak obraca
Kwiatami
Ku niebu...
(Maria Pawlikowska Jasnorzewska)

wiersz przypomniala Julia

______________

baja
>>Re: osiemnastolatka 2009-03-11 21:45

pozbieraj wszystkie wiersze z wszystkich watkow o zgromadz w jednym. musze cie szukac po wszystkich .
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
kopista
Gość






PostWysłany: Śro 20:37, 12 Mar 2014    Temat postu: 2009-03-12

Osiemnastolatka
>>Re: Baja. Wczesne przedwiosnie 2009-03-12 11:08

Mila Baju! Wiesz,przemyslalam twoja propozycje i zrobie tak.
W dalszym ciagu bede wpisywala swoje wierszowane mysli na
roznych watkach, bo mnie inspiruja niekiedy albo same watki,albo jakies wpisy.Potem te rymowanki bede przepisywala tutaj,na
watku "Wczesne przedwiosnie",tak dla przypomnienia.I ci ty na to?

Julia

_______________

Osiemnastolatka
>>Re: Wczesne przedwiosnie 2009-03-12 11:22

Wiersz,ktory napisalam na watku "Polonia bankrutuje i ucieka z Chicago".

Do Polonusow

Coscie tacy milczacy,
O Polonusi kochani,
Rodacy w kraju zyjacy,
beda tu wszak was witali

Chlebem jak kamien twardym,
Uderza was miedzy oczy,
Sola posypia...a niektorym hardym,
To i kulasy przetraca...Zaden nie podskoczy...

Cieszcie sie i wracajcie...
Toz to ojczyzny lono...
Pod mostem zamieszkajcie...
Nie zaplacicie slono...

Potrzebne nam wasze dulary,
Co za pazucha chowacie...
To wszak honor wspierac kraj stary
i obowiazek...Wiec czemu sie ociagacie?

Julia
_______________

Osiemnastolatka
Re:Wczesne przedwiosnie 2009-03-12 21:59

Rymowanka,ktora napisalam na watku "Powrot krola. Nadzieja. Godnosc. Chwala Panstwa".

Do Regenta:

Moj Regencie, moj kochany,
Robisz ty mi w sercu rany.
Nie udzielasz swego zdania,
A ja czekam od switania.

Marzy mi sie dama twa byc,
I na camku w chwale pozyc.
Troche dama, troche bona,
A na koncu chyba zona.

Zona wszakzez i krolowa,
Ze mnie tryska, bom jest zdrowa.
Prosze tylko moj Regencie,
Wyznaj wreszcie to zaklecie.

Ze mnie bardzo kochasz szczerze,
Ja na pewno ci uwierze.
Bo ja kocham cie otwarcie,
Co oglaszam juz na starcie.

Julia
_______________

Osiemnastolatka
>>Re:Wczesne Przedwiosnie 2009-03-12 22:35

Teraz przedstawie rymowanke, ktora kiedys napisalam na watku
Klubo-Kawiarnia

Do Gekona!

Drogi Hawajski Gekonie,
Co ma wisiec nie utonie.
Wisi wiec zwis Thora-flaka
I Gargusia nieboraka.

Thor z Gargusiem to dwa chwaty,
A ich zwisy, to krawaty.
Tak sie zwaly w peerelu,
Uwierz, drogi przyjacielu.

Thor i Gargi siebie warci,
Przy tym, bardzo sa uparci.
Bractwo to w swej adoracji,
Samo siada do kolacji.

Jedza, pija, fajki pala,
Chyba K-K nie rozwala.
wszyscy inni to holota,
Co ma chyba slome w botach.

Chocmy stad wiec moj Gekonie,
A posadze cie na tronie.
Bom ja prawie juz regentka,
Wazna tylko twoja chetka.

Sparrow swe krolestwo tworzy,
Trza tam dam i podkomorzych.
I my wiec dla niepoznaki,
Zabawimy sie w dworzaki.

Potem hopsa do piwnicy,
I juz z nas sa rozbojnicy.
Mamy noze wszak stalowe,
Do zabawy wiec gotowe.

Szastu prastu i lubudu,
Juz jestesmy krolem ludu.
Szastu prastu po wszechczasy,
Mamy bracie duzo kasy.

Choc wiec ze mna luby precz,
to cie zaopatrze w miecz.
Pozbedziemy sie Sparrowa,
Uda nam sie. Moja glowa!

A samotrzec zostaw K-K
W ich dziwactwach i nawykach.
Niech sie kwasza albo kisza,
W swoich zwisach co im wisza.

Julia
________________

Osiemnastolatka
>>Re:Wczesne przedwiosnie 2009-03-12 23:36

Stara rymowanka "Do Izoldy" z watku na K-K.

Do Izoldy

Toc mialam byc utonieta
A zostalam prawie swieta.
Dziewica jak z Orleanu,
Ktora wyszla z oceanu.

Na nowo jestem dziewica,
I biale sa moje lica.
Lica sa biale ze zlosci,
I z mojej wielkiej milosci.

A jeszcze wiecej z zazdrosci,
Az mnie rozbolaly kosci.
Skoro niemile ci zycie.

Gargamel moj ci na wieki,
Poki nie zamkne powieki.
Odczepze sie ty od niego,
Zaraz od dnia dzisiejszego.

Chcialas uwiesc gargamela,
Choc skonczyla sie niedziela.
Reka, noga, mozg na szianie,
Skonczylo sie twe kochanie.

Julia
_________________

Lubiąca poezję
>>Re:osiemnastolatka 2009-03-12 23:46

pozwolisz przepisać twoje wiersze do zeszytu? Miała bym kilka wierszy na polaka.
Aga z Tarnowa.
______________

Madi
>>Re:Osiemnastolatka 2009-03-12 23:50

Czytam tylko Twój wątek. Brawo Julio!
________________
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
życzliwy informator
Gość






PostWysłany: Wto 10:52, 04 Lis 2014    Temat postu: mondry znów nadaje

Informuje się o ponownym otwarciu mondrego foruma.

Dział dla idiotów i idiotek czeka!
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Gość







PostWysłany: Pią 16:19, 07 Lis 2014    Temat postu:

Wpis usunięty z powodu naruszenia Regulaminu fora.pl
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Gertruda
Gość






PostWysłany: Pią 16:24, 07 Lis 2014    Temat postu:

Tak.
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
pytacz
Gość






PostWysłany: Pią 16:28, 07 Lis 2014    Temat postu:

Wpis usunięty z powodu naruszenia Regulaminu fora.pl
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Gertruda
Gość






PostWysłany: Pią 16:29, 07 Lis 2014    Temat postu:

Tak.
Powrót do góry
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum www.gargangruelandia.fora.pl Strona Główna -> Stary Hydepark Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Idź do strony 1, 2  Następny
Strona 1 z 2

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach

fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group
Regulamin